Izabela Osiadły – Blame!

Recenzja mangi: Tsutomu Nihei, Blame! Tom 1, przekł. Paweł Dybała, Mierzyn: Wydawnictwo J.P. Fantastica, 2016, ISBN: 978-83-7471-571-3, ss. 412.

„Nie działo się to za górami ani za lasami, ani za siedmioma morzami, tylko na Targach Książki we Frankfurcie. Duży słoń wraz z małym ptaszkiem zaczęli debatować, jak by tu uszczęśliwić polskiego czytelnika…” – tak 7 stycznia bieżącego roku rozpoczynała się fantastyczna, zamieszczona na fanpage’u wydawnictwa wiadomość dla polskich fanów dzieł japońskiego mangaki, Tsutomu Nihei. Metaforycznym małym ptaszkiem jest, oczywiście, wydawnictwo Kotori, zaś dużym słoniem wydawnictwo J.P.Fantastica, które zdecydowały się porozumieć z „wielkim mistrzem” Kodanshą i wspólnie przetłumaczyć oraz wydać Rycerzy Sidonii, jak również głównego bohatera tej recenzji, czyli mangę Blame!. Tsutomu Nihei znany był już na polskim rynku wydawniczym dzięki innemu tytułowi, Abara, który wprost zachwycił nasz, już nie tak mały i skromny, rodzimy fandom. Po genialnym, mrocznym klimacie świata przyszłości oraz kresce w prawdziwego zdarzenia można było mieć tylko zaostrzony apetyt i Blame!, uznawane za znakomitą klasykę cyberpunku, nie tylko satysfakcjonuje, ale sprawia, że wciąż prosimy o dokładkę.

Dzieło z pewnością nie zostałoby niezauważone na półce w księgarni. Tak jak w przypadku Abary J.P.F ponownie uraczył nas formatem B5, co prezentuje się wręcz piorunująco. W dodatku doszedł czytelnikowi wybór pomiędzy miękką a twardą okładką, choć ta druga dostępna jest wyłącznie w wersji limitowanej, najlepiej jeszcze w przedsprzedaży. Obwoluta utrzymana w barwach bieli, czerni oraz krwistej czerwieni robi wrażenie, a co dopiero, gdy zajrzymy do wnętrza komiksu! Dzięki zastosowanemu formatowi szczegółowe, intrygujące rysunki odkrywają cały swój potencjał. Kunszt i wyobraźnia autora są zaskakujące i hipnotyzujące. Surowy, metalowy krajobraz teoretycznie powinien wydawać się nudny, tymczasem jest niezwykle różnorodny, niepowtarzalny, każda sala i ścieżka jest wyjątkowa. To osobliwy styl, który porywa czytelnika bez reszty. Budzi w nim grozę i pasję odkrywania zarazem.

Trzeba wiedzieć, że od razu zostajemy niejako wrzuceni w środek opowieści, do świata bardzo tajemniczego, składającego się z tysięcy kondygnacji. Niekiedy przypominało mi to wnętrze ogromnego komputera, może internetowej sieci, jednocześnie jednak stanowi labirynt korytarzy, rur, budynków, mechanizmów o niezidentyfikowanym sposobie użycia. Sztandarową cechą dzieł Tsutomu Niheia jest przeskakująca razem z nami po kolejnych stronach wielka niewiadoma, jakaś nieokreśloność. Nic nie jest do końca wyjaśnione, czytelnik musi sam szukać odpowiedzi, a niekiedy i interpretować na własną rękę. Nie oznacza to jednak chaosu i przesadnej dziwaczności. Wszystko jest osiągalne dla umysłu, jednocześnie piękne, inne, osobliwe.

Całość to wielka wędrówka chłopaka imieniem Killy, który uzbrojony w niezwykle potężny emiter grawitonów próbuje odnaleźć gen terminala sieciowego. Jego postać również może sprowokować czytelnika do pewnych interpretacji. Znając zakończenie historii, nie chcę zbyt wiele zdradzać. Z pewnością jest to osoba obdarzona zimną krwią, może nawet pozbawiona emocji, gdyż te rzadko pojawiają się na jego twarzy. Zawsze czujny, zawsze skupiony, a jeśli już wyrażający emocje, to marszczący brwi w gniewnym wyrazie. Podczas swojej podróży zmuszony jest nie tylko stawać do walki z wrogami, czyli Istotami Krzemowymi, ale przede wszystkim nawiązywać współpracę z różnymi rasami zamieszkującymi niesamowity świat wykreowany przez Niheia. Przekonujące jest też to, że żadna z istot, choć utrzymana w klimacie cyberpunku, nie wydaje się być powieleniem schematów. Aczkolwiek jest coś co łączy specyfikę rysowania twarzy ludzkich bohaterów. Niemal wszyscy bez wyjątku mają bardzo ostre podbródki; nitkowate, sztywne włosy oraz oczy – niewielkie, kształtem dość realistyczne, z długimi, prostymi kreskami brwi tuż nad nimi. Ich oblicza rzadko okraszone są uczuciami, tak jakby autor emocje ukrywał wszędzie dookoła, w sposobie rysowania, w sposobie konstrukcji świata przedstawionego, w akcji, jednak nie w samej postaci. Warto także wspomnieć o towarzyszce Killy’ego, imieniem Cibo. Kobieta bardzo konkretna, inteligentna i intrygująca znajduje ważne miejsce u jego boku, ale tworzącej się między nimi więzi oczywiście nie zdradzę, aby nie zepsuć lektury.

Między kondygnacjami kryją się sekrety, które czytelnik będzie z dużym zaangażowaniem odkrywał. Właściwie, nie powinnam używać słowa „czytelnik” a raczej mówić o uważnym obserwatorze, bo dymków z tekstem pojawia się w mandze bardzo mało. Tam się nie czyta, tam się ogląda, przeżywa klatkę po klatce, analizuje, interpretuje. W końcu jest to uczta wyobraźni, a nie dialogów, które akurat w tym dziele są naprawdę zbędne. I to też czyni ten tytuł niesamowitym, ponieważ skupiamy się na obrazach wypełnionych po brzegi nieprzewidywalnymi zdarzeniami. Prawda jest taka, że Nihei niczym się nie ogranicza i lewituje pomiędzy konwencjami.

Blame! miało w Japonii dwa wydania, pierwsze 10-tomowe, drugie 6-tomowe i to na tym ostatnim oparte jest polskie wydanie. Jeżeli ktoś po raz pierwszy słyszy o tym artyście oraz tytule, niech czym prędzej sprawdzi pozycję. Jestem skłonna przyrzec, że nie będzie zawiedziony. Sama jestem tą, która dopiero co uwierzyła w czary tego mangaki. Czary jedyne w swoim rodzaju, bo takim talentem i taką wyobraźnią obdarzeni są ludzie znakomici, wyjątkowi. Tsutomu Nihei do nich należy. Z dumą można powiedzieć, że J.P. Fantastica wykonała kawał świetnej roboty. Wspaniale, że na naszym rodzimym rynku mangowym pojawiają się tak dobre tytuły. Nie, tytuły wyśmienite i wręcz obowiązkowe.

Izabela Osiadły

Izabela Osiadły, Blame!, „Creatio Fantastica” 2016, nr 3-4 (54-55).

Reklamy