Marcin Chudoba – skąpani we krwi

Recenzja komiksu: Daniel Way, Steve Dillon, Thunderbolts: bez pardonu [Thunderbolts: no quarter], przekład Paulina Braiter, Warszawa: Egmont Polska 2016, ISBN: 978-83-281-1662-7, ss. 132.

W 1997 r. na łamach komiksów wydawanych przez Marvel Comics pojawiła się grupa superbohaterów zwana Thunderbolts, mająca uzupełnić lukę powstałą po drużynach takich jak Fantastyczna Czwórka i Avengers, które poległy w walce z potężnym bytem noszącym pseudonim Onslaught. Niemniej, ku zaskoczeniu czytelników, szybko okazało się, że członkowie zespołu to tak naprawdę przestępcy udający herosów, noszący w przeszłości miano Mistrzów Zła. Seria „Thunderbolts” odniosła marketingowy sukces, a jej bohaterowie na stałe zapisali się w uniwersum Marvela jako symbol zła, które stroi się w szaty dobra (choć część z nich niewątpliwie uległa resocjalizacji).

W Polsce wydano jedynie dwa komiksy poświęcone temu zespołowi. Były to: Thunderbolts: wiara w potwory opublikowany przez Hachette Polska w 2015 r. w ramach „Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela” oraz Thunderbolts: bez pardonu, który za sprawą Egmont Polska pojawił się na naszym rynku w 2016 r. Niniejsza recenzja dotyczy drugiego z przywołanych tytułów.

Generał Thaddeus „Thunderbolt” Ross, znany jako Czerwony Hulk, powołuje do życia własną drużynę Thunderbolts. W jej skład wchodzą: Agent Venom – weteran wojenny wykorzystujący w trakcie walk moc, którą obdarza go symbiont z kosmosu; Deadpool – najemnik posiadający zdolność regeneracji nawet najgorszych ran; Elektra – doskonale wyszkolona zabójczyni oraz Punisher – samozwańczy stróż prawa, nocny koszmar mafijnych rodzin. Pierwszym zadaniem nowopowstałej grupy jest wsparcie rebeliantów z wyspy Kata Jaya, dążących do obalenia dyktatorskich rządów generała Awy. W trakcie misji szybko wychodzi na jaw, że Czerwony Hulk zataił pewne fakty przed swoimi towarzyszami, a cała akcja jest przykrywką dla jego prywatnych spraw.

Fabuła Thunderbolts: bez pardonu nie należy do odkrywczych i grzeszy ogromną przewidywalnością. Każdy uważny czytelnik po lekturze kilkunastu pierwszych stron bezbłędnie wywnioskuje, że Ross kłamie, a misja polegająca na obaleniu złego dyktatora jest wielką mistyfikacją. W wyniku takiego rozwoju fabuły zwroty akcji nie zaskakują, brakuje napięcia oraz chwil niepewności. Na niekorzyść scenariusza stworzonego przez Daniela Waya przemawia też fakt, iż wątek przewodni oraz jego sens gubią się pośród scen ukazujących krwawe jatki. Oczywiście, w komiksie, którego głównymi bohaterami są Agent Venom, Czerwony Hulk, Deadpool, Elektra oraz Punisher, takie momenty należą do obowiązkowych. Niemniej, jest ich zdecydowanie za dużo, przez co protagoniści w większości jawią się jedynie jako szalone maszyny do zabijania uwielbiające kąpać się we krwi swych ofiar. Wyjątek stanowi Deadpool, który dobrze spełnia rolę postaci oderwanej od komiksowej rzeczywistości, raczącej czytelników mniej lub bardziej zabawnymi żartami oraz dziwnymi spostrzeżeniami na temat sytuacji, w jakich się znalazł. W oryginalnych komiksach z serii Thunderbolts głównymi bohaterami byli przestępcy, natomiast w przypadku Thunderbolts: bez pardonu scenarzysta postanowił wykorzystać marvelowskich antybohaterów, czyli osoby niejednoznaczne moralnie, z bagażem różnorodnych doświadczeń, umiejscowione gdzieś pomiędzy dobrem a złem. Teoretycznie można by oczekiwać ciekawych interakcji między takim zestawem protagonistów. Niestety, zabrakło i tego.

Steve Dillon jest rysownikiem, który wypracował bardzo charakterystyczny styl ilustrowania komiksów. Jego prace są niezwykle proste i przejrzyste, niekiedy nawet zbytnio uproszczone. Dotyczy to również warstwy graficznej recenzowanej pozycji, w której próżno szukać szczegółowych, dopracowanych kadrów zachwycających ilością detali. Tradycyjnie już postaci narysowane przez Dillona pokazują zęby przy każdej możliwej okazji, bez względu na to, czy milczą, czy obserwują otoczenie, czy w końcu padają martwe. Na dłuższą metę jest to bardzo irytujące. Bardzo dobrze natomiast prezentują się kolory. Barwy nałożone komputerowo przez duet Guru-eFX są nasycone, żywe i głębokie.

Poziom polskiego wydania Thunderbolts nie różni się niczym od pozostałych tytułów Marvela publikowanych przez Egmont Polska. Komiks wydrukowano na kredowym papierze i oprawiono w miękką okładkę ze skrzydełkami. Jedynym dodatkiem, któryn znajdziemy w recenzowanym tomie jest galeria ilustracji pochodzących z okładek oryginalnej amerykańskiej wersji zeszytowej. Trzy strony poświęcono na reklamy i zapowiedzi.

Thuderbolts: bez pardonu to komiks do bólu przeciętny, schematyczny i sztampowy, który w żaden sposób nie wybija się na tle innych, podobnych publikacji nastawionychna ukazanie bezsensownego rozlewu krwi. Czyta się go szybko i równie szybko się o nim zapomina. Tytuł ten najprawdopodobniej trafiła na polski rynek ze względów marketingowych. W 2016 r. na ekrany kin weszła adaptacja komiksów o Deadpoolu, Egmont Polska rozpoczęło publikację serii poświęconej temu bohaterowi, a w drugim sezonie netfliksowskiego Daredevila pojawili się Punisher oraz Elektra. Recenzowany komiks mógł spisać się świetnie w roli wabika na pieniądze osób, które po zetknięciu się z wcześniej przywołanymi tytułami były spragnione kolejnych historii o Deadpoolu, Elektrze i Punisherze. Jednak wątpię, aby był w stanie zachęcić do sięgnięcia po kolejne tomy serii.

Marcin Chudoba

Marcin Chudoba, Skąpani we krwi, „Creatio Fantastica” 2016, nr 3-4 (54-55).

Reklamy