PATRONAT CF: Krzysztof M. Maj – Mechanizm zamiera od epoksydowego gejzera

okladka-powstanie_front_1000pxRecenzja książki: Ian Tregillis, Powstanie [Rising], przekł. Bartosz Czartoryski, Kraków: SQN 2017, ISBN: 978-83-7924-775-2, ss. 430.

Mechaniczny Iana Tregillisa był objawieniem dla literackiego steampunku, dotychczas zadowalającego się neowiktoriańskim queerem pokroju Dziwnej sprawy skaczącego Jacka Marka Hoddera lub mieszającego się z konwencją high fantasy w niezapomnianym Upadku Ile-Rien Marthy Wells. Osadzony w świecie Wojen Alchemicznych sequel Powstanie unika fabularnych pułapek większości tego rodzaju bezpośrednich kontynuacji i, co jeszcze rzadsze, nie pozostawia czytelników w finale w radosnej niewiedzy, przynosząc odpowiedzi na większość pytań o realia świata i dość satysfakcjonujące otwarte zakończenie. Zdecydowanie na plus!

Jak zwykle w wypadku publikacji Wydawnictwa SQN, które w tej kategorii godnie rywalizuje o podium z Wydawnictwem MAG, czytelnika od razu wita starannie dopracowana szata graficzna. Zarówno okładka, jak i ozdobne wstawki wewnątrz książki są na wysokim poziomie artystycznym i cieszą oko, unikając kampowej krzykliwości charakterystycznej dla części polskich wydawnictw fantastycznych. Na wysokim poziomie stoi również tłumaczenie – na tyle, na ile mogłem rzecz pobieżnie ocenić, Bartosz Czartoryski wciąż świetnie radzi sobie z oddaniem żywego i giętkiego języka Tregillisa, dzięki czemu lektura Powstania pozostaje wyjątkowo przyjemnym doświadczeniem, a przekład nie sabotuje wartkości akcji i płynności narracyjnej powieści[1]. A jest to tym razem szczególnie istotne, bo do świata Mechanicznych, solennie tykających w takt politycznych machinacji i knowań Świętej Gildii Horologów i Alchemików, wkracza wojna, zainicjowana – jak to zwykle bywa – zbiegiem nieszczęśliwych wypadków, których opisem zwieńczona została pierwsza część cyklu. Oto wybuch eksperymentalnej kuźni w Nowym Amsterdamie potraktowany został przez niderlandzki Mosiężny Tron jako akt agresji ze strony osaczonych zewsząd w Nowym Świecie Francuzów i samego Watykanu, a bohaterowie powieści – Hugo Longchamp, Berenice o nazwisku zbyt długim, by ludzi umysł był w stanie je zapamiętać (przydaje się więc tu jej przydomek mistrza szpiegów, Talleyranda) oraz mechaniczny Jax, zostają wrzuceni w sam środek zmagań wojennych i poddani próbom, z których nie wszyscy wyjdą cali. W odróżnieniu od poprzedniej części, w Powstaniu na plan pierwszy wybija się przede wszystkim wątek Longchampa i Berenice – inteligentniejsi czytelnicy od dawna musieli podejrzewać, że odzyskanie przez Jaxa wolnej woli nieuniknienie prowadzi go ku legendarnym ziemiom Królowej Mab, opiekunki wolnych mechanicznych, więc jego perypetie w mroźnej części tamtejszego odpowiednika Kanady niespecjalnie mogą zaskakiwać. Niemniej i tych najbardziej domyślnych czeka niemałe zaskoczenie, związane z tajemnicą kryjącą się za początkami królestwa Mab – i niuansujące zarysowany zrazu w czarno-białych barwach konflikt między mechanicznymi a ich owła­dniętymi obsesją kontroli (s)twórcami.

Wątek Talleyranda jest również zaprojektowany w o wiele bardziej błyskotliwy i angażujący sposób, niż w poprzednim tomie – być może z tego względu, że przejmuje w pewnym stopniu atmosferę tajemniczości kojarzoną dotąd z postacią pastora i niehumanitarnych eksperymentów Nadleśnictwa (czyli lokalnego odpowiednika NKWD). Bereni­ce jest wyrazistsza i bardziej autentyczna niż kiedykolwiek – a jej perypetie wyjaśniają wiele z dotychczas nieujawnianych sekretów holenderskich Zegarmistrzów, na czele ze sposobem hierarchizowania kolejnych geas z metageas. Zdecydowanie najbardziej zajmujący jest jednak wątek Longchampa, spleciony z głównym łukiem narracyjnym powieści, związanym z oblężeniem ostatniego bastionu Francuzów, Korony, przez nieprzeliczone szeregi mechanicznych żołnierzy. Tu ujawnia się autentyczny talent Tregillisa do ekstrapolacji – kolejne pomysły na unieszkodliwianie niesłychanie odpornych pancerzy Mechanicznych, na czele z epoksydowymi armatami, stalowymi bolasami czy prototypami dział łukowych, wpisują się w pełni w charakterystyczny dla narracji steampunkowych problem rewolucji technologicznej i wpływu, jaki wywiera ona w równym stopniu na życie codzienne, co teatr działań wojennych. Oblężenie twierdzy Zachodniej Marsylii przypomina pod tym względem jako żywo skutki wprowadzenia artylerii dalekosiężnej do bitew w XVII i XVIII wieku – a także kształtującą się w odpowiedzi na to sztukę fortyfikacyjną, która także w świecie Wojen Alchemicznych znajduje swój przekonujący analogon. Dominujące w finale powieści oblężenie i zarazem punkt kulminacyjny tytułowej dla cyklu wojny daje niezwykle wiarygodne wyobrażenie potęgi, którą zyskał Mosiężny Tron z chwilą całkowitego przeorientowania taktyki wojskowej z bilansowania strat własnych z zadawanymi na zalewanie przeciwnika armią maszyn, której nie potrzeba wyżywienia, zaopatrzenia ani wsparcia duchowego – i którą można bezrefleksyjnie poświęcać tak długo, jak długo można uzupełniać przerzedzające się szeregi kolejnymi dostawami z kuźni. Konflikt ludzi i maszyn zyskuje tu więc rys diaboliczny – jakkolwiek bowiem chwiejący się pod kolejnymi ciosami Mechanicznych Francuzi niewątpliwie zyskują sympatię i wsparcie czytelnika, intuicyjnie opowiadającego się po stronie uciśnionej, tak w miarę lektury Powstania coraz bardziej uderza niewygodna prawda: mianowicie to, że stroną najbardziej uciśnioną są sami mechaniczni żołnierze, nieatakujący przecież ludzi z własnej woli, lecz wypełniający zadające im ból i palące trzewia metageas Zegarmistrzów.

Drugi tom Wojen Alchenicznych czyta się z autentycznym, jednak niebezrefleksyjnym zapałem. Tregillis ciągle nakłania czytelnika do zastanowienia nad granicami wolnej woli maszyn i wprowadza do pozornie steampunkowej narracji wątki kojarzone raczej z transhumanistycznym cyberpunkiem – dzięki czemu jak raz „steampunkowość” nie jest tylko estetyczną etykietką, lecz także dyskursem krytycznym i politycznym. Kontynuacja cyklu niesie zatem ze sobą całe morze czytelniczej satysfakcji, nie poprzestając zarazem na fabularnej łatwiźnie i wprowadzając do powieści wątki, których co bardziej konserwatywni czytelnicy wcale nie muszą się spodziewać. I dobrze – bo tak właśnie powinno się pisać nowoczesne powieści fantastyczne.

[1] Należy w tym miejscu zaznaczyć, że dysponowałem egzemplarzem recenzenckim i z oczywistych względów nie oceniam pomniejszych literówek i błędów – zresztą w większości przypadków poprawionych już w wersji finalnej.

Advertisements