Anita Całek, To lubię, czyli powtórnie w Krainie Martwej Ziemi

Recenzja książki: Jacek Łukawski, Grom i szkwał, Kraków: SQN 2017, ISBN: 978-83-7924-763-9, ss. 396.

Drugie tomy serii mają to do siebie, że ich czytanie jest bardzo ryzykowne. Jeśli bowiem pierwszy tom był dobry, drugi może nie spełniać oczekiwań. A co dopiero, jeśli mowa o debiucie – jak wiadomo, jedna jaskółka itd. itp. Czytałam już wystarczająco wiele złych kontynuacji, by z obawą myśleć o możliwym rozczarowaniu. Lektura drugiego tomu cyklu Kraina Martwej Ziemi Jacka Łukawskiego, polskiego debiutanta w świecie fantasy, niosła zatem ze sobą ryzyko podwójne.

Otwierając Grom i szkwał wiedziałam, czego się mogę spodziewać: finał tomu pierwszego przyprowadził głównego bohatera Arthorna z powrotem do królewskiego Carmennes, gdzie po wykonaniu niebezpiecznej misji miała go spotkać spodziewana nagroda (a przynajmniej wygodne łóżko, ciepła strawa i miłe towarzystwo przy stole). Wszystko to jednak, zgodnie z logiką konwencji, miało być dla bohatera niedostępne, bo czekało już na niego nowe, znacznie trudniejsze zadanie. Myślałam zatem, że wiem, co się zdarzy – i jakże bardzo się myliłam. Spotkało mnie bowiem sporo niespodzianek.

Zacznę jednak od końca, czyli oceny – drugi tom jest zdecydowanie lepszy niż pierwszy, który przecież i tak już był dobry. Wszystkie obawy, że skoro to debiut, w powieści należy się spodziewać dość oczywistej fabuły (kontynuującej quest zarysowany w części pierwszej) rozwiały się bardzo szybko, a bohaterowie przestali być tak jednoznaczni. W tomie drugim zostają oni zderzeni z nieprzewidywalnymi sytuacjami, co sprawia, że nagle muszą wykraczać poza znane schematy zachowań, przystosowywać się do nowych ról, a nawet – przekraczać granice własnych horyzontów poznawczych i geograficznych. Zindywidualizowany język, dopracowany kontekst sytuacji oraz więcej detali towarzyszących opisywanym scenom znacząco poprawiły kreacje, które już nie są jednoznaczne, wzbudzając zaciekawienie i równocześnie – lęk przed utratą. Autor bowiem zrezygnował z przewidywalnych rozwiązań, więc jak w Grze o tron wszystko się może zdarzyć. A pierwszoplanowa rola ani też bycie „po tej dobrej stronie” niczego protagonistom nie gwarantuje.

W tomie drugim Łukawski zdecydował się też na ważną zmianę: rozdzielił dwa wiodące wątki, oddając głos drugiemu bohaterowi z Krwi i stali, czyli Marcasowi. To jego oczami widzimy dwór królewski, chwilowo bez władcy (który właśnie umarł, co Garhard utrzymuje w tajemnicy, by nie dopuścić do utraty kontroli nad już i tak delikatną sytuacją wewnętrzną kraju). Zbliża się wojna, mnożą się problemy (polityczne, religijne, gospodarcze), pretendenci do tronu są żywotnie zainteresowani królewską córką Azure, ta natomiast znika w dziwnych okolicznościach i trzeba za nią wysłać pościg.

Od tego momentu narracja prowadzona jest dwoma torami. Dzięki Marcasowi możemy obserwować intrygi polityczne związane z faktycznym bezkrólewiem. A ponieważ Garhard zleca pościg oczywiście Arthornowi – równolegle ruszamy razem z nim, odkrywając nieoczywistość bohatera w roli rycerza ocalającego królewnę z rąk porywaczy. Zresztą i Azure nie zamierza odgrywać biernej ofiary z niecierpliwością oczekującej wybawienia. Wręcz przeciwnie – postara się znacząco skomplikować zadanie, które i tak zdawało się już przerastać bohatera, nienawykłego do dworskiej ogłady, gry pozorów czy dyplomatycznego języka.

Wydarzenia ze strony na stronę rozwijają się w zaskakujący sposób, zmuszając czytelnika do podążania za Arthornem w coraz to nowe obszary Martwej Ziemi. Nowe miejsca, nowi bohaterowie, nowe wyzwania – a wszystko włączone w dotychczasową historię – sprawia, że świat i jego topografię daje się polubić.  A i sam Arthorn, początkowo niezbyt sympatyczny, na co być może wpływa jego żołnierska osobowość, brak ogłady towarzyskiej i nazbyt skromne umiejętności nawiązywania relacji z płcią przeciwną, z biegiem czasu coraz bardziej rozwija się w pełnokrwistą postać, z którą niekoniecznie można się utożsamiać, ale zdecydowanie daje się zrozumieć jej postępowanie i motywację. Co prawda sceny z księżniczką Azure pozostają mało porywające, wywołując raczej irytację; co innego zabawne rozmowy z czartami i płanetnikami (które dołączyły do bestiariusza, w tomie drugim mniej obecnego niż w części pierwszej).

Jednak najbardziej zajmująca okazuje się podróż po Krainie Martwej Ziemi. Niby znana z tomu Krew i stal, pokazana zostaje w nowej skali, która poszerza dotychczasowe pogranicza Wondettel oraz Morron. I to, co dotychczas wyglądało niczym skromny margines mapy, odsłania przed czytelnikiem ukryte dotąd krainy zamieszkałe przez nowe stworzenia: nie są to bynajmniej elfy ani też krasnoludy, za co jestem osobiście wdzięczna autorowi. Udało mu się bowiem stworzyć istoty, których poznawanie samo w sobie jest pasjonujące, co zapowiada kolejne, interesujące wątki – oby znalazły swą kontynuację w tomie trzecim. Wprowadzenie perspektywy obcego, tak odmiennego jak Dorsal, nie mówiąc już o Gar Ael czy Dwargach, dodało powieści głębi, odwracając dominującą w tomie pierwszym perspektywę antropocentryczną i na jej miejsce wprowadzając wielostronność oglądu oraz polifoniczność narracyjną.

Przy tej okazji warto pochwalić wydawcę za mapę zamieszczoną na początku książki. Uważna analiza porównawcza skali, w jakiej została wykonana, z tomem pierwszym pozwala dostrzec, że oto Wondettel, Martwica oraz Morron, ulokowane w centrum świata narracji, uzyskują szerszy kontekst. Otoczone Poszarpanymi Górami na południu, Smoczymi Górami oddzielone od Czarciej Kolebki i połączone rzeką z tajemniczym Nife zdaje się mieć więcej problemów i wrogów niż to się początkowo wydawało wędrowcom maszerującym przez tereny uwolnione od Martwicy. A tu jeszcze daleko na północnym wschodzie pojawiają się Czarne Góry, za którymi również czai się niebezpieczeństwo, chociaż na razie odległe, a jednak już coraz bardziej wpływające na bieg wydarzeń. No i podziemne górskie korytarze… A niebo i wyspy przypominające krajobraz z Avatara? No cóż, one także, jak się okazuje, skrywają tajemnice…

I na tym mogłabym swoje rozważania nad drugim tomem skończyć gdyby nie to, że recenzencka rzetelność każe mi przestrzec przed beztroskim sięgnięciem po tom drugi Krainy Martwej Ziemi w sytuacji, gdy nie bardzo ma się w głowie przebieg zdarzeń z tomu pierwszego. W mojej pamięci niestety czas spowodował naturalne zatarcie detali, z tego też powodu przedzierałam się przez kolejne rozdziały Gromu i szkwału niczym Arthorn przez leśną gęstwinę. Tu trzeba było mieć na świeżo w głowie dotychczasową fabułę i wątki – inaczej niż w przypadku fabuł przewidywalnych, gdzie luki i białe plamy w pamięci da się wypełnić typowymi wydarzeniami, a zamieszczone na początku streszczenia ułatwiają orientację w toku akcji. Przyszedł więc moment, gdy coraz bardziej zdezorientowana musiałam zdjąć z półki tom pierwszy, bowiem autor niczego w tomie drugim nie powtarza, nie zamieszcza też żadnych skrótów, jest wobec swego czytelnika wymagający – i ma rację, słusznie domagając się uważnej lektury.

Podróż po Krainie Martwej Ziemi okazała się z wielu przyczyn satysfakcjonująca oraz zajmująca. Warto się w nią wybrać, zaopatrzywszy się w mapę (do której często się zagląda, przemierzając nieznane tereny położone poza Wondettel) i porzuciwszy dotychczasowe przyzwyczajenia lekturowe oraz opinie autorytetów, że podobno nie ma złota w Szarych Górach.

Otóż Piróg też tak twierdził, a z podziemi, jak zeznaje pewna dobrze zorientowana przedstawicielka rasy Dwargów, wyszedł obładowany złotem. Być może zatem przekonanie o tym, iż nie ma i nie będzie dobrej polskiej słowiańskiej fantasy również należy zrewidować. Inaczej złoto z Szarych Gór pozostanie w rękach mocodawców Piroga[1].

Anita Całek

[1] Młodszych czytelników fantasy zachęcam do zerknięcia na dyskusję na temat polskiej (słowiańskiej) fantasy, która przetoczyła się w roku 1992 przez łamy ówczesnej „Nowej Fantastyki”: liczne polemiki wywołał wówczas pewien esej Andrzeja Sapkowskiego (dostęp online: http://web.archive.org/web/20041106220921/http://sapkowski.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=205), na który odpowiedzieli wywołani w nim do odpowiedzi pisarze (i nie tylko); por. Polemiki z Pirogiem (dostęp online: http://web.archive.org/web/20041106214523/http://sapkowski.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=26).

Cytowanie: Anita Całek, To lubię, czyli powtórnie w Krainie Martwej Ziemi, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1 (56).

Reklamy