PATRONAT CF: Anita Całek – Jaka piękna katastrofa

7EW front 1500pixRecenzja książki: Neal Stephenson, 7ew [Seveneves], przeł. Wojciech Szypuła, Warszawa: MAG 2016, ISBN: 978-83-7480-671-8, ss. 807.

Pierwsze spotkanie z tak znanym i zasłużonym pisarzem, jak Neal Stephenson być może powinno odbyć się inaczej. Jego Peanatema (2008) od dawna należy do tej kategorii powieści, którą Italo Calvino nazwał „Książki Które Od Dawna Zamierzasz Przeczytać”, chociaż mogłoby to też być „Książki Które Rozbudzają W Tobie Ciekawość Niespodziewaną Gwałtowną I Niezbyt Wyraźnie Usprawiedliwioną”[1]. Z mojego pragnienia i ciekawości jednak nic nie wyszło i oto zostałam z tomem, który mógł na zawsze zamknąć mi bramę do pisarstwa zdobywcy takich nagród jak Hugo czy Locus, wielokrotnie chwalonego przez znajomych badaczy. Na szczęście tak się nie stało – wręcz przeciwnie, powieść zaskoczyła mnie i oczarowała. „Jaka piękna katastrofa” – pomyślałam z melancholią.

Biorąc do ręki 7ew Stephensona, trudno liczyć na niespodziankę: już streszczenie odsłania najistotniejsze elementy fabuły. Z jednej strony wystarczy zatem zerknąć na okładkę, by dowiedzieć się, że oto będzie opisana katastrofa na globalną skalę, zginie niemal cała ludzkość, potem się odrodzi i pięć tysięcy lat później wróci na Ziemię. Brzmi to nieco jak skrzyżowanie Asimova (i jego Fundacji, zwłaszcza tomu Fundacja i Ziemia) ze Starością aksolotla Jacka Dukaja i jej niewiarygodną perspektywą czasową oraz ostatecznością zagłady.  Jednak z drugiej strony zagadkowy tytuł nie pozwala trwać w przekonaniu, że oto wiadomo wszystko i zbędne będzie otwarcie tego imponującego tomu (ponad ośmiusetstronicowego w polskim wydaniu).

Powieść ma swoją wagę i powagę: surowa, czarno-biała oprawa graficzna podkreśla ton serio: kronikarskie ujęcie opowieści o nieuniknionej katastrofie (obecne chociażby w lakonicznych tytułach rozdziałów) jest nadzwyczaj spójne z niemal popularnonaukowym stylem narracji i dominującym, zdystansowanym oglądem rzeczywistości. Gdy kończy się świat, być może – wobec nieprzystawalności języka – trzeba albo sięgnąć po obrazy i metafory (jak to robi Lars von Trier w pierwszych scenach Melancholii[2]), albo też zdyscyplinować styl, podporządkowując go faktom i milknąc tam, gdzie mówienie o dramacie ociera się o banał.

Skojarzenie z Melancholią pod jednym jeszcze względem wiele wyjaśnia: nie o fabularność tu chodzi, nie o kolejną wersję wydarzeń w świecie zmierzającym ku Apokalipsie, lecz o coś więcej. 7ew to bowiem epicka opowieść, porównywalna pod względem rozmachu z wielkimi epopejami, światotwórczymi ambicjami Tolkiena czy dziewiętnastowiecznymi panoramami powieściowymi. Dlatego na wszystko jest czas, akcja toczy się swoim rytmem, katastrofa ukazywana jest przez perspektywę pojedynczych ludzkich historii wplecionych w monumentalną opowieść o Wszystkim: końcu i początku Ludzkości.

Słusznie fabułę streszczono na wstępie – nic więcej i nic ponadto się nie zdarzy. A jednak – zdarza się wszystko: ludzkość poddana próbie zagłady musi stanąć wobec wyzwań na skalę globalną. Przerażenie budzi rozmiar katastrofy ekologicznej, która musi nastąpić wobec rozpadu Księżyca na siedem wielkich części i miliardy drobnych bolidów, które prowadzą do Białego Nieba, a w konsekwencji – do spalenia atmosfery Ziemi. Równie dramatyczne jest pytanie, kogo ocalić i jak zapewnić nadzieję Ziemianom, którzy muszą na ostateczny koniec czekać ponad 700 dni. Rozwiązaniem staje się Rozdzielenie Losów, czyli procedura wyboru tych, którzy przeżyją, by stać się zaczątkiem nowej, odrodzonej z popiołów ludzkości – Arkonautów, zamieszkujących ziemską orbitę (w liczbie 1276 ocalonych) wraz z genetycznymi próbkami flory i fauny. Zwierząt i roślin bowiem nie da się ocalić, postsekularny Noe zabiera więc na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej przede wszystkim dane cyfrowe o świecie, który niemal dwa lata żyje w agonii zanim przyjdzie mu spłonąć w Kamiennym Deszczu.

Wszechobecna melancholia (kolejna zbieżność z filmem von Triera) zastępuje panikę i lęk: wszak wiadomo, że koniec jest nieuchronny, zatem nie o ocalenie tu chodzi. Nie można uratować życia na Ziemi, dlatego też bohaterowie muszą uratować ludzkość jako taką: siedem Ew, by można było rozpocząć budowanie historii człowieka od podstaw. Siedem ocalonych kobiet to początek siedmiu pokoleń, których cechy zostały specyficznie zmodyfikowane zgodnie z wyobrażeniem idealnego „nowego człowieka”. W jednej wizji Stephensona splatają się zatem ze sobą: tradycja postapokaliptyczna, eutopijne marzenia o postludzkości, reskryptywne wątki biblijne (pokolenia Izraela, rajska Ewa, nowa Ziemia jako Ogród Eden, Arka), intertekstualne nawiązania do literatury najnowszej (choćby do Margaret Atwood i jej MaddAddam Trilogy[3]) oraz futurologiczne wizje o charakterze popularnonaukowym o ekspansji ludzkości poza Ziemię (w rodzaju miniserialu Mars[4] emitowanego przez stację National Geographic).

7ew niesie zatem nadzieję: pięć tysięcy lat po Apokalipsie można powrócić na Ziemię (w liczbie trzech miliardów osób przynależących do siedmiu różnych ras) chociaż – i tu jedyna niespodzianka, zatem jej nie zdradzę – można też powiedzieć, że nigdy jej do końca nie opuszczono. Nowe pokolenia zasiedla dawną kolebkę ludzkości z odtworzonym ekosystemem metodą TerReFormu i światem, któremu totalna katastrofa pozwoliła – jak w biblijnym Potopie – całkowicie oczyścić się z cywilizacji postindustrialnej i ekologicznych zagrożeń. Tym samym rozpoczyna się drugą wielką erę panowania człowieka na Ziemi. Smutek i żal dominujące w części pierwszej oraz melancholię, z jaką Arkonauci relacjonują ostatnie chwile swojej ojczystej planety, zastępuje radość odkrywania nowej – starej planety.

Powieść Stephensona jest piękna, ale trzeba się przygotować na jej kronikarski styl, neutralną, zdystansowaną narrację, wątki charakterystyczne dla twardego SF (dominujące w opisach życia Chmury arek zgromadzonej wokół stacji kosmicznej) oraz fantastyki socjologicznej (tworzenie społeczności na orbicie, dialog międzyrasowy, samotność i izolacja vs przeludnienie, meandry sprawowania władzy). Także kreacje bohaterów mogą wydawać się odległe z tego powodu, iż nie szukają oni w odbiorcy empatycznego zrozumienia, lecz chłodno relacjonują śmierć życia na Ziemi.

Bagaż naukowy, jaki stanowi zaplecze utworu, nad którym Stephenson pracował od 2006 roku, oraz szczegółowość poruszanych zagadnień (górnictwo asteroidowe, inżynieria kosmiczna, robotyka, genetyka, technologia szybowcowa, mechanika biczów, steampunkowy napęd i wiele innych) może nieco przytłaczać, ale z drugiej strony czyni z tej ekstrapolacji Ecowski świat bardziej prawdziwy niż rzeczywistość, zwłaszcza w ostatniej części powieści, która przywołuje wizualne skojarzenia chociażby z odważnymi pomysłami architektonicznymi Lema w Powrocie z gwiazd (1961). Dbałość o wiarygodne opisanie możliwych wynalazków przyszłości, wierność zasadom fizyki, mechaniki, astronautyki (itd.) budzi respekt, może się jednak też okazać męcząca dla wszystkich tych, którzy wolą ciekawe wydarzenia od detali technicznych. Dlatego książki tej nie czyta się szybko – trzeba z nią płynąć, korzystając z rozległości nakreślonej panoramy i dać się ponieść epickiej wyobraźni Stephensona

[1] Italo Calvino, Jeśli zimową nocą podróżny…, przeł. Anna Wasilewska, Warszawa 1989, s. 9-10.

[2] Melancholia, reż. Lars von Trier, Dania, Francja, Niemcy, Szwecja : Studio arte France Cinéma (i inne) 2011.

[3] Z zapowiedzi Wydawnictwa Prószyński i S-ka wynika, że reedycja dwóch dotychczasowych tomów trylogii poprzedza polskie tłumaczenie trzeciego ogniwa cyklu, czyli powieści MaddAddam, której premiera ma nastąpić jeszcze w tym roku, cztery lata po wydaniu oryginału. Nareszcie!

[4] Mars, reż. Everardo Valerio Goud, USA: Studio Imagine Entertainment (i in,) 2016.

Reklamy