Izabela Osiadły – Lochy, dżiny i Szeherezada

Recenzja mangi: Ohtaka Shinobu, Magi: The Labyrinth of Magic. Tomy 1-2, przekł. Karolina Balcer, Warszawa: Wydawnictwo Waneko, 2016.

Na naszym rynku wydawniczym pojawiło się nareszcie coś, na co polscy otaku wyczekiwali z niecierpliwością. Tak, zdaję sobie sprawę z komizmu i zarazem smutnego paradoksu tego zdania, ponieważ jest całe mnóstwo tytułów, na których oficjalną publikację w naszym kraju fascynaci mang czekają z utęsknieniem. Niemniej, według mnie istnieją dwie listy potencjalnych kandydatów do tłumaczenia – lista dzieł pilnych i lista dzieł najpilniejszych. Jak to dobrze, że wydawnictwo Waneko spojrzało na wspomniany wykaz numer 2, odważnie podjęło się trudnego zadania i wybrało spośród skatalogowanych tam tytułów utwór nie dość, że długi („tasiemiec”, jak to zwą), to jeszcze bardzo wymagający w kwestii tłumaczenia. Mowa tutaj o fantastycznej interpretacji i inspiracji Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy, czyli o Magi: Labirynt Magii (tłum. własne; polskie wydanie pozostawia tytuł w wersji angielskiej).

Shinobu Ohtaka rozpoczęła pracę nad Magim w 2009 roku. W Japonii obecnie historia Aladyna oraz Alibaby znalazła się już w ostatniej fazie. Autorka zapowiedziała zakończenie tytułu, jednak dla polskich fanów ta przygoda dopiero się zaczyna! To wprost niesamowite, jak przeogromną i niebywale szczegółową wizję świata stworzyła w swojej wyobraźni Shinobu. Nawet jeżeli już na pierwszych stronicach komiksu zauważamy wielką inspirację baśniami Szeherezady oraz arabskim krajobrazem i klimatami, wielowątkowość, różnorodność postaci, miast, krain oraz magicznych zdarzeń jest tutaj nie do powielenia i nie do porównania z niczym innym. Chociaż autorka czerpie wenę z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy, Magi jest czymś niezwykłym, bardzo oryginalnym, zwłaszcza że pojawiają się tam także państwa nawiązujące w swojej naturze, ustroju i wyglądzie mieszkańców do m.in. Imperium Rzymskiego, Japonii, Mongolii czy Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie (a przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie w przypadku tego ostatniego). Krótko mówiąc, Magi to wachlarz rozkładający w pełni wykorzystany, wielobarwny, czarujący, a wręcz hipnotyzujący potencjał twórczy.

Krótko mówiąc, Magi to wachlarz rozkładający w pełni wykorzystany, wielobarwny, czarujący, a wręcz hipnotyzujący potencjał twórczy.

Odrobinę zagalopowałam się i zdradziłam trochę więcej, niż dowiecie się z dwóch pierwszych tomów wydanych przez Waneko. Niemniej, już te publikacje bezlitośnie wciągają w wir przygód tajemniczego uroczego chłopca, Aladyna właśnie, przemierzającego ląd razem z dżinem imieniem Ugo, zamkniętym w złotym flecie. Pierwsze rozdziały, czy też raczej Noce, nie pozwalają nam ani na moment odetchnąć. Po spotkaniu biednego jasnowłosego chłopaka zwanego Alibabą rodzi się między tymi dwoma wyjątkowa przyjaźń. Obaj postanawiają połączyć siły i opróżnić ze skarbów jeden z bardzo niebezpiecznych, niespodziewanie powstałych za sprawą czarów Labiryntów (na takie nazewnictwo zadecydowała się polska tłumaczka; w wersji angielskiej chodzi o lochy – dungeons, przypominające wysokie wieże odsyłające do odległego obcego wymiaru). Akcja jest dynamiczna, dialogów jest mnóstwo, rysunki są szczegółowe i dopracowane. Bo Magi traktuje przecież o wielkiej przygodzie, plądrowaniu, walkach, podróży życia, kierowanej przeznaczeniem. Główne pytania, jakie stawia, dotyczą natury człowieka, jego egzystencji, śmierci, równowagi we wszechświecie, bogactwa i biedy. Nie stroni także od miłości, przy czym, choć spada ona na plan drugi, jest zdecydowanie dojrzała. Autorce nie brakuje także wyśmienitego poczucia humoru, z akcentem na wyśmienity, nie głupkowaty i niestosowny.

Pierwszy tom okraszony jest zabawnymi sytuacjami i karykaturalnymi przedstawieniami postaci. Gdy zaś robi się poważnie, rysunki stają się – powiem to szczerze – arcydziełami. Projekt kadrów w poszczególnych scenach jest wprost zachwycający. Widać, że Shinobu lubi przedstawić obraz z różnych perspektyw. Kreska jest bardzo miła dla oka. Nie, nie cukierkowa i przesadzona, lecz miękka, ładna i naprawdę przyjemna. Jeżeli kiedykolwiek chcielibyście się dowiedzieć, jak wyglądają ilustracje, w których zaklęta została baśniowość, to zalecam sięgnięcie po Magi. Zaś co do postaci, są one niezwykle sympatyczne, nie sposób ich nie lubić. Nie jest jednak też tak, że są one wyłącznie „czarne” i „białe”. Nawet jeżeli istnieje podział na bohaterów dobrych i złych, jest to tylko chwilowy, pozorny ich stan, charakter. Każda z postaci ma tutaj swoją własną historię do opowiedzenia, która stawia nas w obliczu argumentów za i przeciw jej zachowaniu. Czytając tom pierwszy i drugi, a mając na względzie zdarzenia w najnowszych wydaniach japońskich, pomyślałam, że świetna jest metamorfoza, jaką przechodzą główni bohaterowie. Alibaba z wesołego beztroskiego chłopaka zmienia się w mężczyznę, podobnie jak Aladyn. Tyczy się to również niewolnicy Morgiany, która ucząc się czerpania z wolności pełnymi garściami, staje się kobietą świadomą swojej siły i tożsamości.

Planowałam napisać recenzję, bazując wyłącznie na dwóch pierwszych tomach, jednak w praktyce, oczywiście, wyszła mi mieszanka pierwszego wrażenia z czytania polskiej publikacji z ogólną refleksją na temat całego dzieła. Końcowy wniosek nasuwa mi się tylko jeden: nawet jeżeli nie znałabym wcześniej opowieści o Aladynie i Alibabie, bez zwątpienia zauważyłabym tę pozycję na półce w księgarni i zakochała się w niej już od pierwszej Nocy. Skoro zaś od dawna należałam do grupy z niecierpliwością oczekującej na ujrzenie Magi w Polsce, nie pozostaje mi nic innego, jak zakochiwać się wciąż na nowo wraz z każdym wydaniem kolejnego tomiku.

Izabela Osiadły

Cytowanie: Izabela Osiadły, Lochy, dżiny i Szeherezada, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1 (56).

Reklamy