Alicja Podkalicka – Impreza w Bedrock

Recenzja komiksów: Mark Russel, Steve Pugh, The Flintstones. Zeszyty #1 – #8, Burbank: DC Comics, 2016 – 2017.

Ludzie, których dzieciństwo przypadło na lata dziewięćdziesiąte, a może też ich rodzice, dwadzieścia parę lat wcześniej, wychowywali się na specyficznej formie seriali animowanych, której próżno szukać wśród dzisiejszej oferty, skierowanej do młodszych widzów. Pamiętam sama, jak z kuzynami zbieraliśmy się przed telewizorem, aby obejrzeć Flintstonów (wcześniej Między nami jaskiniowcami) – cykl ukazujący w nieco krzywym zwierciadle świat epoki kamienia łupanego, z barwnymi, charakterystycznymi bohaterami. Dopiero obecnie, zagłębiwszy się trochę w temat, dowiedziałam się, że wersja Hanna-Barbery nie była jedyną produkcją tego studia, poruszającą temat sympatycznych jaskiniowców, a Flintstonowie pojawili się w mediach dobrze ponad pięćdziesiąt lat temu. Mieli oni też wiele wcieleń komiksowych, od najwcześniejszych z 1970 roku aż do najnowszych, ukazujących się nadal dzięki wydawnictwu DC Comics. Seria obecnie liczy sobie osiem zeszytów i wciąż jest kontynuowana.

Fred Flintstone pracuje w kamieniołomie. Każdego dnia, ubrany w jaskrawe wdzianko z krawatem, żegna się z ukochaną żoną i wędruje do firmy pana Slane’a. Któregoś dnia czeka go tam jednak nie kolejna żmudna dniówka, a polecenie służbowe, by zaopiekował się nowymi pracownikami – trójką neandertalczyków, niezbyt rozgarniętych, nierozumiejących, do czego służą pieniądze, ale chętnych do pracy.  Pomysłem szefa, pragnącego w pełni wykorzystać nie tylko nieświadomość nowych „nabytków”, ale i ambicję Freda, jest zapewnienie nowym rozrywki jako formy motywacji do przyszłej roboty. O ile jednak walki na ringu całkiem się jaskiniowcom podobają, o tyle już sama praca, jak również stosunki społeczne panujące w „ucywilizowanym” Bedrock, nie do końca. Spodziewać się można tylko jednego: sporego zamieszania.

Wraz z Fredem i jego przyjacielem Barneyem Rubble’em będziemy mogli zapoznać się nie tylko z istniejącymi już w jaskiniowym świecie bolączkami – na przykład z wyzyskiem pracowników, ale i podejmiemy wiele bardziej szczegółowych, a przełożonych na teoretycznie prostszy świat, tematów. W codzienność Bedrock gwałtownie wkracza „technologia”, obecne już niemal w każdym domu telewizory zachwalają robienie zakupów w powstających ciągle centrach handlowych. Te oferują naiwnym klientom urządzenia i przedmioty kompletnie dla nich bezużyteczne, ale reklamowane z podziwu godną agresją; członkowie miejscowego kościoła poszukują wyższej prawdy i duchowej głębi poprzez postacie kolejnych bożków (stykając się z perspektywą płacenia za odpuszczanie win), tutejsza społeczność przeżyje konflikt pomiędzy powiększającą się grupą zwolenników małżeństwa i starszymi, którzy uważają to za wynaturzenie (ze związkiem pary homoseksualnej włącznie) oraz zmierzy się z przepowiednią dotyczącą końca świata. Spora część tych tematów przybiera w komiksach (jako że było mi dane przeczytać ich osiem, co nie stanowi jednak jeszcze całości serii) zadziwiająco wręcz poważną formę, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę wcześniejsze, animowane wersje bohaterów. Tutaj Fred i Barney są weteranami wojennymi, spotykającymi się w czymś w rodzaju grupy wsparcia, przeżywają myśli samobójcze i problemy w związkach (wątek uciekającej z domu Wilmy jest wręcz poruszający, a dzieje samej wojny – przerażające), mają problemy natury osobistej (Rubble’owie, którzy nie mogą mieć dzieci – kwestia ta została przedstawiona z wręcz biologiczną dokładnością – czy też Fred martwiący się o to, że nie jest dostateczne dobrym mężem i imający się różnych prac dorywczych, by zapewnić rodzinie byt), ich dzieci są prześladowane w szkole przez jednego z uczniów (no, Pebbles jest, bo Bamm-Bamm to zupełnie inna historia…) a praca nie przynosi takiej satysfakcji, jak może powinna (dlaczego Fred nosi krawat?). Sytuacje w komiksach stanowią momentami dość oczywiste przełożenie problemów, jakie trapią ludzi współcześnie, wraz z próbą „oswojenia” tych kwestii, co jednak zdecydowanie nie bawi, a wręcz momentami szokuje bezpośrednim przekazem. Seria pozwala na głębszy wgląd w postacie bohaterów, ich charaktery i historię, a także w zasady, jakimi rządzi się tutejsze społeczeństwo – a to tylko w niewielkim stopniu przypomina bajkę, w której krępy jaskiniowiec w pomarańczowym wdzianku krzyczał „Yabba-dabba-doo!” i wskakiwał do swojego wozu z napędem nożnym.

Przy całej swojej warstwie znaczeniowej, The Flintstones pozostaje pozycją, która oferuje czytelnikowi wiele okazji do czystej zabawy. Bedrock, będące przełożeniem większego miasta na realia prehistoryczne z totalnym brakiem skrępowania w kwestii zapożyczania i wykpiwania współczesnych elementów, kryje w sobie takie cuda jak wspomniane telewizory, doskonale działające pomimo braku prądu, zwierzęta w roli sprzętów domowych (i doskonale tego świadome) oraz polityków, którzy nie do końca rozumieją, jak działa PR. Pokrętna logika tłumu, który zastanawia się nad instytucją małżeństwa, rozważa czczenie kolejnego boga i po raz kolejny błyskawicznie wykoślawia idee, które początkowo przyjął, daje ciekawy, acz niepozbawiony ironii wgląd w rządzące i naszą społecznością przemiany. Niezbyt pasującym wątkiem były zaś w mojej opinii wizyty przybyszów z innych planet – „zielone ludziki” pojawiły się w kilku grupach, oczywiście wyłącznie po to, by namieszać, jednak na ludności Bedrock nie wywarły szczególnego wrażenia. Trochę kłóci się to z faktem, że o wiele mniej zazwyczaj trzeba było, by zadziwić nie tylko prostego człowieka. Z racji dość bezpośrednio poruszanej tematyki seksu, problemów z płodnością („slow sperm”) czy samobójstwa seria ta, wbrew może pewnym oczekiwaniom, nie nada się dla młodszej grupy czytelników.

Od wizualnej strony komiksy prezentują się bardzo dobrze. Bohaterowie stracili swoją kreskówkową miękkość i pokraczność na korzyść muskularnych, wysokich, ale nadal krępych sylwetek męskich i drobnych, smukłych kobiecych. Są one ładne, chociaż bardzo standardowe i mało zróżnicowane – klasycznie męskie kwadratowe szczęki i zwalista postura w odrobinę przerysowanym porównaniu z kobiecą wątłością i wyraźnie zaznaczonymi krągłościami, brak tam zupełnie postaci wyróżniających się na przykład nadwagą, chociaż pojawiają się ciemnoskóre – ale jednak cieszą oko. Kolorystyka jest żywa, kreska wyraźna i czysta, szczegółowa, nie tracąca swoich walorów przy scenach widzianych z oddali, mimika bohaterów zaś nie pozostawia wątpliwości co do ich odczuć i aktualnej sytuacji.

Powrót po wielu latach do tak charakterystycznego tytułu, jakim jest The Flintstones, był przeżyciem specyficznym. Seria komiksowa bardzo różni się od telewizyjnej dziecięcej kreskówki, nie powiem jednak, że taka zmiana wyszła jej na gorsze. Wręcz przeciwnie – to nowe spojrzenie na bohaterów, ich genezę i charaktery było bardzo przyjemne i odświeżające, z całą pewnością przypadnie też do gustu osobom, które kojarzą tytuł z podobnego co ja źródła. Tym zaś, którzy nie mieli okazji się z nim zapoznać nawet w takiej formie, zaprezentuje od razu pełną wersję wydarzeń, przystosowaną dla czytelnika dorosłego.

Alicja Podkalicka

Alicja Podkalicka, Impreza w Bedrock, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1 (56).

Reklamy