PATRONAT CF: Alicja Podkalicka – Skrzydlaty Rumpelsztyk

Recenzja książki: Walter Tevis, Człowiek, który spadł na Ziemię [The Man Who Fell to Earth], przekł. Wojciech M. Próchniewicz, Warszawa: MAG 2017, ISBN: 978-83-7480-683-1, ss. 192.

Kwestia lotów w kosmos, z takim upodobaniem podejmowania we wczesnej literaturze science fiction, po raz pierwszy pojawiła się w prozie bardzo wcześnie, bo na długo zanim zdarzenie takie mogło mieć miejsce. Wyobraźnia autorów zasiedlała planety Układu Słonecznego i Księżyc wyjątkowymi istotami o najróżniejszym wyglądzie i intencjach, zawsze jednak po to, by dać ludzkości szansę na kontakt z nimi – i wyciągnięcie z niego nauki. Zanim człowiek mógł postawić stopę na innej prócz rodzimej ziemi, musiało minąć jeszcze trochę czasu – dobrze wykorzystywanego przez fantastów. Walter Tevis swojego Człowieka, który spadł na Ziemię pisał w czasie, gdy Program Apollo był już w trakcie dynamicznego rozwoju, ale jeszcze przed samym lotem na Księżyc. Twórca postanowił więc wymyślić własny statek kosmiczny… i zupełnie inną, poza ciekawością, motywację do jego wykorzystania.

Ameryka, rok 1985. Gdzieś w stanie Kentucky rozbija się mały obiekt przybyły z kosmosu. Jest wielkości zwyczajnej kapsuły ratunkowej, daleko mu do wahadłowca czy promu, niesie ze sobą jednak ważny ładunek – jedną, jedyną istotę. Wyglądający prawie jak człowiek Thomas Jerome Newton niszczy swój pojazd, aby udać się na samotną wędrówkę w bardzo konkretnym celu. W pierwszym napotkanym sklepie, pod pretekstem awarii samochodu w odludnej okolicy, sprzedaje złoty pierścionek z brylantem, rzekomo będący pamiątką ślubu. Jest to dopiero pierwszy krok na długiej drodze, której kierunek wyznaczyła mu jego rasa – Anteanie, garstka istot rozwiniętych daleko bardziej niż ludzie na Ziemi, a będących już u schyłku swojej cywilizacji – wysyłając go z misją zdobycia środków i skonstruowania pojazdu, którym mogliby się na zieloną planetę dostać.

Ziemia z punktu widzenia obcego nie jest miejscem przyjaznym. Doskonale przygotowany do swojego zadania, którego warunkiem jest wtopienie się w tłum ludzi, Thomas Newton zna bardzo dobrze język angielski, chociaż mówi z lekkim akcentem, ma wiedzę na temat funkcjonowania społeczeństwa, kultury i rozwoju technologii na poziomie, który zastaje na miejscu. Jego plan jest prosty: zdobyć pieniądze, pomnożyć ich ilość do niebotycznych kwot i uratować swój lud, który na rodzimej Antei wskutek wielu wojen i agresywnej gospodarki doprowadził środowisko planety do niemal całkowitego wyjałowienia. Zapasów zostało im niewiele, ale czas goni Newtona z jeszcze jednego powodu – ludzkość na Ziemi trapią podobne, co w przeszłości Antean, konflikty.

Rok 1985 zapisał się w historii Pokojową Nagrodą Nobla dla międzynarodowego ruchu Lekarze Przeciw Wojnie Nuklearnej – jednak dla autora była to nadal nieznana przyszłość. Ukończony w roku 1963 Człowiek… powstał natomiast w okresie, gdy po pierwszych próbach zastosowania bomby jądrowej wprowadzono zakaz jej używania. Motyw strachu przed zagładą, której mogłaby stać się przyczyną, jest w książce wyjątkowo wyraźny. Analizy Antean wskazują, że Ziemi zostało niewiele czasu, natomiast już na miejscu, w towarzyskich rozmowach z Brycem, współpracownikiem, Newton wyraża zawoalowaną obawę, iż może nie zdążyć – mają pięć–dziesięć lat, zanim wybuchnie kolejna wielka wojna, tym razem ostatnia. Antea zaś ma przed sobą lat pięćdziesiąt – ale pozbawiona wody i innych podstawowych środków do życia dysponuje doświadczeniem, które zamierza wykorzystać na planecie ludzi, by powstrzymać ich przez samozagładą, a z Ziemi uczynić miejsce zdatne do życia dla obu nacji. W założeniu mają jednak pozostać na niej obcy – ukryci wśród tłumu, dyskretnie pociągający za sznurki władzy, by nie pozwolić jej na działanie w złym kierunku, rozproszeni i wyobcowani – ale za to żywi.

Tak samo samotny i wyobcowany czuje się na Ziemi Newton. Budując sobie fikcyjną tożsamość ekscentrycznego milionera, pomysłodawcy i prezesa World Enterprises Corporation wypuszczającej coraz to nowe, wyprzedzające swoją epokę zaawansowaniem patenty, niemal zapomniał o jednej kwestii: sobie samym. Ciężko znosi nowe otoczenie, porównuje się do człowieka w stadzie małp – przebywając z nimi na co dzień przez kilka lat, uczy się ich zwyczajów i zauważa głębię w ich pozornie prostych charakterach, nadal jednak jest dotkliwie świadom, że to nie jest jego miejsce, a te same małpy, które teraz współpracują z nim, wykazując nawet pewnie przejawy sympatii, nigdy nie zrozumieją jego natury i toku myślenia. Jego postępujące uzależnienie od alkoholu, o dziwo działającego na niego tak jak na zwykłego człowieka, potęguje tylko wrażenie wyobcowania – i jest przyczyną ogromnego smutku, który czuje się, czytając tę książkę. Nie pomaga towarzystwo nielicznych przyjaznych mu osób: Betty Jo, podstarzałej kobiety z niższych warstw społecznych, alkoholiczki żyjącej z zasiłków, która jako jedyna udzieliła mu pomocy w sytuacji kryzysowej, oraz profesora Nathana Bryce’a, chemika, który jako pierwszy wysnuł podejrzenia co do pozaziemskiej natury Newtona. Bryce jest osobą o otwartym, żywym umyśle, który niemiło wspomina przeszłość – pracę w zespole Oppenheimera przy Projekcie Manhattan – co zresztą niejednokrotnie zostaje mu wypomniane, również przez Anteańczyka. Wraz z Betty Jo tworzą dyskretną i ogromnie opiekuńczą drużynę, nie do końca świadomą swojego wpływu, ale otaczającą Newtona wsparciem w jego misji. Czy skutecznym? Nie do końca.

Od strony naukowej książka stanowi ciekawy przykład wizji przyszłości, która przecież dla nas, obecnie, jest już dawno nieaktualna. Lata 1985-1990, przypadające na okres działalności Thomasa Jerome’a, są niedalekie czasom, w których autor tę powieść pisał, znajdziemy w nich więc zarys współczesności takiej, jaka była ona w rzeczywistości. Newton wprowadza chaos do zastanego porządku – zmienia oblicze rozwoju technologicznego, znacznie go przyspieszając, oferuje przemysłowi rozwiązania, które i dla nas, w roku 2017, są abstrakcyjne. Bazuje jednak na rozwiązaniach już istniejących, nie bawiąc się w wizjonera – postęp, który opisuje, nie ma nic wspólnego z obecną epoką cyfryzacji, wręcz jest od niej daleki. Dokładniej rozważane jest to na przykładzie fotografii, gdzie nadal stosuje się filmy do aparatów analogowych, zmieniwszy jedynie media utrwalające obraz i pozwalające go wywołać – Bryce, próbując w swoim mieszkaniu rozpracować zasadę działania nowego produktu, tylko mimochodem wspomina o niej samej. Sole baru, jakiś gazowy wywoływacz – i nic ponadto. Nie udało się uniknąć szczegółów natury medycznej, które miały opisać stopień odmienności Anteańczyków od Ziemian. W warunkach mniejszej grawitacji i niższej średniej temperatury nie rozwinęli szkieletu w odpowiednim stopniu, by Newton mógł bez problemu znieść przebywanie na Ziemi. Różnica w poziomie wiedzy dzieląca Człowieka… i czasy współczesne, bywa bardzo zauważalna.

Człowiek, który spadł na Ziemię
przesycony jest nawiązaniami do sztuki i mitologii, z opowieścią o Dedalu i Ikarze na czele.  Ikar spada, jego przeznaczeniem jest utonąć w odmętach morza, z którym nie jest w stanie walczyć; technologia, która wzniosła go na szczyt, jest też powodem jego śmierci. Wzleciał za wysoko, zaszedł za daleko, musiał więc spaść. Obraz ze wspomnianą sceną, w postaci reprodukcji dzieła Bruegla, posiada w swoim mieszkaniu, a potem w laboratorium W.E. Corp, Bryce. Upadek Ikara obserwował on więc na co dzień, najpierw zachwycając się nim, potem już z przyzwyczajenia. Nie mógł przewidzieć, że dane mu będzie być świadkiem podobnego procesu. W obu przypadkach pomoc nie była możliwa, w grę wchodziły siły, z którymi jednostka nie była w stanie poradzić sobie sama, pozostało więc obserwowanie z przejmującym poczuciem bezsilności – i życie dalej. Bryce mówi do Newtona: „Oczywiście, że życie toczy się dalej”. Dotyczy to jednak ludzi, którzy mają przed sobą wiele możliwych dróg do wyboru.

Walter Tevis zawarł w swojej książce wizję niedalekiej sobie przyszłości, w której ingerencja siły pozaziemskiej mogła zmienić wiele. Czy zmieniła, pozostaje pytaniem otwartym, do przemyślenia autor pozostawił czytelnikowi jednak kwestię tego, jak wielka odpowiedzialność oddziałuje na umysł – ludzki, bo przecież pomimo wyższego stopnia rozwoju Thomas Newton był bardzo bliski ludziom w tym, jak emocjonalnie odbierał swoje położenie. Mieszanka wzniosłych idei i przyziemnych problemów nie jest motywem wyjątkowym ani nowym, w tym kontekście tworzy jednak wrażenie pewnej uniwersalności w melancholijnym, fatalistycznym wydźwięku. W mojej opinii bardzo trafną, bo chociaż kwestie technologiczne, poruszone w książce, mogą bawić czytelnika przyzwyczajonego do szaleństw wyobraźni współczesnych autorów science fiction, to właśnie Człowiek, który spadł na Ziemię zaprezentował realne – ludzkie – podejście do zbyt egoistycznej postawy człowieka wobec świata, w którym żyje.

Alicja Podkalicka

Cytowanie: Alicja Podkalicka, Skrzydlaty Rumpelsztyk, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (55-56).

Advertisements