Barbara Szymczak-Maciejczyk – I żyli dłużej i szczęśliwiej

Recenzja filmu: Piękna i Bestia [Beauty and the Beast], reż. Bill Condon, Walt Disney Pictures 2017.

Na ekrany kin weszła jedna z najbardziej wyczekiwanych produkcji tego roku. Piękna i Bestia w reżyserii Billa Condona to opowieść o odwadze, podążaniu za głosem serca i wyprzedzaniu swoich czasów. Wielbiciele animowanej wersji z 1991 roku z pewnością nie będą zawiedzeni. Ci zaś, którzy spodziewali się raczej odnowienia francuskiej baśni, mogą się rozczarować. Jednak dzięki rozmachowi, z jakim zrealizowano remake, nikt nie będzie narzekać.

Po ostatniej disneyowskiej ekranizacji znanej baśni1 wiele osób z niecierpliwością czekało na kolejną. Jednak Piękna i Bestia przerosła najśmielsze wyobrażenia. Widowiskowość oraz wspaniałe efekty specjalne to tylko dwie z wielu dobrych cech najnowszego filmu Disneya. Fabułę skonstruowano w taki sposób, by zadowolić zarówno dziecięcą, jak i dorosłą część odbiorców. Poza klasycznymi wątkami pojawiają się także współczesne akcenty, np.: Bella jest wynalazczynią i kobietą postępową, nierozumianą przez zacofaną społeczność miasteczka Villeneuve2, a LeFou3 to homoseksualny towarzysz Gastona, zakochany w nim po uszy.

Najnowsza superprodukcja pełna jest zresztą podobnych reprezentacji. W filmie znalazł się więc czarnoskóry ksiądz, diwa operowa i kilka innych drugoplanowych postaci (niewystępujących w adaptacji z 1991 roku). Główna bohaterka ma silny rys feministyczny nadany celowo przez Emmę Watson, działaczkę na rzecz praw kobiet. LeFou okazuje się być gejem, którym w animacji zdecydowanie nie był. Ojciec Belli ucieka z Paryża z niemowlęciem na rękach i później samotnie wychowuje córkę. Madame Garderobe, zachwycona mężczyzną ubranym w kobiecą suknię, wykrzykuje hasła równościowe. Disney chciał chyba zadowolić wszystkich po równo, ale jak wiadomo – co za dużo, to niezdrowo.

Ciekawego smaczku nadaje filmowi doskonała kreacja Gastona stworzona przez Luke’a Evansa. Przy dość poprawnej – by nie powiedzieć: sztampowej – grze Dana Stevensa i Emmy Watson, która chyba wciąż nie wyszła z roli Hermiony Granger, Evans wręcz błyszczy. Postać narcystycznego i lekko maniakalnego adoratora Belli każdorazowo kradnie scenę, w której się pojawia. Przerysowany LeFou (w tej roli Josh Gad) również jest ciekawą i pełną humoru postacią, jednak należy zadać ważne pytanie: czy pokazanie w filmie familijnym bohatera stricte homoseksualnego (co jest wielokrotnie podkreślane) było trafionym pomysłem? Dużą część publiczności stanowią dzieci oraz osoby o konserwatywnych poglądach. Tymczasem LeFou nie dość, że próbuje odciągnąć Gastona od małżeństwa z kobietą, to w dodatku w dość niewybredny sposób się do niego zaleca. W końcowej scenie tańczy z mężczyzną niezwykle podobnym do niechcianego wielbiciela Belli. Wydaje się, że Disney, aby zadowolić grupy LGBT, strzelił sobie w kolano.

Na ogromną korzyść ekranizacji należy zaliczyć doskonale dobrane głosy mieszkańców zaklętego zamku. Emma Thompson jako Pani Imbryk, Ewan McGregor w roli Płomyka, Ian McKellen oddający swój głos Trybikowi czy Stanley Tucci wcielający się w Maestro Cadenzę to zbiór aktorów idealnie wyselekcjonowanych do konkretnych postaci. Nadają im oni ciepła, charakteru i życia. Znane piosenki, jak choćby Gościem bądź (Be our guest), w ich wykonaniu natychmiast zapadają w pamięć. Ożywione przedmioty są oddane w najmniejszych szczegółach, dzięki czemu film jest niezwykle estetyczny.

Kostiumy i charakteryzacja to kolejny atut remake’u. O ile wygląd Bestii przywodzi na myśl raczej pluszowego misia niż przerażającą kreaturę, o tyle mroczne zakamarki zaczarowanego pałacu tworzą już do pewnego stopnia nastrój grozy. Z kolei żółta suknia głównej bohaterki dosłownie zapiera dech w piersiach. Praca nad nią trwała dwanaście tysięcy godzin. Niełatwo było sprostać rzeczywistemu wykonaniu jednej z najsłynniejszych kreacji Disneya.

Podobnie jak w przypadku wspomnianego już Kopciuszka, także w Pięknej i Bestii można doszukać się pewnych odstępstw od animowanej wersji, jak również rozwinięcia niektórych wątków, np.: zmieniających się nagle pór roku. Miłą niespodzianką jest z pewnością dodatkowa krótka piosenka wyśpiewana przez Bestię oraz rozwinięcie historii rodziny Belli. Niestety, w odróżnieniu od Kopciuszkowego Tycia (w wersji angielskiej Kita) Książę-Bestia nadal pozostaje bezimienny. Dodatkowo, polscy widzowie liczący na śpiewanie razem z bohaterami będą zawiedzeni. Teksty niektórych piosenek poddano nowej translacji, jednak z ogólną korzyścią dla filmu. Muzyka stanowi zresztą niezwykle ważny aspekt Disneyowskiego świata przedstawionego. Również na tym tle wyraźnie wybijają się głosy Luke’a Evansa i Emmy Thompson. Scena, w której słyszymy peany pochwalne na cześć Gastona, jest z całą pewnością jedną z najlepiej odegranych pod względem wokalnym. Niestety, Emma Watson postawiła na dość pretensjonalny ton, co psuje efekt choćby w piosence Bonjour.

W czasie oglądania filmu każdemu wielbicielowi gatunku na myśl przyjdą tytuły znanych musicali. W Pięknej i Bestii można wyczuć klimat Upiora w operze, Moulin Rouge czy Nędzników. Charakterystyczne ujęcia, choreografia taneczna, pewne tropy muzyczne czy podobne ukazanie niektórych bohaterów sprawiają, że superprodukcja Disneya stanowi niejako kolaż znanych już chwytów. Producenci filmu postawili na sprawdzone i powszechnie lubiane elementy. Mimo to, ekranizacja francuskiej baśni wciąż zachwyca.

Jednym z największych minusów Pięknej i Bestii jest… polskie tłumaczenie dialogów. Każdy, kto w wystarczającym stopniu zna język angielski, będzie usilnie ignorował napisy na dole ekranu. Przekład nie oddaje wielu niuansów dodających filmowi uroku, a czasem nijak ma się do oryginalnych kwestii. Także w oryginalnej wersji językowej uniknięto niestety pewnych nieścisłości. Dla przykładu, Gaston – francuski oficer – nie zna języka francuskiego. Jednak jeśli widz nie zwróci uwagi na tego rodzaju szczegóły, na pewno wciąż będzie się dobrze bawił.

Mimo natrętnej myśli, że w Pięknej i Bestii Disney dał widzom za dużo szczęścia na raz, efekt końcowy powala na kolana. Dzieci z pewnością zachwycą się zaczarowanymi mieszkańcami zamku Bestii i feerią barw oraz efektami specjalnymi, dorośli zaś docenią subtelny humor i kostiumy bohaterów. Można oczekiwać, że na ulicach pojawią się wkrótce całe zastępy osób nucących pod nosem piosenki z filmu.

1 Mowa o Kopciuszku z 2015 roku.

2 Nazwa miasteczka jest żartem producentów. Odnosi się ona do nazwiska autorki pierwszej spisanej wersji baśni o dziewczynie zakochującej się w bestii – Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve.

3 Imię tej postaci to kolejny akcent humorystyczny: le fou to po francusku „głupiec”.

 

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, I żyli dłużej i szczęśliwiej, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (55-56).

Reklamy