Marcin Chudoba – „Zwykłe” życie Clinta Bartona

Recenzja komiksu: Matt Fraction, David Aja, Javier Pulido, Alan Davis, Hawkeye: Moje życie to walka [Hawkeye: My Life As a Weapon], przekł. Marceli Szpak, Warszawa: Egmont Polska, 2017, ISBN: 978-83-281-1948-2, ss. 132.

Clint Barton, aka Hawkeye, pojawił się po raz pierwszy w komiksowym uniwersum Marvel Comics na łamach pięćdziesiątego siódmego numeru „Tales of Suspense” z września 1964 roku. Początkowo był on jednym z przeciwników Iron Mana, jednak z czasem przeszedł na stronę dobra i stał się członkiem Avengers. Pomimo to, nie cieszy się zbytnią popularnością (zwłaszcza w Polsce). Trudno się temu dziwić. Clint na tle herosów posiadających potężne supermoce lub narzędzia zastępujące takowe wypada niezwykle nijako. Czy w takim przypadku komiks poświęcony jego solowym przygodom jest w stanie zaoferować czytelnikom odpowiednią dawkę rozrywki?

Pierwsze strony Hawkeye: moje życie to walka nie stanowią jeszcze zapowiedzi żadnych emocjonujących wydarzeń. Tytułowy bohater spada z budynku na dach samochodu i doznaje poważnych obrażeń, w wyniku których kończy na wózku inwalidzkim. Mija sześć tygodni. Chociaż Clint podkreśla, że jest zwykłym facetem pozbawionym supermocy, z pewnością posiada dar do pakowania się w kłopoty. Mężczyzna staje się świadkiem eksmisji jednej z lokatorek, która do tej pory mieszkała w tym samym bloku. Iwan, właściciel nieruchomości, wyrzucił kobietę na bruk ze względu na fakt, że nie zgodziła się na zapłatę zwiększonego trzykrotnie czynszu. Barton uznaje, iż eksmisja odbyła się zgodnie z prawem, jednak w tajemnicy przed innymi mieszkańcami postanawia samodzielnie rozwiązać sprawę podejrzanego podwyższenia opłat za wynajem. Jedno jest pewne – nikt nie wyjdzie z tej akcji cało.

Chociaż powyższy akapit może sugerować, że historia przedstawiona w pierwszym rozdziale recenzowanego komiksu będzie nudna, jest to mylne wrażenie. Wraz z rozwojem fabuły akcja zaczyna nabierać tempa, dochodzi do rękoczynów i strzelanin. Cztery z pięciu pozostałych opowieści umieszczonych w Hawkeye: Moje życie to walka łączy podobne założenie: Clint pakuje się w tarapaty. Nieważne, czy rozbija grupę cyrkową trudniącą się okradaniem grubych ryb przestępczego półświatka, czy eskortuje rudowłosą piękność, czy w końcu wykonuje tajną misję na zlecenie S. H. I. E. L. D., skutki jego działalności pozostają takie same – strzelaniny, pościgi i wszechobecne zniszczenie rodem z filmów akcji. Niemniej, scenariusz przygotowany przez Matta Fractiona na tle innych, podobnych, wyróżnia się w miarę realistycznym podejściem do tematu. Autor, tworząc postać Clinta – odnoszącego poważne rany, popełniającego błędy i mającego gorsze dni zwykłego człowieka – zerwał z tradycją superbohaterskich opowieści, czerpiąc z nurtu dekonstrukcji tychże. Nie zabrakło również specyficznego humoru ujawniającego się w komentarzach Hawkeye’a na temat otaczającego go świata oraz relacjach łączących tytułowego bohatera z młodą Kate Bishop (dziewczyna również nosi pseudonim Hawkeye i często ratuje swego kolegę z opresji). Ostatni rozdział, w oryginale opublikowany w ramach serii „Young Avengers Presents” z 2008 roku, zupełnie odbiega od pozostałych. Jest to typowa historia mówiąca o tym, co cechuje dobrego superbohatera i jak należy dążyć do bycia ideałem, w której Clint daje życiową lekcję Kate. Należy zwrócić uwagę, że chronologicznie rozgrywa się ona przed wydarzeniami z pierwszych pięciu zeszytów zebranych w recenzowanym tomie. Niestety, zupełnie nie pasuje do pozostałych i jest zbytnio ckliwa.

Oprawa graficzna trzech początkowych rozdziałów stworzona przez Davida Aję jest prosta. Nie znajdziemy tu szczegółowych i barwnych ilustracji. Kontury projektów postaci zostały pogrubione czarnym tuszem, w wyniku czego są one wyraźnie oddzielone od teł. Równie prosto przedstawiają się rysunki Javiera Pulido (czwarty i piąty zeszyt). Pomimo swej skromności ilustracje przywołanych artystów idealnie współgrają z przygaszoną kolorystyką oraz klimatem samych opowieści. Rysunki Alana Davisa (ostatni rozdział) stanowią natomiast przykłady bardzo typowych prac ze współczesnych komiksów superbohaterskich, które powstały z wykorzystaniem pełnej mocy obliczeniowej komputerów i nie grzeszą oryginalnością.

Poziom rodzimego wydania nie uległ pogorszeniu w stosunku do innych tytułów z serii „Marvel NOW!” opublikowanych przez Egmont. Tomik został wydrukowany na kredowym papierze, ma miękką oprawę ze skrzydełkami. Dialogi czyta się płynnie i bez zastrzeżeń – za co tłumaczowi należy się pochwała, oryginał był bowiem najeżony słownictwem pochodzącym z mowy potocznej. Nie zabrakło galerii okładek z amerykańskiej wersji zeszytowej. Jedną stronę poświęcono na zapowiedź kolejnej odsłony przygód Hawkeye’a, zatytułowanej Drobne trafienia.

Podchodziłem do recenzowanego komiksu z pewnym dystansem – Clint zawsze kojarzył mi się z nudnymi herosami, którzy zapychają dziury w szeregach Avengers „dla zasady”. Wizja przeczytania tytułu o jego codziennym życiu, prowadzonym z dala od mocarnych kolegów, nie napawała optymizmem, pozostawiając spore prawdopodobieństwo wystąpienia nudy w trakcie lektury. Pomimo to byłem naprawdę miło zaskoczony. Hawkeye: Moje życie to walka jest komiksem wnoszącym powiew świeżości do bardzo hermetycznych publikacji poświęconych superbohaterom. Jeśli nie lubicie wyidealizowanych opowieści o mocarnych herosach bez skazy, gustujecie w opowieściach skupiających się na akcji i strzelaninach oraz klimatach nawiązujących do kina noir, to powinniście sięgnąć po omawiany tytuł. Pamiętajcie tylko, aby przymknąć oko na ostatni rozdział.

Marcin Chudoba

Marcin Chudoba, „Zwykłe” życie Clinta Bartona, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1 (56).

Reklamy