PATRONAT CF: Anita Całek – Świat Rozbitego Imperium na nowo albo jak szybko i skutecznie doprowadzić do porażki bestsellera

Recenzja książki: Mark Lawrence, Książę głupców [Prince of Fools], przeł. Marek Najter, Słupsk: Papierowy Księżyc 2017, ISBN: 978-83-61386-94-0, ss. 479.

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule, należałoby sprawiedliwie rozłożyć odpowiedzialność: do potencjalnej katastrofy dobrze zapowiadającej się powieści obcojęzycznej doprowadzić mogą trzy instancje nadawcze: autor, tłumacz oraz wydawnictwo. W przypadku najnowszej powieści Marka Lawrence’a Książę głupców każdy dorzucił swe ziarnko do góry, która może pogrzebać na dobre świetnie zapowiadającą się karierę pisarską Lawrence’a rozpoczętą debiutem Książę Cierni (2012). Powieść ta, opublikowana na rynku brytyjskim już w 2011 roku, okazała się dla pisarza drogą do prawdziwego sukcesu i poprzedziła dwie kolejne, równie ciepło przyjęte części: Króla Cierni (2013) oraz Cesarza Cierni (2014), nagrodzonego brytyjskim wyróżnieniem David Gemmell Legend Awards; w całości złożyły się one na bestsellerową trylogię Rozbite Imperium.

Książę głupców jest zatem czwartą powieścią Lawrence’a, na swój sposób szczególną, otwiera bowiem nową trylogię – Wojna Czerwonej Królowej[1] – dziejącą się w tym samym świecie Rozbitego Imperium, w którym toczyła się już akcja powieści Książę Cierni. Wykreowany przez brytyjskiego pisarza świat, celowo wpisujący się w topografię nowożytnej Europy, a jednak od niej odrębny, został złożony z postapokaliptycznych resztek rzeczywistości futurystycznej wobec naszej. Akcja całej serii toczy się bowiem 1111 lat po całkowitej katastrofie współczesnej cywilizacji, tyle że przesuniętej jeszcze w przyszłość o nieokreśloną wielkość (świadczą o tym na przykład zabezpieczenia biometryczne odnalezionego systemu informatycznego zamykającego jedną z bram).

Realia nie przypominają jednak typowych utworów postapokaliptycznych: zastępuje je pseudośredniowieczna rzeczywistość. Po zaawansowanym technologicznie świecie, który znamy, niewiele pozostało: architektura, nieco artefaktów, resztki kultury (na przykład dzieła Platona czy Arystotelesa) i religii (chrześcijaństwo w bardzo zniekształconej formie) oraz mit legendarnych Budowniczych, potrafiących czynić niemalże wszystko. Wśród ruin dawnej cywilizacji żyje nowa, barbarzyńska ludzkość, ponownie podążająca znaną już z historii trajektorią ewolucyjną i aktualnie będąca na poziomie małych królestw o porządku feudalnym, rządzonych przez okrutnych władców i zaprawionych w bojach magów.

Skąd to wiem? Bynajmniej nie z powieści. Księcia głupców otwiera scena akcji, w której – wrzuceni in medias res – próbujemy zorientować się, o co tak właściwie chodzi i jak skonstruowany jest ten świat. Tak będzie już do końca książki: nawet jej ostatnie karty nie pozwalają stwierdzić, dlaczego uniwersum całkowicie odmienne od naszego jednak nosi ślady cywilizacji XXI wieku. Informacje te częściowo zostały bowiem podane we wcześniejszej trylogii (Rozbite Imperium); bez jej znajomości poruszamy się w uniwersum Lawrence’a niczym ślepcy pozbawieni przewodnika, bowiem mapa w tym przypadku to stanowczo zbyt mało (pozostała zresztą nieprzełożona). W tym kontekście utwór ten okazuje się nieautonomiczny, co uważam za znaczącą wadę i błąd konstrukcyjny popełniony przez samego autora. Nie może on przecież zakładać, jako niedawny debiutant, iż wszyscy przeczytali jego wcześniejsze powieści. Elementem absolutnie koniecznym byłoby zatem wprowadzenie odbiorcy w rzeczywistość (choćby w minimalnym stopniu, na przykład przez wprowadzenie tabeli chronologicznej losów Imperium, fabularnie nawiązującej do poprzednich części). Tym bardziej, że Wojna Czerwonej Królowej, której tomem pierwszym jest właśnie Książę głupców, opowiadana jest z zupełnie innej perspektywy niż poprzednia trylogia, ma też całkowicie nowych bohaterów.

Fabuła koncentruje się bowiem na losach wnuka Czerwonej Królowej, księcia Jalana Kendetha, połączonego tajemniczym zaklęciem ze Snorrim, synem Topora z ludu Undoreth, Dzieci Młota (wojowniczego plemienia z północy przypominającego Wikingów). Nieco zniewieściały Jalan, kobieciarz i hazardzista, uciekając przez długami, wiąże przypadkowo swój los z niewolnikiem walczącym o przeżycie rodziny. Obaj mężczyźni średnio nadają się na zbawicieli świata w obliczu nadchodzącego zagrożenia ze strony nieumarłych – i oczywiście właśnie z tego powodu zostają w takiej roli obsadzeni, co prowadzi do licznych nieporozumień, zawikłań fabularnych oraz naturalnej w tym kontekście ewolucji obu bohaterów, zwłaszcza niedorastającego do swej roli księcia. W tle pojawia się epizodyczna historia młodego herosa, Jorga Ancratha, głównego bohatera Rozbitego Imperium. Wątek ten jednak – dla nieznających wcześniejszych powieści Lawrence’a – jest hermetyczny i raczej umknie niezauważony przez odbiorcę, któremu przychodzi borykać się z nie całkiem zrozumiałym światem. Powieść sama w sobie jest jednak ciekawa fabularnie (choć jednak mniej oryginalna niż poprzedzająca ją trylogia), a przede wszystkim – toczy się w interesująco skonstruowanym uniwersum.

Mimo to nie czyta się jej dobrze. Przekładu Marka Najtera trudno bronić, bo styl jest wręcz irytujący i wskazuje na niską kulturę słowa tłumacza oraz małe doświadczenie translatorskie. Nie wiadomo dlaczego wydawnictwo zmieniło Annę i Jarosława Fejdychów, przekładających trylogię Rozbite Imperium[2], na nieznanego, niemalże debiutującego w świecie literatury fantastycznej tłumacza[3]. Popełnił on wiele błędów, możliwych do zidentyfikowania przez porównanie do oryginału, a przede wszystkim – z nieznanych przyczyn zdecydował się na obniżenie stylu całej narracji, która nie reprezentuje jednorodnego rejestru językowego. Bohater w tekście Najtera mówi bowiem na przemian stylem bardzo potocznym, na przykład używając określeń chata (w sensie: dom) czy pipidówka (w sensie: mała miejscowość na prowincji), a jego liczne reakcje pozajęzykowe (typu: o! a!) zostają dodane do wypowiedzi. Równolegle tłumacz wkłada w usta księcia wyrażenia zaczerpnięte z łaciny, jak na przykład: Na takie dictum wskoczyłem do łodzi. Trudno chyba o bardziej wybuchową (stylistycznie) mieszankę. Ponadto tekst pełen jest błędów[4] oraz nietrafnych wyborów leksykalnych[5].

Konkluzja nasuwa się sama: drugie, poprawione wydanie tej powieści powinno zawierać nowe jej tłumaczenie lub przynajmniej tekst mocno poprawiony, przeredagowany i zrewidowany (bo innego rozwiązania sobie nie wyobrażam, biorąc pod uwagę obecny stan przekładu). Zatem jeśli powieści Książę głupców uda się – mimo wielu przeszkód – przekonać do nowej trylogii polskich czytelników, nie będzie to zasługą ani nieudolnego tłumaczenia, ani wydawnictwa (które powinno albo w całości odrzucić przekład, albo przynajmniej poprawić go przed wydaniem lub zrobić porządną redakcję językową i korektę tekstu, bo i tego zabrakło).

Do powtórzenia międzynarodowego sukcesu trylogii złożonej z Księcia Cierni, Króla Cierni oraz Cesarza Cierni najbardziej może przyczynić się sama idea Rozbitego Imperium, skonstruowanego przez Lawrence’a. Książę głupców znowu pozwala się w nim zanurzyć i zadawać pytania o celowość istnienia naszej cywilizacji, skoro jej jedynymi pozostałościami są dzieła starożytnych, żelbetowe ściany, skarlałe wierzenia i istoty zmutowane pod wpływem promieniowania jądrowego, a nowa ludzkość, rozwijając się, znów idzie dobrze znanym szlakiem przemian cywilizacyjnych, których finałem była prawdopodobna apokalipsa znanego nam świata.

To rzadkie połączenie ukrytego w tle wątku postapokaliptycznego z pierwszoplanową allotopijną fantasy podobną do prozy George’a R.R. Martina (i podobnie skupioną na kwestii walki o władzę) wydaje się nie tylko oryginalne, ale też niezwykle interesujące. Dlatego warto, by Papierowy Księżyc podjął rękawicę i przy okazji promowania kolejnych tomów Wojny Czerwonej Królowej wydał poprawioną wersję Księcia Głupców, pozwalając polskim czytelnikom ponownie i bez estetycznego niesmaku wkroczyć na ziemie Rozbitego Imperium.

[1] Warto dodać, że jest to środkowa z trzech trylogii zaplanowanych przez Lawrence’a; w Wielkiej Brytanii ukazał się w czerwcu 2016 roku trzeci tom Wojny Czerwonej Królowej, a w kwietniu 2017 roku ma wyjść pierwszy tom ostatniego cyklu The Book of the Ancestor, ogniwa prawdopodobnie zamykającego całą serię.

[2] Dla ścisłości należy jednak podać, że pierwszy tom przekładał wyłącznie Jarosław Fejdych.

[3] Marek Najter zaczął tłumaczyć literaturę fantastyczną dopiero w 2015 roku, współpracując z Fabryką Słów, Lawrence jest jego czwartym przekładem. W porównaniu do znacznie bardziej doświadczonego i sprawniejszego warsztatowo Fejdycha wybór wydawnictwa wydaje się całkiem niezrozumiały.

[4] Pierwszy błąd znajduje się już na samym początku: to fonetycznie zapisane Ał! (zamiast: Au!, czyli – cytując Wielki Słowniki Języka Polskiego PWN, wyraz służący do uzewnętrznienia reakcji nadawcy na ból). Czy warto wymieniać dalsze? Proszę bardzo: oto przykładowe błędy ortograficzne (nie ważne zamiast: nieważne), składniowe (absolutne best of, czyli zdanie: Ale jeśli pojawią się plotki. Oczywiście w oryginale zdanie to jest złożone, bowiem tak być powinno: i po polsku, i po angielsku) czy korektorskie (chała zamiast chata, baki zamiast babki).

[5] Typu: kulista kobieta (zamiast: okrągła) czy babkowe nalegania (zamiast: nalegania babki).

Anita Całek

Anita Całek, Świat Rozbitego Imperium na nowo albo jak szybko i skutecznie doprowadzić do porażki bestsellera, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (55-56).

Reklamy