Piszę historie, które domagają się opowiedzenia – wywiad z Brandonem Sandersonem

Autor cyklu Archiwum Burzowego Światła odwiedził Polskę w drugiej połowie marca. Co Brandon Sanderson1 myśli na temat światotwórstwa, fizyki kwantowej i magii, swoich ulubionych pisarzy oraz polskich aka-fanów – dowiedzieli się Barbara Szymczak-Maciejczyk i Piotr Zawada.

Barbara Szymczak-Maciejczyk: Co powiesz nam o swojej następnej książce?

Brandon Sanderson: Nie mogę zdradzić zbyt dużo. Każda książka z serii Archiwum Burzowego Światła koncentruje się wokół konkretnej postaci – i tak Dawca przysięgi (ang. Oathbringer) będzie o Dalinarze, który w przeszłości był dowódcą wojskowym, a teraz chce odkupić swoje winy. Będzie sporo o jego młodości, o relacji z żoną i tego typu sprawach, nad którymi czytelnicy zastanawiali się już od dłuższego czasu. Pojawią się także pewne przerywniki z różnych miejsc. Akcja przeniesie się do nowych, ogromnych metropolii.

BSM: À propos ogromu – czy tworzony przez ciebie świat będzie się powiększać?

BS: Tak! Ciągle się powiększa. Pisanie Archiwum Burzowego Światła sprawia mi ogromną frajdę.

Piotr Zawada: Czy gdzieś to się kończy? Zakładam, że wszystko już zaplanowałeś?

BS: Mam już dwa zakończenia Archiwum Burzowego Światła. Jedno do pierwszych pięciu książek, drugie do pozostałych pięciu.

PZ: A poza Archiwum Burzowego Światła? Co z całym Cosmere?

BS: Definitywnym końcem całego cyklu będzie trzecia książka trzeciej trylogii z cyklu Z Mgły Zrodzony.

BSM: Moje pytanie może wydać ci się zabawne, ale po prostu muszę je zadać. Dlaczego każda z twoich książek kończy się happy-endem? Mimo że niektóre postaci umierają, świat się nie kończy, a zostaje ocalony.

BS: Cóż, do tej pory nie zakończyłem akcji w żadnym ze stworzonych przeze mnie światów, jednak w niektórych książkach widać wyjątek od szczęśliwego zakończenia. Trochę osób skarżyło się na tę dobroduszność. Cóż, piszę historie, które domagają się opowiedzenia, i tak się złożyło, że świat w żadnej z nich się jeszcze nie skończył. Tak się po prostu dzieje w każdej mojej książce.

BSM: A czy możesz nam powiedzieć, który świat zostanie unicestwiony w pierwszej kolejności?

BS: (śmiech) Nie, nie mogę.

BSM: Warto było spróbować.

PZ: Planujesz w najbliższym czasie jakieś książki umieszczone w innych uniwersach?

BS: Będę pisać kontynuację Stalowego serca, zatytułowaną The Apocalypse Guard (Strażnik Apokalipsy). Ten sam świat, ale inni bohaterowie. To będzie właśnie książka spoza uniwersum Cosmere.

BSM: Skoro mówimy o bohaterach, to tworzysz ich od zera czy bazujesz na istniejących ludziach?

BS: Czasami na ludziach…

BSM: Na przykład?

BS: Sarene z Elantris wzorowałem na znajomej z college’u. Najczęściej jednak tworzę bohaterów na podstawie pomysłu na konflikt. Tak było z Kaladinem, powstałym na koncepcie chirurga, który okazuje się dobry w zabijaniu ludzi. Biorę na warsztat właśnie taką dychotomię, dwie rzeczy, które do siebie nie pasują. Podobnie było z Dalinarem, który kocha swego brata, a jednocześnie uważa, że to on powinien rządzić, ponieważ jego bratanek jest złym królem. Konflikt pomiędzy miłością do rodziny a miłością do kraju to świetny temat na postać. O takie rzeczy mi chodzi.

BSM: Miłość może być dobrym punktem wyjścia do następnego pytania, jako że jesteś religijnym człowiekiem. Jak bardzo twoje przekonania wpływają na to, co piszesz?

BS: Wyznawana przeze mnie religia sprawia, że bardzo interesują mnie inne systemy wierzeń. Lubię eksplorować obce przekonania i światopoglądy. Moja religia sprawia, że podchodzę z szacunkiem do cudzej wiary albo właśnie jej braku. Tak sobie myślę, że bycie mormonem wpływa na to, co uważam za heroizm. Zasadniczo jestem religijnym człowiekiem, co narzuca mi pewne schematy myślowe. Wierzę w metodę naukową, w ewolucję, akceptuję naukę. Ostatecznie jednak istnieje coś takiego jak nadzieja – która nie ma z nauką nic wspólnego. Definicja nadziei to: wierzyć i chcieć czegoś, co wydaje się irracjonalne. Statystyki są przeciwko tobie. Masz nadzieję, mimo że wszystko świadczy przeciw niej. To zderzenie z prawdopodobieństwem.

PZ: Istnieje efekt placebo.

BS: Właśnie. Nadzieja to coś ściśle ludzkiego. Istotnego. I mającego znacznie więcej wspólnego z religią niż nauką. To właśnie główny element religijności w mojej twórczości. Gdy skończyłem Z Mgły Zrodzonego, przejrzałem całość i stwierdziłem: „wow, dominującym tematem tej książki jest nadzieja”. Nie zrobiłem tego umyślnie. Nie zasiadłem do pisania z postanowieniem, że będę nauczać o tym czy o tamtym. Wyszła książka o nadziei. Nadziei w obliczu porażki, co uważam za bardzo religijny koncept. Tak więc religia bardzo wpływa na to, co piszę. Tolkien zawsze powtarzał, że nie znosi alegorii. Nie chciał, żeby na jego twórczość patrzono przez ich pryzmat. Rozumiem go. Też nie chcę, żeby mówiono: „to jest alegoria teologicznych założeń mojej wiary”. Nie. Raczej zastanawiam się nad tym, co kieruje konkretną postacią, kim się ona staje w czasie opowiadania danej historii.

PZ: Nazwisko Tolkiena chyba musiało paść w tej rozmowie. Coraz więcej pisarzy odchodzi od wyeksploatowanego schematu fantasy z elfami, krasnoludami itd. Których z nich cenisz najbardziej?

BS: Świetnie sobie z tym radzi Guy Gavriel Kay. Odwalił kawał dobrej roboty, inspirując się naszym światem i tworząc coś na kształt fantastycznej wersji historii alternatywnej. Bardzo daleko od Tolkiena odchodzi Terry Pratchett – chyba mój ulubiony pisarz. A skoro już mówimy o tym oddalaniu się, to zwróćcie uwagę na coś jeszcze. Tolkien oczywiście wykonał świetną pracę. Ogrom fantasy inspirował się nim przez bardzo długi czas. Trwa to zresztą do dziś. Tolkien ukształtował tak popularne postacie jak Wiedźmin Sapkowskiego czy Drizzt Do’Urden, a także wpłynął na wiele gier komputerowych – jak serie The Elder Scrolls czy Dragon Age. Niemniej sądzę, że fantasy może przynosić równie świetne efekty, jeśli cofniemy się o krok i zamiast otrzymanych już efektów, przyjrzymy się temu, co Tolkien właściwie zrobił. Stworzył elfy i krasnoludy, ale zaczerpnął je z mitologii. Zastanowił się, co może z niej zaczerpnąć, żeby stworzyć interesujący świat. Takim pisarzem, który zamiast patrzeć na efekty Tolkiena, cofnął się o krok, jest Patrick Rothfuss. Albo też N.K. Jemisin. Ona czerpie z innych, nieeuropejskich tradycji, z których tworzy rewelacyjne historie. Dla ludzkości kreatywność to dokonywanie rekombinacji. A w twórczości chodzi o przetwarzanie. Nie możemy wyobrazić sobie koloru, jakiego nie widzieliśmy – ale możemy różne rzeczy połączyć. Istnieje zwierzę z rogiem i zwierzę bez rogu – łączymy je i wychodzi z tego jednorożec. Odnosimy się do tego, co już znamy.

PZ: A jeśli chodzi o znane i nieznane – jak sądzisz, co jest najbliższe magii i Odpryskom w naszym świecie?

BS: Ciężkie pytanie. Hmm… Fizyka kwantowa! To najprawdopodobniej najbardziej podobna do magii rzecz w naszym świecie. Tam nawet najprostsze zagadnienia, jak doświadczenie Younga, sprawiają, że wybucha mi mózg.

PZ: No i stosunkowo mało ludzi tak naprawdę ją rozumie.

BS: Poszedłbym jeszcze dalej i powiedział, że do końca nie rozumieją jej nawet eksperci. Zawsze mówią coś w stylu: „Nie wiemy, dlaczego to działa”. Jeśli chodzi o ciemną energię czy ciemną materię to niby wiadomo, o co chodzi, ale tak naprawdę nikt tego nie pojmuje. Musimy teoretyzować. Myślenie o tym, co się dzieje choćby w czarnych dziurach – to czysta magia.

PZ: Wszystko to istnieje w teorii.

BS: Nie ma jak tego sprawdzić. W ogóle wszystkie te ciekawe tematy – nie tylko fizyka kwantowa, ale horyzont zdarzeń, czarne dziury, kosmos i astrofizyka – to według mnie jakby magia.

PZ: W wielu przypadkach magia i technologia to tak naprawdę to samo. A co z pisaniem tekstów osadzonych mocniej w nauce?

BS: Nigdy nie będę pisać hard science fiction, a tylko space opery. Nie jestem naukowcem, a jeśli już, to raczej naukowcem-amatorem. Moje książki są niejako osadzone w nauce. Niemniej im dalej wchodzę w Cosmere, tym robi się bardziej naukowo. I będzie się to nasilać.

PZ: Wszystko planujesz, ale z pewnością już po ukazaniu się książki myślisz sobie, że jednak coś dało się zrobić inaczej i lepiej?

BS: (śmiech) Mam tak z każdą książką. Z każdą. Zawsze coś się znajdzie. To chyba Da Vinci powiedział, że sztuka nigdy nie jest zakończona, a po prostu porzucana. Zgadzam się. Może pewnego dnia, gdy już się zestarzeję i skończę pisać o Cosmere, napiszę wersje ostateczne poszczególnych książek – tak jak Tolkien przepisał Hobbita, żeby pasował do Władcy pierścieni. Ale w przeciwieństwie do Gwiezdnych Wojen chciałbym, żeby istniały dwie wersje – tej oryginalnej mimo wszystko nie powinno się wymazywać.

BSM: Czy fani piszą o twojej twórczości prace akademickie? Wiesz może, czy masz jakichś aka-fanów?

BS: Tak. I wygląda na to, że większość z nich to Polacy. Podczas podpisywania książek w ostatnich dniach podeszło do mnie chyba aż czworo czytelników, którzy poinformowali mnie, że piszą artykuły albo prace o moich światach.

BSM: W końcu jest co analizować – są przeogromne i skomplikowane.

BS: No tak.

PZ: A jak często zarzuca ci się zbytnie skupienie się na world-buildingu?

BS: Okazjonalnie. To zależy od książki. I od progu wejścia czytelnika. Powiem tak: gdy jedzie się samochodem, każdy kto jedzie szybciej, jest wariatem drogowym, ale każdy, kto jedzie wolniej, to palant. Każdy uznaje za właściwe to, co sam robi. Tę zasadę można odnieść do przeróżnych rzeczy. Można przeczytać książkę i stwierdzić: idealny świat! Jeden krok dalej i myślisz: przekombinowane, historia się w tym gubi, wieje nudą. Dasz za mało i książce brakuje immersji. Dlaczego autor bardziej się nie postarał? Na pewno dla części czytelników będzie to za mało, a dla innych za dużo.

BSM: Jeśli chodzi o twoje światy, to mój bratanek zapytałby cię, czy Odpryski znajdujące się na poszczególnych planetach wpływają na formę Krainy Umysłu?

BS: Wpływają na jej postrzeganie. Podobnie jak umysły ludzi. Moc Odprysków działa trochę jak… ogromna ilość masy, która wpływa na czasoprzestrzeń. Duża ilość Intencji – która stanowi Odprysk – wpływa w podobny sposób na Krainy Umysłu i Duszy. Ale muszę dodać, że umysły zamieszkujących świat ludzi robią dokładnie to samo.

PZ: Z innej beczki: jeśli na podstawie twojej twórczości miałby powstać tylko jeden film, to którą planetę byś wybrał?

BS: Prawdopodobnie Scadrial – bo najlepiej nadawałby się na film. Archiwum miałoby więcej sensu jako serial – ale jeśli miałbym wybrać tylko jedną książkę, to byłby to Z Mgły Zrodzony.

PZ: Na koniec pytanie ciężkiego kalibru: zapewne zastanawiałeś się nad tym, jako że kończyłeś po zmarłym Robercie Jordanie cykl Koło Czasu. Czy… Kto miałby… No…

BS: Kto miałby skończyć mój cykl, gdybym ja nie mógł?

PZ: No… tak.

BS: Pytano już mnie o to. Zwykle wskazuję Briana McClellana. To jeden z moich studentów, autor trylogii o Magach Prochowych. Bardzo dobre książki. I chyba to jego bym… wybrał. Jeśli oczywiście by się zgodził.

PZ: Wybacz to niefortunne pytanie.

BS: Nie przejmuj się. Trzeba myśleć o takich sprawach.


1
Brandon Sanderson — ur. 1975; amerykański pisarz fantasy, zarówno cykli dla młodzieży, jak i dla dorosłych; dwukrotny laureat nagrody Hugo; jeden z najpłodniejszych autorów swojej generacji; uczy kreatywnego pisania.

Cytowanie: Piszę historie, które domagają się opowiedzenia – z Brandonem Sandersonem rozmawiają Barbara Szymczak-Maciejczyk i Piotr Zawada, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (55-56).

Reklamy