Anika Radzka-Nowaczewska – Ether a sprawa polska i tetygońska

Recenzja książki: Krzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery, Kraków 2016, Wydawnictwo Literackie, ISBN: 978-83-08-06199-2, s. 548.

Czterdzieści i cztery, najnowsza powieść Krzysztofa Piskorskiego, rozpoczyna się już w roku 1830, gdy grupa polskich powstańców ucieka przed Rosjanami po przegranej bitwie o Wilno. Chowają się w lesie, a główna bohaterka, Eliza Żmijewska, zwraca się o pomoc do leszego, gdy nagle atakują ich małe, śmiertelnie niebezpieczne stworzenia. Trzynaście lat później ta sytuacja ciągle wraca do niej w koszmarnych snach. Ma wtedy do wykonania trudne zdanie wyznaczone jej przez Radę Emigracyjną – zabicie Konrada Załuskiego, polskiego wynalazcy i przedsiębiorcy, który w 1830 roku obiecał pomóc powstańcom, nie przybył jednak na odsiecz i uwił sobie ciepłe gniazdko w Anglii. Główna bohaterka postanawia odbyć podróż przez Anglię², by lepiej zacierać za sobą ślady. I tu dochodzimy do zasadniczego pomysłu na świat przedstawiony – etheru, rodzaju oceanu, w którym pływają banki równoległych światów, przy czym geograficznie wyglądają tak samo, jak na naszej Ziemi, jednak bywają niezamieszkane bądź też zaludnione przez niekoniecznie humanoidalne rasy.. A przejść między nimi można za pomocą bram etherowych, zbudowanych we wszystkich stolicach Europy. W trakcie podróży Eliza nie ma szczęścia – najpierw natyka się na agenta wywiadu angielskiego Charlesa Rowana, który ściga ją potem przez całą książkę, jej statek zostaje zaatakowany i zatopiony przez ogromnego potwora morskiego, a ją samą  morze wyrzuca na pusty brzeg. Tam dostrzegają ją tetygon Xa’ru, czyli wielki humanoidalny dwunożny mrówkopodobny owad oraz jego towarzysz – a konkretnie zakonserwowana, lecz zachowująca własny umysł głowa badacza sir Thomasa Mitchella, byłego Naczelnego Geodety królowej i członka Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Postanawiają wspólnie dotrzeć do Londynu² i tam przejść przez bramę etherową do właściwej stolicy Anglii. Jak łatwo zgadnąć, nie jest to jednak proste, ale po drodze nawiązuje się między bohaterami nić sympatii.

W tym utworze Krzysztofowi Piskorskiemu nie można odmówić wyobraźni – całe multiwersum oparte na etherze, dokładne opisy wykorzystujących go sprzętów czy broni na istoty z innych światów opartych również na srebrze, ołowiu i jadzie spodobają się zapewne niejednemu fanowi konwencji steampunkowej. Ponadto interesujące będzie zapoznanie się z alternatywną wersją historii Europy – w której Napoleon nie umarł i jest podtrzymywany przez zaawansowany sprzęt medyczny. Pojawia się sporo smaczków, takich jak pierwszy komputer zwany silnikiem analitycznym i jego twórczyni, czyli Ada Lovelace, córka Byrona. Nie brakuje poczucia humoru – jest kobieta, która twierdzi, że obudziła się rano bez swoich ubrań przed inną gospodą, niż ta, w której nocowała, i rzeczywiście przeżyła przeniesienie między światami, dzięki czemu Eliza ma się w co ubrać w Anglii², są oczywiście tajne stowarzyszenia z zabawnymi stopniami wtajemniczeń (np. stopień V to Perfekcyjny Mag i Kompanion Królewskiego Łuku Enocha, s.174). Nie zawiodą się także ci, którzy czekają na niezwykły latający statek z okładki, o uroczej nazwie Bułat. Także rozwiązanie fabuły jest bardzo pomysłowe, choć moim zadaniem ten koncept mógłby być eksploatowany już od początku powieści.

Mimo wszystkich wymienionych przez mnie powyżej zalet utworu, z przykrością stwierdzam, że nie przypadł mi on do gustu. Po pierwsze, przez jakieś 70 stron po prologu akcja rozwija się jak mucha w smole i miałam w pewnym momencie poczucie, że czytam coś w stylu podróży Guliwera, ale nieobfitujących w żadne wydarzenia. Podobnie bezcelowe wydają mi się wydarzenia pod koniec książki, gdy Eliza trafia do Paryża. Niczym bohater gier komputerowych dostaje questa – generał porozmawia z nią dopiero, gdy coś dla niego zrobi. Ponieważ byłam obecna na wszystkich prelekcjach Krzysztofa Piskorskiego na Polconie 2016 we Wrocławiu, wiem, ile pracy włożył w badania do tej książki i mam nieodparte wrażenie, że researcher przeważył w tej powieści nad dobrym pisarzem i twórcą fabuł i bohaterów.

A skoro o bohaterach mowa, to przedstawię mój drugi zarzut – główna heroina, Eliza Żmijewska, ostatnia kapłanka Żmija, to typowa Mary Sue. Umie po prostu wszystko – tępym sztyletem wykroi i uszyje sobie ubranko z żagla, pływa, strzela, fechtuje, kłamie jak z nut, potrafi zrobić odświeżacz powietrza, śledzić i Bóg wie, co jeszcze. Jedyne, co jej nie wychodzi, to układanie wierszy. Niestety, autor popełnił błąd wybierając właśnie kobietę na protagonistkę, bo moim zdaniem nie rozumie zbyt dobrze psychiki kobiecej i nie potrafi jej przekonująco przedstawić. Para Xa’ru – Mitchell jest zdecydowanie bardziej udana od Elizy.

Trzeci element, którego nie byłam w stanie przełknąć, to realistyczny, czasem wręcz zbliżający się do naturalistycznego styl opowiadania, przez który zamiast skupić się na głównym wątku zastanawiałam się, kiedy wreszcie Eliza się uczesze i czym ona właściwie zrobiła sobie ten skromny makijaż – przecież będąc dzień temu w sklepie nie kupiła sobie żadnych kosmetyków! Z jednej strony rozumiem, że w konwencji steampunkowej realizm jest potrzebny, bo trzeba na nim oprzeć opisy działania mechanizmów etherowych, ale autor sam ukręcił na siebie bicz, bo powinien wiedzieć, czym się kobiety malowały w 1844 roku i umieścić te produkty w książce. Ponadto nie pasuje tu zupełnie pomysł wyjęty z utworów fantasy, że Eliza jest kapłanką starego bóstwa Żmija. Moim zdaniem łączenie konwencji realistycznej z fantastyczną jest bardzo ryzykowne, a w tym przypadku po prostu się to nie udało. Jako czytelnik powinnam bowiem zastanawiać się, jak Eliza poradzi sobie z poinformowaniem innych o skutkach używania bomb etherowych i jaki sposób wymyśli na pokonanie śmiertelnie niebezpiecznych zaskakunów (które notabene sama nazwała), a nie czemu się przez tyle dni nie czesała. Do tego dochodzi też konwencja rodem z filmów akcji – gdy protagonistka próbuje wsiąść do startującego Bułatu lub wysiada z innego pędzącego statku, albo gdy Alfred Szklarski poluje na potwory. Połączenie tylu rożnych stylistyk po prostu nie wyszło tej powieści na dobre.

Jako fanka Krzysztofa Piskorskiego, kibicująca mu już od czasu jego pierwszych utworów, z ogromną przykrością stwierdzam, że ta książka po prostu mnie rozczarowała – szczególnie, że po genialnym Cieniorycie spodziewałam się po nim znacznie więcej. Moim zdaniem powieść zyskałaby, gdyby była o 200 stron krótsza, głównym bohaterem byłby mężczyzna i nie łączyła tylu różnych, niepasujących do siebie pomysłów i konwencji. Konsekwencje istnienia multiwersum etherowego idą bowiem tak daleko, że trzeba umieć nałożyć im krótką, pisarską smycz. I mimo że sam pomysł na Bułat i prace Konrada Załuskiego są naprawdę niezwykłe, warto więc doczytać powieść o końca, by poznać główny zamysł fabularny autora, i że jest wiele zabawnych i technicznych smaczków, niestety nie postawię tego utworu na półce z ulubionymi pozycjami. Jestem ciekawa, ilu czytelników podzieli moją opinię.

Anika Radzka-Nowaczewska

Anika Radzka-Nowaczewska, Ether a sprawa polska i tetygońska, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1 (56).

Reklamy