Łukasz Kowalski – Co nagle to po Diable

Recenzja serialu: Iron Fist, prod. Scott Buck, USA: Netflix 2017.

Fani komiksów oraz seriali z niecierpliwością czekali na najnowszą produkcję Netflixa, czyli Iron Fist. Z uwagi na to, że jego poprzednik, w postaci Luke’a Cage’a, nie ustawił poprzeczki zbyt wysoko, obaw i kontrowersji związanych z serialem było całkiem sporo. Oczekiwanie właśnie się zakończyło, a ostatni z Obrońców zagościł w naszych domach – nadszedł czas, aby ocenić jego debiut.

Danny Rand (Finn Jones) cudem przeżywa katastrofę odrzutowca w Himalajach i zostaje uratowany przez mnichów. Po 15 latach spędzonych w klasztorze w mitycznym Kunlun wraca do Nowego Jorku. Uznany za zmarłego dziedzic jednej z największych korporacji w mieście musi przekonać najbliższych, że jest tym, za kogo się podaje i odzyskać należne mu miejsce. Jednak jego prawdziwym celem nie są pieniądze, a znalezienie spokoju ducha i dowiedzenie się jak najwięcej o przeszłości swojej rodziny. Jakby tego było mało, do jego firmy przeniknęła Ręka, demoniczna organizacja, będąca odwiecznym wrogiem zakonu, w którym się wychował. Danny musi pogodzić szalejące w nim uczucia oraz obowiązki, jakie nakłada na niego tytuł Iron Fista, obrońcy Kunlun.

Fabułę podzielono na dwa główne wątki. Pierwszym z nich jest aspekt korporacyjny, traktujący zarówno o zakulisowych rozgrywkach, walce o władzę, jak i ciemnej stronie prowadzenia wielkich interesów. Drugi związany jest z pozycją oraz wyzwaniami, jakie czekają na tytułowego mitycznego wojownika. Całość spina obecność i działania Ręki, którą fani Daredevila zdążyli już całkiem nieźle poznać. Jednak zanim dojdzie do większych konfrontacji, należy uzbroić się w cierpliwość.

Akcja serialu rozkręca się powoli – scenarzyści dali sobie dużo czasu, aby przedstawić zarówno głównego bohatera, jak i jego otoczenie. Pierwszy akt ukazuje przede wszystkim szok, jakim jest jego ponowne zetknięcie z realiami współczesnego świata. Czas ekranowy został podzielny po równo między Danny’ego, Joy (Jessica Stroup) i Warda (Tom Pelphrey) Meachumów zarządzających obecnie Rand Corporation oraz Colleen Wing (Jessica Henwick), instruktorkę sztuk walki prowadzącą swoje dojo. Każda z postaci ukazuje wydarzenia z całkiem nowej perspektywy i uwypukla inne aspekty „zmartwychwstania” Danny’ego. Na tym etapie trudno określić, kto jest głównym bohaterem opowieści. Zarówno postacie, jak i widzowie otrzymują bardzo dużo czasu na oswojenie się z nową sytuacją. W dużej mierze całość przypomina uwspółcześnioną wersję Tarzana, co w pewnym momencie wytyka nawet Ward. Ciekawym jest, że pomimo ewidentnego charakteru wprowadzenia, w początkowych epizodach nie dowiadujemy się praktycznie niczego na temat wydarzeń z czasu spędzonego przez protagonistę w klasztorze. Warto zwrócić też uwagę na różnice w charakterze owych odcinków. Poza kilkoma pomniejszymi potyczkami w trakcie pierwszego aktu nie dzieje się prawie nic, co wskazywałoby, że mamy do czynienia z serialem akcji. Dopiero później, gdy sytuacja na szczytach korporacji zaczyna się lekko normować, wydarzenia nabierają tempa, a widzowie otrzymują całą masę pojedynków i bitew.

Początkowe rozciągniecie fabuły może odstraszać część widzów, jednak o ile można spierać się, czy taka forma prologu powinna zajmować 4 czy 5 odcinków, to w ostatecznym rozrachunku jest to bardzo istotne. Dzięki temu, tak, jak przyzwyczaiły nas już seriale Netflixa, kreacja bohaterów stoi na bardzo wysokim poziomie. Czas poświęcony na rozwój relacji między poszczególnymi postaciami na koniec zwraca się z nawiązką. Ewolucja, jaką przechodzą praktycznie wszyscy, oraz ich wzajemny stosunek do siebie są dzięki temu dużo bardziej wiarygodne i dynamiczne. Pozwala to również mocniej zżyć się z bohaterami i autentycznie im kibicować, nawet jeśli mowa o ludziach, których początkowo nie darzyliśmy zbyt pozytywnymi uczuciami.

Szczególne słowa uznania należą się scenarzystom za stworzenie Warda – obserwowanie jego rozwoju okazało się bardzo satysfakcjonujące. Najbardziej irytujący członek rodziny korporacji Rand przeobraził się w osobę budzącą sympatię, i to pomimo roli, jaką odgrywał od samego początku. Claire Temple (Rosario Dawson) ponownie odznaczała się niesamowitą charyzmą i tworzyła świetną atmosferę za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Oprócz tego na tle pozostałych wyróżniał się diaboliczny Harold Meachum (David Wenham), który, pomimo że czasami zdawał się zbyt mocno przerysowany, idealnie wpasowywał się w charakter opowieści.

Kilka dodatkowych słów należy się samemu Danny’emu, gdyż jest to postać, która niejednemu widzowi zagra na nerwach. Iron Fist pod względem rozwoju umiejętności interpersonalnych oraz pojmowania mechanizmów rządzących współczesnym światem zatrzymał się na poziomie 12-letniego dziecka, ewentualnie klasztornej relacji mistrz-uczeń. Z uwagi na to pakuje zarówno siebie, jak i innych w bardzo niezręczne sytuacje. Z drugiej strony jego kompas moralny przywodzi na myśl legendarnych paladynów, co jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Zachowanie na zasadzie „jeśli świat nie rozumie, co jest dobre, to tym gorzej dla świata” balansuje na cienkiej granicy między byciem uroczym i idiotycznym.

Czysto fabularnie Iron Fist nie powala na kolana. Główny wątek jest względnie interesujący i potrafi przykuć uwagę, jednak brakuje mu czegoś, co pozwoliłoby zapamiętać go na dłużej. Poza dwoma ciekawymi zwrotami akcji, z których jeden został zdradzony przez twórców dużo wcześniej, wszystko idzie w z góry ustalonym kierunku i jest łatwe do przewidzenia. Dopiero ostatnie odcinki mocno podkręcają tempo, a wydarzenia na ekranie zmieniają się niczym w kalejdoskopie, zapewniając prawdziwy rollercoaster emocji. Natomiast samo zakończenie, a raczej zawieszenie akcji, jakiego jesteśmy świadkiem, wzbudza bardzo duży apetyt na więcej i daje nadzieję na o wiele wyższy poziom historii w kolejnych sezonach.

Podobnie jak Luke Cage, serial zdaje się zbyt długi w stosunku do treści, którą otrzymujemy. Choć nie jest to tak widoczne, jak w przypadku tego pierwszego, to i tak całość powinna zamknąć się maksymalnie w 10-11 odcinkach. W zamian za to dużo chętniej obejrzałbym więcej odcinków Defendersów, których będzie ledwie 8. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy zapędzili się w kozi róg, czy to z uwagi na zapisy kontraktowe, presje zarządu, czy jakikolwiek inny powód, i muszą pracować z niedopracowanym materiałem, żeby zmieścić się w wyznaczonym terminie.

Poza samym scenariuszem widać to w chyba najważniejszym elemencie tej produkcji: choreografii walk. Finn Jones nie jest adeptem sztuk walki i rzuca się to w oczy na każdym kroku. Oczywiście trudno mieć o to do niego pretensje, niemniej w takich przypadkach, zazwyczaj przed rozpoczęciem produkcji, aktorzy odbywają intensywny trening, pozwalający nakręcić część zdjęć bez konieczności nadmiernej edycji materiału. W komiksowym uniwersum Marvela istnieje tylko jedna postać z podobnymi lub wyższymi umiejętnościami walki: Shang-Chi zwany również „Mistrzem Kung Fu”. Z uwagi na to można oczekiwać, że poziom tego, co zobaczymy, będzie wyższy niż ten w Daredevilu, a w tym wypadku tak nie jest. Wszystko dzieje się zbyt wolno, ciosy padają, jakby zostały nakręcone w zwolnionym tempie, a całość jest pocięta i wyedytowana w dość irytujący sposób. Boli to tym bardziej, że pomysły na poszczególne starcia czerpano z takich klasyków jak Wejście smoka, Legenda pijanego mistrza czy Raid. Fani gatunku potrafiliby wybaczyć nawet mocne luki w scenariuszu, gdyby walki były widowiskowe, co dobitnie widać na przykładzie Krainy bezprawia. Niestety w drugą stronę to nie działa.

Co ciekawe, poza wyżej wymienionym elementem pod względem technicznym nie można się do niczego przyczepić. Zarówno zdjęcia, udźwiękowienie, jak i montaż stoją na najwyższym poziomie. Całość ponownie idealnie wpasowuje się tonem w wykreowany wcześniej świat. Jedyną rzeczą, która prezentuje się słabiej w porównaniu z poprzednikami, jest dobór piosenek w ścieżce dźwiękowej – siłą rzeczy wypada ona blado w porównaniu z adaptacją historii Power Mana, gdzie muzyka stanowi esencję duszy Harlemu.

Jak zatem ostatecznie ocenić Iron Fista? Na pewno nie jest to produkcja zła – plasuje się dokładnie pośrodku między Daredevilem a Luke’iem Cage’em. Ewidentnie scenarzystom, jak i aktorom nie dano czasu na dokładniejsze przygotowanie się do zdjęć. Widać tutaj wiele dobrych pomysłów i ciekawych inspiracji, brakło jednak odpowiedniego wykonania. Należy mieć nadzieję, że zdobyte teraz doświadczenie zaowocuje w kolejnych sezonach, bo historia walki z Ręką na nią zasługuje. Teraz pozostaje liczyć na to, że zbliżająca się premiera Defenders rozwieje wszelkie kontrowersje związane z Dannym Randem.

Łukasz Kowalski

Cytowanie: Łukasz Kowalski, Co nagle to po Diable, „Creatio Fantastica” 2017 nr 1-2 (56-7)

Reklamy