Adam Podlewski – Life is life

Recenzja filmu: Life, reż. Daniel Espinosa, USA, Columbia Pictures 2017

Skłamałbym mówiąc, że po Life obiecywałem sobie wiele, jednak amerykański film zdołał zawieść nawet moje niezbyt wygórowane oczekiwania. Uważam się za widza wyrozumiałego, potrafiącego zawiesić niewiarę na naprawdę niskim kołku i cieszyć się ze spektaklu niewyszukanego. Jednak obraz Espinosy bardzo przeszkadzał mi w tym dziele.

Od początku Life chce być czymś więcej, niż jest. Bezczelne nawiązania do serii Obcy (obecne już od ekranu tytułowego) oraz Grawitacji dość dokładnie wyznaczają obszar, w którym twórcy chcieli umieścić swoje dzieło. Niedoszły „Siódmy pasażer Międzynarodowej Stacji Kosmicznej” jest jednak dzieckiem wyrodnym. Fabuła podobnego filmu nie może być zupełnie nowatorska. W Life mamy do czynienia z prastarym organizmem, ukrytym w próbce marsjańskiej gleby. Naukowcy z ISS badają, odżywiają, a potem tracą kontrolę nad obcym, któremu nadali imię Calvin. Następnie rozpoczyna się klasyczny horror izolacyjny, szkoda tylko, że nieudany.

W podobnych produkcjach o sukcesie obrazu decydują trzy czynniki: realizm scenografii, pomysł na potwora (zarazę, obcego) oraz realizm psychologiczny bohaterów. Ten trzeci od razu można wyrzucić przez śluzę w kosmos. Postacie z Life miotają się pomiędzy niewyjaśnionym heroizmem a zupełnym brakiem emocji, za każdym razem mijając stadium (wyjątkowej nawet jak na horrory) głupoty. Nie lepiej prezentuje się koncept obcego, superorganizmu tak niepokonanego, że przez ponad godzinę akcji filmu nie jest on w stanie poradzić sobie z grupą naprawdę nieprzystosowanych do pracy (a zwłaszcza myślenia) w kosmosie naukowców. Wizualne i fabularne odniesienia do pierwszego Obcego niewiele tu pomagają. Załoga Nostromo składała się z przerażonych amatorów, wspinających się na wyżyny improwizacji, aby zatrzymać kosmitę. Badacze ze stacji to jajogłowi, którzy wydają się odrzucać całe racjonalne podejście do kryzysu, gdy tylko w grę wchodzą emocje i uczucia na pokładzie.

Aby nie zdradzać zbyt wiele fabuły, napiszę tylko, że model obcej zarazy jest wyjątkowo nierealistyczny. Nie lepiej jest w przypadku prezentacji działania stacji kosmicznej. Doświadczeni naukowcy ignorują podstawy fizyki, oczywiste dla każdego choćby powierzchownie zainteresowanego kosmosem (co tworzy wygodną fabularnie, ale żenującą w aspekcie autentyzmu sytuację deus ex machina), choć wirus podobnej głupoty musiał też opanować ludzi na Ziemi, reagujących na apokaliptyczne zagrożenie z gracją meduzy w sokowirówce. Część z tych wad można by jeszcze zignorować, gdyby Calvin był naprawdę strasznym potworem, przypominającym nam, że oglądamy nie film SF, ale horror w sztafażu SF. Niestety, Calvin wydaje się bladą kopią Trylobita z Prometeusza, a przy tym jest równie straszny co historyczny imiennik obcego, Calvin Coolidge.

Specjaliści od efektów zapewnili widzom kilka scen orbitalnych wartych uwagi. Ale już nie zachwytu, gdyż po Grawitacji mamy prawo oczekiwać uczty dla oczu nawet w niskobudżetowych obrazach.

Podsumowując: miłośnikom ładnych widoków oraz amatorom kina podwójnie rozrywkowego (to jest: bawiącego tak wartkością akcji, jak jej głupotą) polecam. Niestety, raczej tylko im.

Adam Podlewski

Adam Podlewski, Life is life, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-7).

Reklamy