Łukasz Kowalski – Rasowa walka kultur

Recenzja książki: Joseph Delaney, Nowy Mrok [A New Darkness], przekł. Paulina Braiter, Warszawa: Wydawnictwo Jaguar 2016, ISBN: 978-83-7686-502-7, ss. 344.

Młodzieżowa fantastyka rządzi się swoimi prawami. Wśród czytelników równie łatwo znajdziemy jej zwolenników, jak i przeciwników, co nie przeszkadza kolejnym przedstawicielom owego gatunku w trafianiu na listy bestsellerów. Joseph Delaney to jeden z poczytniejszych autorów tego segmentu, a w ręce czytelników trafiła niedawno jego kolejna powieść osadzona w Hrabstwie. Czas sprawdzić, czy kontynuacja Kronik Wardstone ma szansę dorównać popularnością pierwszej serii.

Po śmierci swojego mentora i przedwcześnie zakończonym terminie Tom Ward został stracharzem w Chipenden. Mimo że ludzie nie darzą go zbyt wielkim zaufaniem, nie może narzekać na brak zajęć. W okolicy zaczęły umierać młode dziewczyny i wszystko wskazuje na to, że za ich zgonami stoi nieznany dotąd stwór. Życie chłopaka komplikuje się jeszcze bardziej, gdy wkracza w nie Jenny, nastolatka twierdząca, że ma zdolności przypisywane do tej pory tylko siódmym synom siódmych synów, i prosi o przyjęcie jej do terminu.

Nowy Mrok, pomimo że jest kontynuacją, stanowi jedynie prolog dla dalszych tomów i jest to widoczne od pierwszej do ostatniej strony. Fabuła rozwija się powoli, a jej głównym celem jest przedstawienie nowego zagrożenia – zarówno głównym bohaterom, jak i czytelnikowi. Sporą część powieści stanowią encyklopedyczne opisy stworzeń Mroku, zarówno tych nowych, jak i znanych z poprzednich tomów. Ostatnie dwa rozdziały to dosłownie notatki z badań oraz glosariusz. Mimo tego całość czyta się dość sprawnie i bez większych przestojów.

Gdy dochodzi już do konfrontacji, akcja mocno przyśpiesza i nie pozwala się nudzić. Opisy są zwarte i dynamiczne, ale niebezpiecznie balansują na granicy zbyt dużego minimalizmu. W niektórych miejscach brakuje paru dodatkowych detali, mogących bardziej podkreślić dramatyzm lub zbudować większe napięcie. Jest to szczególnie widoczne w trakcie ostatniego, trwającego grubo ponad godzinę, starcia, którego opis zmieścił się w kilku dość krótkich akapitach. Aby oddać pełnię obrazu, wstęp oraz chwile po jego zakończeniu zostały opisane o wiele bardziej szczegółowo.

Podobnie jak było to w przypadku Kronik Wardstone, powieść pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, w postaci dziennika. Jest to jeden z trudniejszych sposobów prowadzenia narracji, niestety często będący wymówką dla pomijania opisu pewnych aspektów świata, jaką daje brak wszechwiedzy narratora. Można odnieść wrażenie, że w tym wypadku autor zdawał się korzystać z tej furtki aż nazbyt często.

Owa maniera widoczna jest w większej części powieści. Joseph Delaney bardzo rzadko mocniej pochyla się nad jakimś problemem, raczej serwując nam uproszczony obraz sytuacji, co najwyżej dodając dość skąpe przemyślenia bohatera spisującego przebieg wydarzeń. Wiele rzeczy dzieje się po prostu, a czytelnik jest zdawkowo informowany o efektach owych działań. O ile sprawdza się to podczas dłuższych podróży czy opisu codziennych obowiązków, przy bardziej doniosłych momentach jest to irytujące. Jest to również niekonsekwentne, biorąc pod uwagę fakt, że owe dzienniki mają służyć jako pomoc przyszłym stracharzom.

Sama historia potrafi przykuć uwagę pomimo paru potknięć związanych z wykorzystaniem łatwych do przewidzenia zwrotów akcji. Kolejne rozdziały łączą się w spójną całość, poszerzając naszą wiedzę o świecie. Niezgorzej budowane jest napięcie związane z nieuchronnym atakiem na nic niepodejrzewających mieszkańców Hrabstwa. Mieszane uczucia budzi za to sama inspiracja, która pchnęła autora do stworzenia Kobalosów. Owa obca i wojownicza rasa zarówno swoim zachowaniem, jak i obyczajami bardzo mocno przypomina stereotypowo pojmowane oblicze państw Bliskiego Wschodu. Podobieństwa są na tyle mocne, że u niektórych czytelników mogą wywołać niesmak.

Stoi to w bardzo dużym kontraście z postępowaniem głównego bohatera, który zdaje się wypowiadać wojnę wszelkim patriarchalnym tradycjom swojego fachu i życie stracharza rozpoczyna od łamania kolejnych z nich. Jego postawy nie powstydziłby się żaden współczesny aktywista walczący o wolność, równość i sprawiedliwość społeczną. Z uwagi na tak wielką rozbieżność poglądów Toma oraz prawie donkichotowską walkę z całym światem powieść zdaje się bardzo mocno odrealniona.

Trochę lepiej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o kreację głównych bohaterów. Tom Ward musi odnaleźć się w roli nauczyciela pomimo całkowitego braku doświadczenia w tej dziedzinie. Jakby tego było mało, dręczą go demony przeszłości związane zarówno z przedwczesnym zakończeniem terminu, jak i niezbyt przyjemnymi rozstaniami oraz zdradami, jakich doświadczył podczas walki ze Złym. Owe zmagania zmuszają go do szybkiego i brutalnego stawienia czoła rzeczywistości, a co za tym idzie, wiarygodnej ewolucji postrzegania świata.

Bardzo pozytywnie prezentuje się również Jenny. Pełna energii oraz pewności siebie nastolatka wkracza w świat Hrabstwa niczym prawdziwy huragan, stawiając na głowie wszystko, co do tej pory widzieli jego mieszkańcy. Uczennica stracharza jest wyjątkowo wielowymiarowa – młodzieńczy zapał często stawia ją w ekstremalnych sytuacjach, dzięki czemu poznajemy całą paletę jej skrywanych na co dzień uczuć. Praktycznie niemożliwe jest niepolubienie jej i niekibicowanie, aby odniosła sukces na obranej drodze.

Ostatnią znaczącą dla fabuły personą jest oczywiście czarownica-zabójczyni Grimalkin. Niestety w jej przypadku trudno powiedzieć coś więcej ponad to, że trzyma karty przy orderach. Jeśli mowa o pozostałych postaciach, próżno szukać kogoś, komu zostałoby poświęcone więcej niż kilka akapitów – Nowy Mrok jest pod tym względem mocno hermetyczny i ubogi. Ewidentnie zabrało tutaj większej ilości interakcji międzyludzkich, co pozwoliłoby spojrzeć na opisywany świat z innej perspektywy i wzbogaciło skąpo dawkowaną wiedzę.

Ostatecznie nowa powieść Josepha Delaneya jest po prostu średniakiem, który nie wyróżnia się specjalnie z tłumu podobnych pozycji. Fani Kronik Wardstone ciekawi dalszych losów swoich ulubieńców mogą spokojnie chwycić za tytuł i powinni się przy tym niezgorzej bawić. Pozostali czytelnicy spokojnie mogą sobie go odpuścić, szczególnie, jeśli mają pod ręką ambitniejszą literaturę.

Łukasz Kowalski

Łukasz Kowalski, Rasowa walka kultur, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-7).

Reklamy