Koneksje, łapówki i noc z Parowskim — wywiad z Michałem Cetnarowskim

Piotr Zawada: Dużo osób kojarzy Cię jako redaktora „Nowej Fantastyki” – ale istnieje również inne oblicze Michała: pasjonata historii, który pisał w „Focusie: Historia” o marnych końcach inkwizytorów, w „Wiedzy i Życiu” o polskiej Habsburżance, oraz redaktora „Gazety Rycerskiej”. Opowiedz coś o swojej fascynacji historią, na przykład o ulubionej epoce.

Michał Cetnarowski1: Guilty. To pokłosie moich „pierwszych studiów” – historii właśnie. Z tym że „Gazetę Rycerską” – podobnie jak „Archeologię Żywą” i „Odkrywcę” – redagowałem (czy współredagowałem), to znaczy w czasie przeszłym. Już tam nie pracuję. Z części obowiązków trzeba było zrezygnować, kiedy wskoczyłem na pełen etat do „Nowej Fantastyki”. Natomiast za ekipę z „Odkrywcy” niezmiennie trzymam kciuki. Praca w tych trzech magazynach była zresztą o tyle interesująca, że w każdym miałem okazję zajmować się inną epoką i robić to pod nieco innym kątem. „Rycerska” to oczywiście średniowiecze i ruch rekonstruktorski; „Archeologia” – głównie starożytność i paleoantropologia; „Odkrywca” – XX wiek, militaria, obie wojny światowe i środowisko współczesnych „poszukiwaczy skarbów”.

Ale czy to się wiąże z jakąś jedną „ulubioną epoką”? Jasne, jak w czasach podstawówkowo-licealnych naczytałem się Tolkiena, a potem Sapkowskiego, to ta średniowieczna estetyka pracowała we mnie najmocniej, do dziś mam zresztą miecz, którym uczyłem się na studiach szermierki bronią białą. Ale im dalej w las, tym bardziej okazywało się, że każda epoka pod warstewką stereotypowego lukru kryje nieprzebrane bogactwo nieuświadamianych dziś treści, ciekawostek, zapomnianych rewolucji. I nie piję tu tylko do tytułu książki Lucio Russo, ale też na przykład do „Odrzuconego obrazu” Lewisa, który otwiera oczy na średniowiecze, jego odmienność od dzisiejszych wyobrażeń i niezwykłe skomplikowane relacje między kulturą, religią, raczkującą technologią i zmieniającymi się warunkami społecznymi. Jeśli ktoś czyta książki SF, żeby zasymulować w sobie owo egzotyczne uczucie kontaktu z Obcymi, wystarczy, że weźmie do ręki jakiekolwiek opracowanie etnograficzne albo pamiętniki z epoki, żeby spotkać się z prawdziwie inną cywilizacją.

P.Z.: Ze wszystkich gatunków literackich najtrudniejsze jest dla mnie pisanie właśnie powieści historycznych – zawsze znajdzie się ktoś, kto wie o danej epoce więcej i zacznie zarzucać anachronizmy. Czy w beletrystyce należy przymykać oko na takie rozwiązania? Czy jest ona z góry skazana na nieścisłości służące rozwiązaniom fabularnym?

M.C.: „Przymykać oko” – brzmi to tak, jakby ktoś, pisząc beletrystykę historyczną, próbował celowo dokonać grubego przekrętu i tylko czytelnik czy redaktor stali na straży Historycznej Prawdy, niczym surowi śledczy tropiąc przejawy każdej faktograficznej herezji. A to przecież nie tak. Gdy weźmiesz dziś do ręki „Sagę o jarlu Broniszu” Grabskiego, „Dzikowy skarb” Bunscha, „Krzyżowców” Kossak-Szczuckiej, rzecz jasna „Krzyżaków” Sienkiewicza, a potem porównasz je z aktualnymi podręcznikami do historii, okaże się, że w każdym z tych tekstów wizja przeszłości wygląda – nieco lub bardzo – inaczej od tego, co aktualnie uważamy za „historyczną prawdę” o tamtych epokach. (Dziś to bardziej „fantasy historyczna”, raczej fantazja na temat historii niż powieści mocno „osadzone w realu”). Możesz mieć więc pewność, że za pół wieku powieści, które dziś uchodzą za superdokładne, także okażą się nieco „przesunięte w fazie” w porównaniu do przyszłej wiedzy o historii. Tylko co z tego? Nie zrozum mnie źle – nie nawołuję autorów do spalenia źródeł, odcięcia się od Internetu i pisania, co ślina na język przyniesie; im tekst głębiej zanurzony w aktualnej wiedzy na temat przeszłości, w źródłach, tym najczęściej lepiej się prezentuje. Ale nie to jest przecież główną siłą beletrystyki. Taką Trylogię Sienkiewicza łykasz wciąż jak młody pelikan nie dlatego, że chcesz się dowiedzieć, jak wyglądała naprawdę obrona Częstochowy – tylko bo „wstydu oszczędź”, bo „Jam Babinicz”, bo Kiemlicze. Ze świecą szukać gdzie indziej takiej polszczyzny, dialogów, bohaterów, narratorskiego kunsztu; Sienkiewicz wymyślił przecież prawie od zera język, jakim do dziś myślimy, kiedy mówimy o „sarmatach”.

To, co robi dziś z historią na przykład Elżbieta Cherezińska, jest fenomenalne i wpisuje się właśnie w ten chlubny ciąg polskiej soczystej prozy historycznej. Owszem, język jest już inny, w pierwszych książkach w ogóle mocno współczesny, niestylizowany, co mam zresztą za ciekawy zabieg. W fantastyce ostatnio pisze tak Wojtek Zembaty w dylogii „Głodne Słońce”, w której potomkowie Azteków z alternatywnej przyszłości ich świata mówią swojskim językiem żołdaków, politykierów, zwyczajnych „zjadaczy kukurydzianego chleba”. Co ma oczywiście proste logiczne wyjaśnienie – historyczny Mieszko, Chrobry czy Montezuma nie archaizowali przecież swoich wypowiedzi, dla im współczesnych ich język brzmiał jak to, co my dziś słyszymy w tramwajach, co płynie z ekranów, czytamy w prasie. Cherezińską dodatkowo cechuje wielki talent „storytellingowy”, ogromna wiedza historyczna – i umiejętność wyciągania z niej odpowiednio podrasowanych fabularnie smaczków, ciekawostek, niezwykłych faktów lub domysłów, które aż się proszą o beletrystyczny reflektor, a do tej pory znane były głównie ekspertom. (Casus „Hardej” i „Królowej”). Być może to jest właśnie klucz, jeden z kluczy, do soczystej fikcji historycznej.

Z uwzględnieniem skali i zmieniając nieco perspektywę – na bardziej groteskową, swobodniejszą – z Łukaszem Orbitowskim próbowaliśmy się tak niedawno bawić w „Wywiadzie z Borutą”, napisanym w ramach „Legend Polskich. Allegro”. Dużą rolę odegrały tam polskie dzieje, królowie uwięzieni w polskim Piekle i pewien przekręt, do którego doszło wśród słowiańskich bogów, kiedy na ziemiach Piastów pojawiło się chrześcijaństwo. Tym samym dawne studia zaprocentowały w przyjemnie nieoczekiwany sposób.

P.Z.: Jeśli idzie o łączenie fantastyki z historią, daleko szukać nie trzeba: od lat pokutuje wizja pseudośredniowiecza. Jakie są twoje typy książek fantastycznych inspirowanych innymi epokami historycznymi?

M.C.: Temat rzeka, i faktycznie trafiłeś w sedno: fantasy to w znakomitej większości albo umowne średniowiecze, albo współczesność pomieszana z magią w urban fantasy. Chlubny wyjątek stanowi tu obecnie na przykład Brandon Sanderson i jeśli ktoś chce poczytać epikę naprawdę egzotyczną, powinien zaznajomić się z tym pisarzem.

Nieco lepiej jest z historią alternatywną – to znaczy autorów inspiruje większa liczba epok – choć i tu króluje druga wojna światowa, naziści, a w Stanach wojna secesyjna, wokół której powstało już tyle literackich alternatyw, że można mówić o osobnej konwencji. A przecież, jeśli przyjrzeć się z bliska, historia to w zasadzie nieskończone źródło postaci, scenografii, tematów, fabuł. Które można ogrywać na najróżniejsze sposoby – przykładem „Roma Eterna” Silverberga, „Lata ryżu i soli” Robinsona, ale i antyczne kryminały Saylora czy „Królowie Dary” Liu, odwołujące się do historii, tradycji i klasycznych technik narracyjnych starożytnych Chin.

U nas zwróciłbym ostatnio uwagę na Bartosza Działoszyńskiego – w długich (po około sto tysięcy znaków każde) opowiadaniach publikowanych w „Nowej Fantastyce” kreuje świat „bizantyńskiego cyberpunku”. W otoczeniu rozszerzonej rzeczywistości, nowych technologii czy tamtejszego odpowiednika ogólnoświatowej sieci www autor podejmuje na serio, to znaczy nietrywialnie, fundamentalne metafizyczne problemy, których nie powstydziliby się historyczni Bizantyńczycy. Nieformalny tryptyk tworzą póki co teksty „Wiara” („NF” 12/14) i „Nadzieja” („NF” 5/16), czekam na „Miłość”, i już te tytuły wskazują, w jakich kontekstach porusza się autor.

Z kolei wspomniany już Zembaty kreśli alternatywną historię konkwisty Ameryki Środkowej i Południowej, która w jego dylogii się nie powiodła: biali zostali pokonani, nad światem zawisła niewyjaśniona Klątwa i kilkaset lat po tych wydarzeniach potomkowie Azteków próbują odkryć, co się wtedy faktycznie wydarzyło. Całość opowiedziana jest ze swadą, współczesnym językiem – a jednocześnie czuć, że bohaterowie ci, ufundowani na innych cywilizacyjnych aksjomatach (religii, eschatologii, ekonomii, polityce), są „prawdziwie obcy”, pochodzą z innej epoki. Słowem, to nie tylko kawał niezłej „powieści quasi-historycznej”, ale i fantastyki.

Od innej jeszcze strony historię wykorzystuje Wit Szostak w „Zagrodzie zębów” – opowiadając różne warianty losów Odyseusza. Zresztą, Zembaty też zapuścił się w te rejony (choć zupełnie w odmiennej stylistyce) – w opowiadaniu „Z innych mroków” („NF” 9/16) opisał losy grupki Pelgazów, przodków starożytnych Greków, którzy żyją w czasach, kiedy Przyroda, Natura, Las są wciąż ludziom wrogie i w mroku pomiędzy konarami polują Starsi, nie-ludzkie potwory z innych magicznych gatunków. Szostak idzie o krok dalej: u niego rozmyte kwantowo dzieje Odyseusza to fundament nie tyle do rekonstrukcji przeszłej epoki – co raczej punkt wyjścia do zastanowienia się nad ewolucją ludzkiego ducha. Odys i wojna trojańska – podejmując myśl Calasso bodaj z „Zaślubin Kadmosa z Harmonią” – są w tym ujęciu punktem granicznym człowieka: momentem, w którym, na długo przed Nietzschem, z Ziemi odchodzą bogowie i kończą się mity.

Jak widać, z historią w literaturze wiele jeszcze można zrobić. Dziś – w fantastyce, ale i w prozie historycznej w ogóle – króluje klasyczny antyk, wikingowie, słowiańskość, PRL, Międzywojnie (kryminały retro). Być może zatem nastał czas na Asyrię, Sumer, Kartaginę (trochę minęło od „Salambo” Flauberta), Etrusków, jeźdźców równin (od Sarmatów po Hunów, Węgrów, Tatarów), Oceanię (chlubnie przywoływaną w animowanej „Vaianie – magii oceanu”), ludy podbiegunowe…? Nie mówię, że nikt z autorów nie czerpie z tych (i innych) tradycji – tak dobrze to nie ma – ale na pewno podobne motywy nie zostały wyeksploatowane jak poczciwe średniowiecze, zresztą przebogate, jeśli tylko wniknąć poza popkulturowe schematy.

P.Z.: Z innej beczki: w pamiętającym wszystko Internecie znalazłem informację, że tłumaczyłeś kilka komiksów – i to nie byle jakich, bo autorstwa Franka Millera i Neila Gaimana. Zechciałbyś nam o tym opowiedzieć? Chciałbyś jeszcze kiedyś tłumaczyć?

M.C.: Jasne. Jeśli trafiłaby się propozycja, wchodzę w to z marszu, na krótką koszulę. Komiksy to moja wielka młodzieńcza miłość – zakochałem się na zabój i od pierwszego wejrzenia. To znaczy od „Zabójczego żartu”, który podpatrzyłem na półce u kolegi i z którego wtedy, na początku lat 90., niewiele rozumiałem. I od „Spider-Manów” i „Punisherow”, których kolejne zeszyty przynosiła mi do domu mama i to jej powinienem dedykować te wszystkie tłumaczenia. TM-Semic odwalił wtedy kawał świetnej roboty, której do dziś nie da się przecenić; w XXI wieku dopiero Egmont podniósł z sukcesem pałeczkę, wydając mnóstwo komiksowego dobra, z „Sandmanem” na czele, a potem już poleciało. Dziś trzymających poziom wydawnictw komiksowych da się wymienić całkiem sporo (5–10), co, biorąc pod uwagę głębokość polskiego rynku, jest wynikiem niebagatelnym.

Co do tłumaczeń – cóż, nakręcony pracami Millera i spółki, a także tym, co się u nas zaczęło dziać na rynku wydawniczym w pierwszej dekadzie nowego stulecia, sam, na czuja, przetłumaczyłem „Hard Boiled” Millera/Darrowa, i potem jakoś poszło. Tylko z grubsza orientowałem się wówczas w standardach technicznych takiej roboty – na przykład jak numerować dymki na wydrukach – więc wymyśliłem sobie, że będę je numerował różnymi kolorami pisaków, w samym tłumaczeniu też kombinowałem z kolorami fontów, co redaktora musiało przyprawić o zgrzytanie zębów, ale ja miałem z tego dużo frajdy. Potem udało się jeszcze przetłumaczyć „Big Guya i Rusty’ego Robochłopca” Millera/Darrowa, widowiskowo campową rozpierduchę w najlepszym komiksowym stylu, „Przedwiecznych” Gaimana/Romity jr. czy trylogię Morrisona z restartowanym Supermanem z linii New 52. No i oczywiście „Sygnał do szumu” Gaimana i McKeana, z którego byłem chyba najbardziej dumny – wcześniej, pisząc artykuły o komiksie, czytałem ten tekst w oryginale, wielokrotnie się do niego odwoływałem, a tu nagle trach! – i okazało się, że mam przywilej go tłumaczyć. To była wielka radość.

P.Z.: Wydałeś już jedną powieść i zbiór opowiadań. Kolejny, zatytułowany „Bestia najgorsza”, ma premierę siódmego kwietnia. No to jak to z Tobą jest? Czujesz się bardziej publicystą, redaktorem czy pisarzem? Jest w ogóle sens to różnicować? Czy jedno usprawnia drugie, czy bardziej przeszkadza? I kto redaguje Twoje teksty?

M.C.: Who watches the watchmen, no tak. Choć tu sprawa jest stosunkowo prosta. „Labirynty” redagował Sławek Spasiewicz, z którym zresztą pracowaliśmy także nad „Cyberpunkiem” z antologii jego i Emila Strzeszewskiego „Rok po końcu świata”. Ale od „I duszy mojej” czuwa nade mną nieoceniona Kasia Sienkiewicz-Kosik, szefowa Powergraphu prowadzonego razem z mężem Rafałem. Zdaje się, że na początku faktycznie mieliśmy obawy: Kasia – czy nie będę za bardzo kręcił nosem na jej propozycje, ja – że będę za bardzo kręcił nosem na jej propozycje, i co wtedy…? A potem zobaczyłem zredagowany tekst „I duszy mojej”, wycałowałem Kasię po łapkach i zaakceptowałem, co było do zaakceptowania. Z tym że taka praca to nie jest przecież nigdy „konieczność akceptacji narzuconych zmian” – o tekście się dyskutuje, słucha cudzych argumentów, na koleżeńskiej stopie broni swoich racji. Kasia wykazała się wielką elastycznością i umiejętnością dyplomacji; redakcja to zawsze jest w połowie psychologia, a dopiero potem praca na języku.

Z „Bestią najgorszą” było podobnie, tylko bardziej – ponieważ te teksty są dużo mocniej „zawieszone na języku”. W „I duszy mojej” starałem się pisać „półprzezroczystą” frazą kingowską, bo punktem referencyjnym książki była tradycja psychologizującego horroru amerykańskiego; w „Bestii” tych odwołań i inspiracji jest więcej i nie są tak oczywiste. Na potrzeby tej pracy ukułem sobie zresztą podręczną metaforę: autor i jego tekst są jak ciasto drożdżowe, redaktor – jak foremka, która próbuje wziąć je w karby. Ciasto zawsze chce wykipieć; foremka – narzucić swoją, no właśnie, formę. Co ma o tyle dobrą stronę, że na punktach styku język pracuje najmocniej, przesuwa granice słownikowej poprawności, żyje, kipi, otwiera się na „nowe standardy”. Papierkiem lakmusowym takiej roboty jest, jak to wybrzmi w praktyce, jakie efekty może wywołać w czytelniku, czy w miarę precyzyjnie przekazuje to, co miało zostać przekazane.

Z tym że uspokajam co bardziej wrażliwych – „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” to to jednak nie jest. Po prostu stylizacje poszczególnych tekstów nieco się różnią – od „terrorystycznego nadmiaru” w noweli tytułowej, po „kwantowe rozmycie frazy” w „Kwantowych kochankach” – a zatem i więcej było z tym zabawy. Kasia wraz z panią Marią, korektorką, zrobiły tu kawał roboty i jeśli gdzieś z premedytacją strzeliłem sobie w stopę, upierając się przy swoich propozycjach, to tylko na własne życzenie.

Należy przy tym wspomnieć o jeszcze jednym, nie mniej istotnym, a często niedocenianym elemencie tego procesu. Mówiąc o redakcji – myślimy bowiem często o tym, co dzieje się już w pracach nad samym tekstem w wydawnictwie. A lwia część tych robót zostaje wykonana, zanim plik z opowiadaniem w ogóle trafi do wydawnictwa. Mówię o „literackiej grupie wsparcia”, „czytelnikach pierwszych”, którą tworzą sobie chyba wszyscy autorzy; często zdarza się, że wśród nich są inne osoby zajmujące się pisaniem. Nie wymieniam ich tu z nazwiska, bo nie wiem, czy by sobie tego życzyli, ale o wszystkich pamiętam – i wszystkim dziękuję. Jednak trochę swojego czasu i energii trzeba było na to spożytkować.

Ponieważ każdy z nas bywał już w sytuacji „redakcji swojego tekstu” – na tym etapie nie bawimy się w kurtuazję, a jedyną walutą, w jakiej trzeba się rozliczać, jest bezwzględna szczerość i przenikliwość uwag (jak się uda). Bywa, że wtedy, nad tymi tekstami-poczwarkami, prowadzi się najciekawsze, bo najmniej typowe, najgłębsze dyskusje dotyczące tego, co się pisze. To bardzo sycące, bardzo wartościowe momenty – nawet jeśli czasem zostają siniaki („jak nie zachwyca, jak powinno zachwycać?!?”).

Gorzej z pierwszą częścią tego pytania – kim się czuję. To trochę tak jak w tym kawale o żabie – lew kazał zwierzętom podzielić się na piękne i zdolne, i na końcu pośrodku, pomiędzy dwoma grupami, została tylko żaba. „No przecież się nie rozdzielę” – skoro i ładna, i utalentowana. Tak… W każdym razie – dziś najwięcej pracy mam jako redaktor. Ale co będzie jutro? Poza tym to tylko cyfry; sedno kryje się przecież gdzie indziej. Na pewno gdyby nie proza, afekt do beletrystyki, ambicje literackie – nie byłoby mnie tu, gdzie jestem. To bowiem pisanie literatury postawiło – i stawia – fundament pod to, czym się zajmuję, daje kopa, kiedy trzeba postawić do pionu, jest Graalem, do którego się dąży. Choć przenikania są oczywiście trój- (czy czwór-) stronne: własna twórczość pomaga lepiej wczuć się w tekst i autora podczas redakcji; redakcja poszerza horyzonty publicystyczne i autorskie; publicystyka pozwala inaczej, szerzej spojrzeć i na twórczość, i redakcję; a z tych wszystkich źródeł po kropelce spija mój wewnętrzny tłumacz. I tak wszystko zostaje w rodzinie.

P.Z.: Jak w ogóle zostałeś redaktorem „Nowej Fantastyki”?

M.C.: Powiem trzy słowa: Koneksje, Łapówki & Noc z Parowskim. No, to więcej niż trzy. A serio, paru ludziom spodobało się to, co robiłem wcześniej – i moja publicystyka, i współpraca redakcyjno-selekcjonerska przy „Nowym idzie”, „Głosie Lema” i „Science Fiction”. Kiedy zatem okazało się, że Maciej szykuje się do emerytury, ktoś wymienił moje nazwisko – i w ten sposób znalazłem się na pokładzie. Do dziś całuję ziemię, po której chodzą owi ktosie, bo dzięki temu spełniło się marzenie, z którego nawet nie zdawałem sobie sprawy; to znaczy w najdzikszych snach o potędze nie wyobrażałem sobie, że mógłbym dołączyć do ekipy „NF”, współtworzyć ten szacowny – i, do cholery, nie bójmy się tego słowa – od lat zasłużony tytuł. Wiem, że brzmi to przeokrutnie banalnie, ale cóż, tak było. Kiedy dostałem telefon z propozycją, to jakby ktoś specjalnie dla mnie zapalił gwiazdkę na niebie.

W tej „Nocy z Parowskim” jest zresztą – jak zawsze – ziarnko prawdy. Z Maćkiem poznałem się osobiście na jednym z Festiwali Komiksu w Łodzi – który to mógł być, 2006 rok? – gdzie jeździłem między innymi na Sympozja Komiksologiczne Krzysztofa Skrzypczyka, na których rozmawiano o komiksach popularnych językiem akademików; to też była niezła szkoła myślenia. Wieczorem okazało się, że my z Parowskim nie mamy gdzie spać, więc organizatorzy umieścili nas we wspólnym pokoju. Tu, ze zrozumiałych względów, muszę spuścić zasłonę milczenia… Ale reszta, jak mówi klasyk, to już historia.

P.Z.: Na stronie fantastyka.pl działa system piórek, czyli poniekąd „pierwsze sito”. Czy jeśli tekst zamieszczony na tej stronie jest sensowny, to może liczyć na publikację w „NF”, czy raczej gratulujecie autorowi i zachęcacie do dalszego pisania z zastrzeżeniem, żeby następny tekst przysłał Ci na skrzynkę? A właśnie, ile tak średnio opowiadań dostajesz miesięcznie? Ile z tego nadaje się do publikacji? Czy po akceptacji tekst długo leży w kolejce? Z pewnością chętnych nie brakuje.

M.C.: Piórka przyznaje Loża, czyli grupa użytkowników wybieranych przez innych portalowiczów; bez tej ekipy po prostu nie poradziłbym sobie z preselekcją tekstów. Ich typy (tzw. „piórka brązowe”, przyznawane wyróżnionym opowiadaniom) co miesiąc trafiają do mnie – ja je opiniuję, piszę kilka zdań: co według mnie w tych tekstach zagrało, a co nie bardzo. Jeśli któreś z opowiadań podoba mi się wyjątkowo – dostaje „piórko srebrne”, to znaczy zaproszenie do napisania czegoś nowego, już bezpośrednio dla mnie. Jeśli i ten nowy tekst będzie niezły – trafia do magazynu. Jeśli nie – autor zostaje przynajmniej z opowiadaniem, które może umieścić np. na portalu, i „doświadczeniem redakcyjnym”, co dla kilku osób też może mieć znaczenie (po wymienionych ze mną mailach mniej więcej już wie, jak pracuję, na co zwracam uwagę itp. – być może kiedyś przyda się to w jego dalszej pracy). No i – dotyczy to zresztą wszystkich piórkowiczów – przestaje być anonimowy; kiedy wysyła kolejny tekst na skrzynkę redakcyjną, wiem już, who is who, z kim mam do czynienia. Bo oczywiście opowiadania, które pojawiły się już na portalu („piórka brązowe”), na łamy „Nowej” trafić nie mogą.

Co do tekstów przychodzących do redakcji – po prawdzie tego nie liczyłem; ale to kilkadziesiąt opowiadań miesięcznie, raczej mniej niż setka. Sporo, ale niektórym mogłoby się wydawać, że jest ich pewnie więcej. Podobnie nie znam odpowiedzi na pytanie o procent opowiadań „do druku” – czasem w co drugim otworzonym mailu znajduję tekst, który potem trafi do magazynu, a czasem przez kilka tygodni panuje posucha (to znaczy nie jestem kompatybilny z żadną nadesłaną propozycją).

W każdym razie – gdy już tekst przejdzie „sito selekcji”, musi poczekać, i to pewnie najbardziej wkurza autorów; ale tego akurat nie da się przeskoczyć (bo taka kolejka). Trzy miesiące, sześć, a nierzadko i dłużej… Ale kiedy już trafi na łamy, to wiadomo – Splendor, Sława & Chwała, więc ufam, że jednak warto się chwilę pomęczyć i poczekać.

P.Z.: W przeciwieństwie do powieści, krótka forma skupia się na konkretnym pomyśle. Dobre opowiadanie powinno być nakierowane na łupnięcie, mocne wrażenie. Czy z powieściami często nie bywa tak, że są to teksty sztucznie (czy to przez autora, czy wydawców) rozdmuchane do roli powieści, gdyż to one lepiej się sprzedają? Czy w erze powieści krótka forma ma jeszcze rację bytu? Taki na przykład Ted Chiang powiedział, że powieści to on nie ma zamiaru pisać (ku niezadowoleniu swego wydawcy).

M.C.: Jeśli pytasz o byt artystyczny, to oczywiście, opowiadanie ma rację bytu, jak najbardziej. Spoza fantastyki warto przywołać przykłady np. Carvera, Barnesa, McEwana – to wszystko majstrzy nad majstrami, jeśli myślimy o literackiej krótkiej formie. Jeśli bowiem mówimy o opowiadaniach, nie chodzi tu tylko o tak zwany „pomysł wyjściowy”, tak ważny i eksponowany w fantastyce, ale także o ulotną moc emocji, paradoksu, literackiej impresji, kryształową precyzję pióra. W powieściach, zwłaszcza tych epickich, sążnistych, też jest na to miejsce, ale często zwracamy wtedy uwagę na inne rzeczy: rozmach akcji, wielopiętrowość intrygi, kunsztowną strukturę, złożoność opisywanego świata i scenografii w dalekim tle, paletę bohaterów. Napisać dobre opowiadanie – to dziś taka sama sztuka, jak dwadzieścia, trzydzieści i pięćdziesiąt lat temu.

Ale jeśli mówimy o merkantylnej stronie przedsięwzięcia, to oczywiście pisanie opowiadań jest dziś mniej opłacalne. Czasopisma, które je drukowały i zapewniały szeroki dostęp do czytelnika, przechodzą kryzys; w sieciowej nadprodukcji trudno odszukać (odsiać) teksty dopracowane, wybijające się. Do tego zbiory opowiadań nawet uznanych autorów sprzedają się gorzej niż ich powieści, o antologiach nie wspominając; i tak dalej. Jakie zatem motywacje mają powodować autorami, żeby wciąż pisali opowiadania? Jest ich kilka, na czele z tą prostą ambicją, żeby – po prostu – „napisać dobre opowiadanie”, ale sytuacja nie jest tak klarowna, jak jeszcze dwie dekady temu.

P.Z.: Czy ci znani w ogóle bawią się w pisanie krótkiej formy? Okej, Dukaj czy Orbitowski napisali po opowiadaniu do numeru jubileuszowego. W „NF” jednak ukazuje się więcej nazwisk nieznanych niż rozpoznawalnych. Czy opowiadania z definicji mają spełniać rolę promocji autora do czasu napisania powieści? Są jednak autorzy powszechnie uznawani za wybitnych, którzy bardziej spełniali się w krótszej formie, np. Borges, ale to inne czasy, inny rynek. Jak to jest?

M.C.: Opowiadania to zawsze była domena autorów młodych, stawiających pierwsze kroki na pisarskim ringu, dopiero szukających dla siebie miejsca w zastanym krajobrazie. (Wiem, że dziś trudno w to uwierzyć, ale Sapkowski czy Dukaj też kiedyś byli debiutantami). I dziś jest podobnie – piszą młodzi, a więc nieznani, a więc „nieidealni”; wiarusy zaś najczęściej umacniają się na już zdobytych pozycjach. To normalna sytuacja. Maciek Parowski na jednym z konwentowych paneli posłużył się ładną metaforą: młody musi się dodatkowo „wykrzyczeć”, pisze „w gorączce”; opowiadanie to zatem najlepsza, bo najszybsza, najbardziej zwarta forma literackiej wypowiedzi (jeśli chodzi o prozę). Pisanie w tym ujęciu powieści – to już byłby długi marsz, do którego potrzebna chłodniejsza głowa, wytrzymalszy grzbiet, plik map w plecaku i znajomość oaz na trasie.

P.Z.: Oprócz „NF” redagowałeś też powieści znanych i nagradzanych, m.in. Kańtoch, Majki, Wegnera. Z każdym zapewne pracuje się inaczej. Czy powiedziałbyś, że kogoś redaguje się wyjątkowo ciężko? Na czym zwykle polegają boje? Na rozwiązaniach fabularnych?

M.C.: Tych książek i autorów – a miałem niekłamany przywilej pracować z najlepszymi – faktycznie już trochę było; do tej pory już ponad pół setki. Z tym że zasada, której się trzymam, jest taka: co się dzieje na zielonej mili, zostaje na zielonej mili. To znaczy nic ze mnie nie wyciągniesz… Zresztą, wbrew pozorom, mógłbym raczej mówić o tej współpracy w samych superlatywach, a nie „żalić się”, czy co tam robią redaktorzy, jak chcą sobie wymasować ego.

Taka praca to bowiem w zasadzie za każdym razem jest cenna nauka, poszerzanie pola walki, konieczność przedefiniowania kostniejącego poglądu na literaturę, pisanie, autorskie powinności i wyzwania. I nie mówię tu o tym, że za każdym razem trzeba się douczyć z gramatyki, choć to oczywiście prawda; rzecz w tym, że każdy tekst i autor proponuje swoją wizję twórczości – i redaktor powinien uwzględnić ją w redakcji; najpierw „zrozumieć tekst” (czemu to, co napisane, zostało tak napisane), żeby potem proponować ewentualne zmiany, cięcia, strukturalne roszady. Gdyby chodziło o samo „poprawianie przecinków”, dalej byłaby to praca ciekawa, cały czas z literaturą – ale jednak pod nieco innym kątem.

P.Z.: Polska fantastyka przeżywała pewne fale, spowodowane różnymi czynnikami. Kiedyś triumfy święciła fantastyka socjologiczna, gdzie trzeba było czytać między wierszami. Po sukcesie Wiedźmina wysypało nam fantasy inspirowane mitologią słowiańską. Czy teraz da się zauważyć jakiś trend? Jakie są siły i słabości obecnej polskiej fantastyki?

M.C.: To pytanie z serii tych, na których wyłożyli się wszyscy futurolodzy… Ale spróbujmy, z zastrzeżeniem, że zapewne już za rok sytuacja będzie wyglądała inaczej, a te prognozy będzie można włożyć co najwyżej na półkę z historią myśli ludzkiej („Encyklopedia o tym, jak się wydawało, że będzie, i dlaczego wyszło zupełnie inaczej”).

Widać powolne dopalanie się trendu postapo, tytuły w tej estetyce wciąż się ukazują – niektóre całkiem ciekawe, jak choćby niedawny „Berserk” – rzecz ma wciąż sporą grupę czytelników i znać, że koniec świata trzyma się w popkulturze mocno. Ale to już raczej druga część krzywej, apogeum trendu mamy za nami. Umacnia się historia o lekkim zabarwieniu fantastycznym – pod piórem Jabłońskiego czy zwłaszcza Cherezińskiej, choć po zgonie „Zwrotnic Czasu” w NCK-u rzecz straci na impecie, ale pewnie tylko na moment; „polityka historyczna” jest dziś oczkiem w głowie nie tylko rządzących i to musi w końcu przełożyć się na popkulturę. Zresztą powieść historyczna poza fantastycznym ogródkiem też wyraźnie zwyżkuje – dość wspomnieć sukces „Lodu” Dukaja, „Ksiąg Jakubowych” Tokarczuk, „Solfatary” Hena młodszego (syna Józefa, który napisał m.in. pamiętny „Crimen”!) „Morfiny” i „Króla” Twardocha. Wydaje się, że to jednak ze świadomych strategii autorów, którzy mają ambicje pisać „literaturę poważną”, ale płynny, ponowoczesny kształt współczesności wymyka im się z rąk, opiera się próbom uchwycenia go w ramy obyczajowej powieści współczesnej.

Ożywiło się w space operze, głównie w odsłonie militarnej, w zasadzie jedynej, w jakiej pisze się dziś space opery – książki w tej konwencji wydali m.in. Dębski, Szmidt, znów Majka, Podlewski – ale to dalej opis tego, co już jest, a niekoniecznie będzie. W najbliższym czasie natomiast – spodziewałbym się wysypu klasycznej epickiej fantasy w stylu Wegnera. Książkowy cykl Martina w końcu znajdzie zwieńczenie, serial, choć mocno zniżkuje w ostatnich sezonach, także dalej ma fanów, do tego rośnie pokolenie czytelników wychowanych na Abercrombiem, Weeksie czy Sandersonie, w końcu gwiazda samego Wegnera świeci coraz jaśniej (duży sukces w Rosji!) – to w końcu musi zaowocować inspiracjami.

Najgorzej mają tylko miłośnicy twardej SF – czasem na firmamencie przemknie meteor Cezarego Zwierzchowskiego, Kuby Nowaka, jeszcze kilku autorów, Kosik zapowiada w końcu „Różaniec”, Grzędowicz chwalebnie spróbował sił w „Helu-3”, Przybyłek ogrywa transhumanizm w cyklu o Gamedecu, Raduchowska w „Łzach Mai” spróbowała ożywić ducha cyberpunka – ale zasadniczo ten rynek w Polsce jest tak płytki, liczba czytelników tak mała i coraz węższa, że trudno tu o spektakularne sukcesy. Podrzucki milczy, Cyran pisze za mało, Dukaj każe długo czekać na każdy kolejny tekst i nie osładza tego nawet świadomość, że za każdym razem to oczekiwanie zostaje hojnie wynagrodzone. Choć jest nadzieja: przecież wciąż pojawiają się tłumaczenia – głównie w Uczcie Wyobraźni od MAGA – Wattsa, Stephensona, MacLeoda, Bacigalupiego, Egana, reedycje Simmonsa; znać, że wciąż istnieje grupa odbiorców, która potrafi czytać takie teksty – a więc jest je dla kogo pisać. Choć dziś także SF (jak większość prozy gatunkowej) to przede wszystkim literatura young adult, beletrystyka dla „nastoletnich trzydziestoletnich” – czerpiąca z SF tylko scenografię (obowiązkowy kosmos) albo sznyt dystopijny, uciekająca w klimat retro i wizje przyszłości, która się nie wydarzyła; fantastyka odległa od problemów (kultur-techowych zmian i wyzwań) świata współczesnego.

O odchodzeniu najlepszych – stylistycznie – piór do mainstreamu nie ma zaś co prorokować, bo to już fakt: Orbitowski, Szostak, Twardoch, Malecki, Zielińska, a wszyscy dostrzeżeni przez krytykę i czytelników „głównego nurtu”, to już jest cała fala, zauważona nie tylko przez fandom.

P.Z.: Ostatnie pytanie: nad czym obecnie pracujesz?

M.C.: Wiesz, jak to mówią: chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach. Ale spróbujmy – z tym właśnie zastrzeżeniem, że to tylko work in progress, wszystko tu jeszcze może ulec zmianie.

Właśnie wychodzi wspominana już „Bestia najgorsza”, literacki concept album, sześć długich nowel, połączonych klimatem, tematyką, ale różniących się sceneriami, stylistykami, tonacją, rodzajem wyzwań, przed którymi stają bohaterowie. Trzy z tych tekstów czytelnicy mogli już przeczytać, trzy to świeżynki; ale czuję się rozgrzeszony, bo teksty znane mają dwieście pięćdziesiąt tysięcy znaków, a premierowe – trzysta tysięcy, jest ich zatem więcej. A biorąc pod uwagę, że „I dusza moja” też miała około trzystu tysięcy znaków, bez wielkiego naciągania możemy uznać, że to nowa powieść plus solidny objętościowo bonus. Zresztą myślę, że teksty te, zebrane razem, jednak zyskują; jeśli ktoś czytał już wcześniej „Bestię najgorszą”, „Pustynia rośnie” czy „RP Productions”, mimo wszystko zachęcałbym, żeby jednak zerknął do nich raz jeszcze, i to czytając je po kolei, tak jak opowiadania układają się w zbiorze; w tym ujęciu „Bestię najgorszą i inne sny o wolności i miłości” – bo tak brzmi cały podtytuł – traktuję jako spójną całość.

W okolicach Polconu z kolei powinna ukazać się „Podwójna tożsamość bogów”, zbiór mojej publicystyki związanej z kulturą popularną (literatura, film, komiks), prawie milion znaków wyselekcjonowanych z tego, com do tej pory popełnił w tym temacie; znaczy, solidna lektura dla kogoś, kto lubi poobcować z ulubioną książką, filmem, serialem trochę dłużej, niż zajmuje czas na jej czy jego przeczytanie lub obejrzenie. W środku znajdują się między innymi teksty dotyczące ostatnich trzydziestu lat polskiej fantastyki i fantastyki w Polsce, eseje o Chandlerze, Holmesie, McCarthym, Dukaju, Zajdlu, Howardzie, Dicku, Funkym Kovalu, dyskusje o Sapkowskim czy Wegnerze przeprowadzone wraz z Pawłem Majką i Piotrkiem „Ziutą” Górskim, ale też dyskusje o kondycji fantastyki z Michałem Foersterem czy Radkiem Wiśniewskim, do tego długa rozmowa z Maćkiem Parowskim, nie tylko o redagowaniu, garść poszerzonych tekstów o książkach wartych „ocalenia od zapomnienia”… No, trochę tego się zebrało. Kto czytał „Niezwykłą historię Marvel Comics” Seana Howe (wyborną!), ten przynajmniej wie, czego się spodziewać formalnie – książka powinna mieć zbliżony layout i objętość.

Z Marcinem Kułakowskim – znanym między innymi z rewelacyjnych, ekspresjonistycznych ilustracji do „Nowej Fantastyki” – pracujemy natomiast intensywnie nad pierwszym tomem przygodowo-fantastycznego komiksu o roboczym tytule „Liber Horrorum: Księga trwogi” – w środku dużo akcji, różne plany czasowe, amatorskie Archiwum X, współczesna Warszawa i siedemnastowieczny Lublin, tajemnicza księga i nutka horroru w klimacie sarmackim, czyli to, co fantastyczne tygryski z zacięciem na akcję lubią najbardziej. Mamy już wydawcę (pozdrawiam Marcina i Bartka!) i jeśli niebo nie pospada nam na głowy, w tym roku albo na początku przyszłego rzecz powinna znaleźć się w księgarniach.

Z Pawłem Majką natomiast postanowiliśmy zrobić serial, a ponieważ żadne HBO się na nas nie poznało – będzie to serial prozą. Na rozkładzie historyczna sensacja z XV wieku z fantastycznym ornamentem: wiadomo, w tekście litewskie bogi, żercy, krzyżacy i polityczna intryga na wielką skalę, obejmująca siecią spisku kilka kontynentów i setki lat. Jeśli nam się uda, można się spodziewać porządnych gatunkowych fajerwerków, soczystej fabuły i – miejmy nadzieję – interesujących bohaterów. Ale wiadomo, że dopiero koniec wieńczy dzieło, więc póki co to plany podboju kosmosu pisane palcem na wodzie. Co z tego wyjdzie – historia pokaże.

 

1 Michał Cetnarowski — redaktor, pisarz, publicysta, tłumacz; autor powieści „I dusza moja” (2013) oraz zbiorów opowiadań „Labirynty” (2009) i „Bestia najgorsza” (2017); w 2014 r. nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie „Cyberpunk”; redaktor antologii „Nowe idzie” (2008), „Głos Lema” (2011) i „Rok po końcu świata” (2013); od 2013 r. szef działu literatury polskiej w „Nowej Fantastyce” i „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”.

Cytowanie: Koneksje, łapówki i noc z Parowskim — z Michałem Cetnarowskim rozmawia Piotr Zawada, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (55-56).

Reklamy