Alicja Podkalicka – Ostatni dzień wieczności

Recenzja książki: Tommy Wallach, Dzięki za tę podróż [Thanks for the Trouble], przekł. Nina Wum, Wrocław: Bukowy Las 2017, ISBN: 978-83-8074-050-1, ss. 272.

Czym jest dla nas nieśmiertelność? Tego typu wątki pojawiające się w książkach fantastycznych traktowane są albo z przymrużeniem oka, albo jako wielki sekret, który każdy chciałby posiąść. Jak wiele czasu jednak zajęłoby nieśmiertelnemu człowiekowi stwierdzenie, że przeżył już wszystko, co świat mógł mu zaoferować – i zwyczajnie ma już dość? Kiedy z wiecznej młodości zostanie tylko wspomnienie wszystkich tych, którzy zdążyli się przy nas zestarzeć i odejść? Nieśmiertelność może być przekleństwem. Ale też i nie sposób nie zastanowić się, jak wiele dobrego można by zrobić, mając do wykorzystania więcej niż standardowe kilkadziesiąt lat życia w pośpiechu. To – i nieprzebrane stosy istniejących i wciąż pisanych książek wydają się być warte tego, by chociaż próbować dążyć do długowieczności. Czy jednak mamy jakiś wybór?

Parker jest nastolatkiem, który sporo już w życiu przeszedł. Mieszka z matką, która nie potrafi podnieść się po tragicznej śmierci męża, tworząc z domu mauzoleum poświęcone jego pamięci. Chłopak nie mówi, nie ma planów na przyszłość, wszystko, co go zajmuje, nosi przy sobie, zapisane w notatniku. Spędza też czas, odwiedzając miejskie hotele – lubi ich klimat, zdarza mu się też próbować kradzieży kieszonkowej. W ten sposób któregoś dnia bierze na cel srebrnowłosą dziewczynę, która nieostrożnie pokazuje, że nosi w torebce spory plik banknotów. Dłuższe oczekiwanie przynosi efekty, młoda kobieta odchodzi, zostawiając bagaż przy stole… Parker jednak nie może się zdobyć na to, by uciec z pieniędzmi. Wstrzymują go wyrzuty sumienia – albo notatnik, który przypadkiem zostawił na miejscu zdarzenia. Wraca więc, zastając dziewczynę przeglądającą jego zapiski. Jak się okazuje, nie wzrusza jej próba kradzieży, co więcej, młodzi szybko nawiązują kontakt. Zelda, bo tak ma na imię tajemnicza towarzyszka Parkera, mówi mu, że wyda razem z nim wszystkie te pieniądze, a gdy telefon, który ciągle nosi przy sobie, zadzwoni, będzie musiała pójść na most Golden Gate by… popełnić samobójstwo.

Założenia akcji wydają się odrobinę dramatyczne, w rzeczywistości jednak fabuła toczy się w dość przewidywalny, choć dynamiczny sposób. Zasługę za to przypisać trzeba kontrastowi, jaki tworzy się pomiędzy szarą codziennością Parkera a tym, co mówi mu Zelda – jest to tak niedorzeczne i fantastyczne, że bohater, a wraz z nim i czytelnik, po prostu w to nie wierzy. Nietrudno o zdziwienie, gdy gdzieś w okolicach końca książki dziewczyna rzuca zdanie, iż był to bardzo mile spędzony dzień – dzieje się tak dużo, że wyobraźnia skłonna jest raczej rozłożyć to na dłuższy okres. Poza tym powieść stanowi skrót typowych zainteresowań nastolatków, którzy stoją u progu dorosłości, z zaznaczoną już wyraźnie granicą w postaci egzaminów końcowych i obowiązku podjęcia decyzji odnośnie dalszej drogi życiowej. Przejdziemy więc wraz z oszołomionym bohaterem przez zakupowe szaleństwo w najdroższych sklepach, pierwszą imprezę mocno zakrapianą alkoholem i przymusową zmianę podejścia do życia.

Parker to człowiek osaczony przez przeszłość. Jego towarzyszka, po pierwszej wizycie w domu państwa Santé, od razu stawia prawidłową diagnozę: żadne z nich, ani syn, ani matka, nie umie ani nie chce przejść do porządku dziennego nad tym, że w ich życiu nie ma już męża i ojca. Wiąże się z tym nie tylko tęsknota, ale i poczucie winy, bezsilność, wreszcie: strach, że każdy wysiłek, jaki się podejmie, spełznie na niczym. Nietrudno przyzwyczaić się do takiego stanu rzeczy, ciężko z niego wyjść, tak więc pani Santé szuka ukojenia w pracy i alkoholu, a Parker wchodzi w rolę drobnego złodziejaszka snującego się bez celu po mieście. A Zelda? Jest tutaj jakby gwiazdką z nieba, aniołem zasłanym w celu wskazania właściwego kierunku napotkanym przez siebie osobom. Czy naprawdę jest starsza niż się wydaje? Skąd u niej tak wszechstronna wiedza i ogromne doświadczenie życiowe? Dlaczego jej los ma zależeć od jednego telefonu, na który tak uporczywie czeka? Czy nowe uczucie ma szanse zmienić coś w obojgu – Parkerowi przywrócić wiarę we własne siły, a Zeldzie chęć do życia?

W porównaniu ze wcześniejszą powieścią Tommy’ego Wallacha, Przed końcem świata, Podróż jest o wiele bardziej dynamiczna, ale daje też szerszy wgląd w otoczenie bohaterów. Dużo dowiemy się o nich samych. Parker to skrajny introwertyk – tym bardziej, że jego komunikacja z otoczeniem jest utrudniona (milczy od najmłodszych lat, czuje niechęć nawet do języka migowego, wystarcza mu długopis i notatnik) a podejście Zeldy do świata cechuje pewien archaizm. W wydarzenia dość mocno angażuje się matka chłopaka, która pokazana jest jako osoba całkowicie zagubiona, ale pełna dobrej woli i opiekuńczych uczuć wobec syna. Z jej zachowania wynika, że jest świadoma wpływu, jaki ma na niego jej kurczowe trzymanie się przeszłości, cieszy się, gdy chłopak otwiera się na rówieśników, „normalnieje” pod wpływem Zeldy, reaguje też bardzo emocjonalnie na wszelkie objawy jego powrotu do poprzedniego stylu życia – a jednak trudno jej wydobyć się z własnego dołka. Przy okazji dość typowej, pozbawionej większej głębi opowieści o nastoletniej miłości dostajemy wgląd w zamkniętą relację matki i syna, z wiszącym nad obojgiem widmem zmarłego ojca nie pozwalającym im żyć dalej. Obie książki Wallacha spina też w dość zaskakujący sposób nazwisko nauczyciela – pan McArthur odgrywa ważną, choć epizodyczną rolę w obu opowieściach.

W powieści mocno wyczuwalny jest klimat niepokoju. Brak zaufania, który Parker żywi wobec nowej towarzyszki, strach przez dźwiękiem telefonu, który ma być dla niej wyrokiem, niedowierzanie, że dziewczyna jest w stanie spełnić swoje zamiary, stoją w opozycji dla jej spokojnej determinacji. Oboje stanowią dla siebie nawzajem cel niesienia pomocy, jedno ma zostać zachowane przy życiu, drugie ma to życie zacząć. To relacja dość specyficzna, w rezultacie wypada jednak jak młodzieńcza miłość skrzyżowana z dziwnie pojętym aktem dobroczynności – czuje się w tym dość oporne starania o wyjście poza własny egocentryzm, którego obojgu nie brakuje, oraz ogromną niezręczność, czego wyrazem będzie wiele prób, udanych lub nie, zwykłego porozumienia się. Ciekawym dodatkiem jest tu motyw fantastyczny, ujęty dwojako: po pierwsze, tajemnica Zeldy (czy raczej Griseldy, bo tak brzmi pełne imię dziewczyny), co do której trzeba samodzielnie podjąć próbę interpretacji i zdecydować, czy się bohaterce wierzy, czy też nie, a po drugie – pamiętniki Parkera. Chłopak jest synem pisarza-fantasty, sam przejawia zdolności i upodobanie do tworzenia historii, a próbkę jego działalności dostaniemy zresztą w powieści. To trzy historie utrzymane w baśniowej konwencji, pisane pod wpływem chwili i wplecione w akcję jako „wpisy z pamiętnika”. Są one niesamowicie urokliwe i stanowią piękny przykład na to, jaki potencjał może drzemać w osobie, która dawno już odpuściła sobie jakiekolwiek próby decydowania o swoim życiu.

Dzięki za tę podróż to dość specyficzny miks gatunkowy, leżący gdzieś pomiędzy young adult, paranormal romance i klasyczną obyczajówką, czerpiący z każdego z nich, a jednak nieposiadający ich wszystkich cech. Przy konkretnie opowiedzianej historii pozostawia spore pole do własnej interpretacji przedstawionych wydarzeń i, jak to u Wallacha bywa, do samodzielnego dopisania zakończenia. Jest w tym coś świeżego, poruszającego różne struny – od niepokoju, przez wzruszenie, do zmieszania wywołanego niezręcznym zachowaniem bohaterów – zdecydowanie trudno jest jednak pozostać obojętnym podczas czytania. Oryginalny tytuł książki, Thanks for the Trouble, o wiele lepiej niż polski oddaje jej istotę – a także świetnie sprawdziłby się jako zdanie, którym z uśmiechem można by podsumować powieść po jej przeczytaniu.

Alicja Podkalicka

Alicja Podkalicka, Ostatni dzień wieczności, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-7).

Reklamy