Krzysztof M. Maj, Biodigital jazz

Gamedec. Sprzedawcy lokomotywRecenzja książki: Marcin Sergiusz Przybyłek, Sprzedawcy lokomotyw, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2017, ISBN: 978-83-8062-149-7, ss. 408.

Zasadniczo unikam powtórnego czytania książek – rokrocznie jest tyle wartościowych premier, że każda godzina poświęcona ponownej lekturze przeczytanej pozycji graniczy z lekkomyślnością. Są jednak takie powieści – a może powinienem rzec: takie światy – do których wraca się jak do domu, z uśmiechem rozpoznając znane osoby czy znajome otoczenie. Tak było u mnie w przypadku cyklu (i świata) Gamedecverse Marcina Sergiusza Przybyłka, którego drugą odsłonę, wznowioną przez Rebis w ramach serii „Horyzonty Zdarzeń”, przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. W cykl powieści i opowiadań o Torkilu Aymorze zagłębiłem się wprawdzie po raz pierwszy na tyle niedawno, by jeszcze nie zapomnieć wszystkich szczegółów fabularnych, ale już na tyle dawno, by zacząć za nim autentycznie tęsknić.

Otwierający pięcioksiąg Gamedeca zbiór opowiadań Granica rzeczywistości właściwie dopiero w zdecydowanie bliższych formie powieściowej Sprzedawcach lokomotyw zaczyna ujawniać kryjący się za uniwersum rozmach światotwórczy Przybyłka. Kontynuacja czytana z perspektywy całości cyklu demaskuje kulisy ogólnoświatowego spisku korporacyjnego, inspirowanego między innymi przez wciąż jeszcze tajemnicze na tym etapie Mobillenium i szereg powiązanych z nim firm, rzucających się naraz w wir gwałtownego postępu cywilizacyjnego. Skoki technologiczne będą odtąd otwierać właściwie każdą kolejną odsłonę cyklu, stając się tym samym jego leitmotivem – jednak to właśnie w Sprzedawcach… po raz pierwszy dane jest czytelnikowi zachłysnąć się, jak powiedziałby Dukaj, „krzywą progresu” homo sapiens, mającą tu osobliwie początek w „gierczanych” światach sensorycznych. W czasach, w których wciąż pokutują bezmyślnie fatalistyczne prognozy, zgodnie z którymi gry komputerowe w najlepszym przypadku przyczyniają się do ubożenia dorobku cywilizacyjnego, intelektualnego i kulturalnego ludzkości, a w najgorszym – służą jako przemocowy instruktaż dla terrorystów i socjopatycznych zwyrodnialców, taką wizję rewolucji technologicznej czyta się ze szczególną przyjemnością. Atutem powieści Przybyłka jest z tej perspektywy przede wszystkim olśniewająca inwencja futurologiczna – oto powstają kolejne wersje inkubatorów dla cyfrowych osobowości, sztuczne macice, wirtualne filie firm ochroniarskich, które zwalczająrozprzestrzeniające się plagi wirusów, środki farmakologiczne zapewniające niezwykłą regenerację komórkową i – mój osobisty faworyt, dowodzący światotwórczej wnikliwości autora – wywołane przez nie reformy emerytalne, redefiniujące okres emerytury pod naciskami firm ubezpieczeniowych, słusznie protestujących przeciwko wiekuistemu wypłacaniu środków gwałtownie rosnącej populacji nieśmiertelnych. Tropienie tych wszystkich subtelności i obserwowanie cyfrowo inspirowanej rewolucji jest zdecydowanie jedną z największych przyjemności czytelniczych tej odsłony serii, porównywalną bodaj tylko ze śledzeniem perypetii świetnie rozwijanych postaci Torkila, Pauline Eim, Ann Sokolovsky, Petera „Crasha” Kytesa i Harryego Normana.

Dynamizacji podlega również sposób prowadzenia fabuły. Jakby inspirowana powieściowymi wydarzeniami, postępuje ona błyskawicznie, łącząc rozproszone dotąd wąt­ki w jedną transhumanistyczną metanarrację o starciu dwóch dotąd rozłącznych rzeczywistości – realium i światów sensorycznych – i stworzeniu jednego, uwspólniającego coraz bardziej oddalające się od siebie społeczności. Biodigital jazz, chciałoby się rzec za Kevinem Flynnem z Tronu: Legacy – i kto wie, czy właśnie ta metafora nie oddaje najlepiej postmodernistycznego tonu Przybyłkowej narracji. Z jednej strony podejmującej wysokie tematy transhumanizmu, technoutopianizmu, krytyki neoliberalizmu, zmierzchu antropocenu i dystopianizmu, a z drugiej – no właśnie: świetnie rozgrywającej rozmaite standardy fantastyki naukowej. Wszystko to zaś okraszone jest niekwestionowanym talentem Przybyłka do opisywania fascynujących przygód, bitew i questów growych, kulminujących finałowym starciem z generującą wirusy Bestią, Władcą Cyfrowych Much rozsiadłym w Cytadeli i szturmowanym przez zastępy najlepszych wojowników Sieci w walce o wspólną sprawę na granicy dwóch rzeczywistości.

Na koniec wypada wspomnieć o nowościach, które wnosi reedycja. Miłym akcentem są quasi-haiku’owe (obiecuję odpokutować kiedyś za to słowo) fragmenty poetyckie, otwierające każ­dy rozdział i punktujące pełną akcji narrację momentami wytchnienia,  jakby w zapowiedzi czającego się w kolejnych tomach Buddy-Imperatora. Dobrze też, że książkę– w odróżnieniu od wydania SuperNowej, które możemy odtąd puszczać w niepamięć – zdobi wreszcie adekwatna do jej treści okładka, a chaos bitewny końcowych partii powieści pozwala nieco ogarnąć mapa obrazująca topografię imponującej lokacji finałowej. Na pochwałę zasługują tradycyjnie już obszerny appendix encyklopedyczny i streszczenie pierwszego tomu cyklu, pozwalające walczyć z nieznośnymi objawami czytelniczej sklerozy. Na tym etapie nie wiem więc, na co tu jeszcze czekać – każda bowiem chwila spędzona na dalszym czytaniu tej recenzji tylko odwleka bowiem nieuniknione: bierzcie i czytajcie to wszyscy!

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Biodigital jazz, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-57).

Advertisements