Paula Mejsner – Kończąca się opowieść

Recenzja gry: The Last Guardian, Sony Interactive Entertainment: 2016 (PS4).

The Last Guardian to gra według pomysłu Fumito Uedy, twórcy o wyjątkowej wyobraźni i tak samo nieprzeciętnej wrażliwości. Wydana wyłącznie na PS4 6 grudnia 2016 roku, była jedną z najdłużej oczekiwanych gier i jedną z największych niespodzianek, ponieważ prace nad tytułem, który pierwotnie miał ukazać się w 2011 roku, zostały zawieszone i wznowione, głównie za sprawą fanowskich próśb i nalegań. W międzyczasie zmienił się także deweloper, z Team Ico na genDesign oraz docelowa konsola z PS3 na nowszą generację. Te wszystkie perturbacje nie obyły się bez szkody dla tytułu, ale szkoda to niewielka w porównaniu z ogromem pozytywnych emocji, które przynosi rozgrywka.

The Last Guardian, klasyfikowany jako przygodowa gra akcji, zabiera  graczy do świata, który przypomina te znane z wcześniejszych dzieł Uedy, czyli z pamiętnego Shadow of the Colossus oraz Ico. Tutaj również przemierzamy tajemniczą, owianą mgłą krainę, choć to może za dużo powiedziane, raczej jedną lokację – Gniazdo – choć niezwykle bogatą w mistyczne ruiny, labirynty korytarzy i wieże bez widocznej podstawy. Atmosfera świata jest niesamowita, a widoki powalające. Warto zatrzymać się w strategicznych punktach i po prostu podziwiać to, co przed nami. Naprawdę, te krajobrazy na długo pozostaną w pamięci. Tak jak i historia. A ta jest z pozoru zwyczajna, bo bazująca na modelu przyjaźni pomiędzy dzieckiem i zwierzęciem, choć ten drugi człon pary nie jest tak banalny. Zwierzęciem w tym schemacie okazuje się quasi – mityczna bestia o imieniu Trico, która jest połączeniem czworonoga i ptaka z dziwnymi, zmieniającymi kolor oczyma i z niebieskimi rogami. Rozwój relacji pomiędzy dwójką bohaterów możemy obserwować, przemierzając wraz z nimi te niezwykłe miejsca w poszukiwaniu drogi ucieczki. Historia odkrywana jest bardzo skromnie, właściwie nawet po zakończeniu gry wiele spraw pozostaje w przestrzeni domysłu i hipotez, ale ta metoda mówienia nie wprost jest jedną ze specjalności Uedy i jednym z powodów, dla których The Last Guardian tak zakorzenia się w pamięci.

Niedługo po premierze w stronę twórców posypał się grad krytyki, przede wszystkim za fatalną optymalizację gry, która przecież pierwotnie miała się ukazać na konsolę poprzedniej generacji. Fakt, kilka razy w przeciągu kilkunastu godzin, jakie spędziłam z tytułem, płynność gry spadała – wystarczy, jeśli napiszę, że znacząco – ale o ile nie jest się przesadnie uwrażliwionym na tym punkcie, nie powinno to specjalnie przeszkadzać. Są to naprawdę krótkie epizody i, tak jak napisałam, raczej rzadkie. Jedyny zarzut, co do którego uciążliwości się zgadzam, to praca kamery. Szczególnie w momentach, gdy Trico, niosąc naszego bohatera na grzbiecie, skacze w jakichś niezbyt komfortowych warunkach, np. w ciasnych korytarzach, bądź utknąwszy gdzieś w bramie, potrzeba dobrych kilku sekund żeby zorientować się co się dzieje i gdzie właściwie jesteśmy. Ale przejdźmy do następnej sprawy, która często jest przytaczana jako wada The Last Guardian, mianowicie – nieposłuszeństwa naszej bestii.

Ja poczytuję sobie ten aspekt gry za niewątpliwą zaletę. Trico to twór zwierzopodobny, przejawiający najwięcej cech psich, kocich i ptasich, choć przez relację, jaką jest w stanie wytworzyć z chłopcem, przypisywałam mu przez cały czas trwania rozgrywki przewagę cech psich nad pozostałymi. W dodatku nie był on przystosowany do obcowania z ludźmi, a co więcej do słuchania ich poleceń, pełnił zgoła inną rolę. Jak więc taka bestia miałaby się podporządkować naszej woli? Niesforność, samodzielność i nieobliczalność Trico wzmacniają uczucie jego prawdziwości, co ma wpływ na immersyjność tego tytułu. Nawet nie wiadomo kiedy zaczyna się go traktować tak, jakby miało się z nim do czynienia w tej samej rzeczywistości. Niejednokrotnie przyłapałam się na mówieniu do niego, jak do psa, którego próbuję nakłonić do wykonania jakiegoś polecenia. Nie mówiąc już o uczuciach takich jak troska i przywiązanie, czy wyrzucie adrenaliny, który odczuwa się w momentach wyjątkowo niebezpiecznych skoków w przestworzach. Nie powinno to dziwić, jako że The Last Guardian bardzo wprawnie gra na emocjach gracza i jest to główną bazą rozgrywki.

Wskazuję kolejny punkt, który może niektórych przyprawić o ból głowy, mianowicie sterowanie. I nie chodzi mi tylko o to, jak nieintuicyjne mogą wydawać się komendy, ale też o to, w jaki sposób porusza się nasz bohater. Jest to chłopiec, i jak to bywa u dzieci, jego ruchy są często nieskoordynowane i nieco chaotyczne, co za tym idzie, często się potykamy, upadamy, spadamy z grzbietu naszego towarzysza, nie doskakujemy do krawędzi i w konsekwencji skręcamy kostkę bądź giniemy, niestety. Według mnie jest to kolejny plus gry, podobnie jak w przypadku nieposłusznego olbrzyma. Zarówno te wymykające się naszej kontroli ruchy chłopca, jak i minimalne wspomaganie przy skokach czy innych niebezpiecznych lub wręcz akrobatycznych wyczynach, jak np. spacerowanie po linie, wzmagają wrażenie autentyczności tego wyjątkowego świata.

Gra pod kątem wizualnym jest po prostu piękna,  podobnie jest w sferze audio. Ścieżce dźwiękowej do The Last Guardian należałoby poświęcić przynajmniej osobną recenzję, i kolejną, i jeszcze jedną. Jest ona niesamowita. Do dziś, po długim czasie od zakończenia gry, wracam do niej i za każdym razem budzi we mnie te same emocje, które czułam przemierzając Gniazdo na grzbiecie Trico. Muzyka została stworzona przez młodego kompozytora – Takeshiego Furukawę, który, o dziwo, nie ma zbyt imponującego CV. Tym bardziej należą się wyrazy uznania, ponieważ muzyka, którą skomponował brzmi jak dzieło wytrawnego kompozytora, który doskonale wie, co robi. Za jej sukcesem stoi także jedna z najlepszych orkiestr na świecie, a mianowicie The London Symphony Orchestra. Ale nie tylko muzyka jest w tej grze niezwykła, całe udźwiękowienie zasługuje na brawa. Odgłosy, jakie wydaje Trico, czasem przypominające mruczenie zadowolonego kota, czasem psie skomlenie czy też wycie są niezwykle realistyczne i tym samym zbliżają nas do stworzenia, redukując dystans jaki naturalnie dzieli gracza od postaci wirtualnej, i ponownie, stwarzając pozory jego realności.

Podsumowując, potencjał The Last Guardian trzeba poczuć. Właśnie poczuć, ponieważ gracze o słabych nerwach mogą je szybko stracić w momentach nieposłuszeństwa czy to kamery, płynności rozgrywki, Trica, czy nawet chłopięcego bohatera. Jednak dla tego niepowtarzalnego przeżycia, jakim jest uczestniczenie w procesie narodzin niezwykłej pod każdym względem przyjaźni oraz emocjonująca wędrówka ku wolności, warto jest się uzbroić w dodatkowe pokłady cierpliwości. Chyba najlepszą rekomendacją jest to, iż dzieło Uedy to jeden z tych nielicznych tytułów, które się po prostu pamięta. Na życie.

Źródło grafik: materiały dystrybutora

Paula Mejsner

Paula Mejsner, Kończąca się opowieść, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-7).

 

Reklamy