Barbara Szymczak-Maciejczyk – Ostatnia klątwa Karaibów

 Recenzja filmu: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (ang. Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales), reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg, Stany Zjednoczone: Walt Disney Pictures 2017.

Od czasów ekranizacji pierwszej części serii o nieprawdopodobnych perypetiach karaibskich piratów (2003) ich dzieje cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem widzów. Wczoraj odbyła się polska premiera piątej odsłony przygód śmiałych morskich rozbójników, pod tytułem Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara, w reżyserii Joachima Rønninga i Espena Sandberga. Twórcy powrócili do powszechnie znanych i lubianych postaci, puszczając niejednokrotnie oczko do wiernych fanów. Zemsta Salazara obfituje bowiem w odwołania do poprzednich części, ale widz, który nie pamięta wszystkich wątków, również nie powinien mieć problemów z połączeniem faktów.

Moją szczególną przychylność zdobyła główna bohaterka – Carina Smyth. Jest to reprezentacja współczesnej kobiety nauki, marzącej o wolnym dostępie do edukacji i równouprawnieniu. Odgrywająca tę rolę Kaya Scodelario przyjęła zupełnie inny od Keiry Knightley kurs. W przeciwieństwie do Elizabeth Swann, Carina nie jest zawadiacka ani nie działa pod wpływem impulsu. Kobieta-naukowiec może śmiało konkurować z uczonymi w iście akademickich dyskusjach, a co więcej – rozwiązuje zagadkę, której nie udało się rozwikłać żadnemu mężczyźnie. Niejednokrotnie także wprost wyśmiewa się z głupoty towarzyszy, a jej niewiara w nadprzyrodzone jest wręcz niezachwiana (oczywiście do czasu!).

Jednym z największych minusów produkcji jest całkowity brak chemii pomiędzy aktorami młodego pokolenia. Napięcie – doskonale wyczuwalne w krótkiej scenie spotkania Elizabeth Swann i Willa Turnera – nie pojawia się ani razu, nawet w chwili nieuchronnego pocałunku. Henry (Brenton Thwaites), syn Elizabeth i Willa, to zdecydowanie najsłabszy element, na szczęście nie pojawia się zbyt często na ekranie, pozostawiając miejsce innym bohaterom.

Z kolei Hiszpan Javier Bardem to aktor nadający odgrywanym przez siebie bohaterom charakterystyczny sznyt. Także w roli Salazara wydobył ze swojej roli wszystko, co się dało: tragizm postaci, gniew i pragnienie zemsty, która nie przynosi ukojenia, a także pewną dozę humoru. Niestety, Salazar wydaje się być nieco przerysowany, a jego falujące wokół twarzy włosy sprawiają nienaturalne wrażenie. Jednak sposób, w jaki Hiszpan wymawia imię swego największego wroga jest niepowtarzalny – za każdym razem Salazar akcentuje je w inny sposób, adekwatny do sytuacji.

Jak można się spodziewać, najbarwniejszą postacią jest Jack Sparrow. Kapitan Jack Sparrow. Słynny pirat nigdy jeszcze nie pił tyle rumu i nie był do tego stopnia pozbawiony najmniejszego chociaż łutu szczęścia. Johny Depp po raz kolejny pokazał, że on i Sparrow to jedna i ta sama osoba. Mimo tego, że Jack właściwie przez cały film jest pod wpływem alkoholu, wciąż olśniewa swoją bezpośredniością, humorem i genialnymi pomysłami. Również Czarna Perła ma niemalże tyle żyć, ile słynny rozbójnik. Statek po wielu latach znów może pływać po wodach Morza Karaibskiego, odzyskując swoją pozycję najszybszego okrętu na świecie.

Także kapitan Hector Barbossa (Geoffrey Rush) okazuje się być jeszcze ciekawszą postacią, niż był do tej pory.  Splendor, który go otacza, i krętactwa, jakich się dopuszcza, aż proszą się o zwrot akcji. I właśnie do takiego nieoczekiwanego zwrotu dochodzi. Okazuje się, że nawet pirat bez serca potrafi postąpić jak należy.

W filmie nie mogło zabraknąć akcentu imperialistycznego: marynarka brytyjska wciąż stara się przejąć całkowitą kontrolę nad morzami, wykorzystując w tym celu wszystkie dostępne środki, wliczając w to usługi budzącej lęk czarownicy.

W przeciwieństwie do innych części, w których liczba magicznych artefaktów, morskich opowieści i innych niesamowitości się wyłącznie mnoży, w piątej odsłonie przygód piratów dochodzi do zdjęcia wszystkich klątw. Być może widz byłby zawiedziony takim rozwojem wypadków, lecz producenci nie mogli się powstrzymać od ostatniego akcentu będącego wisienką na torcie tej superprodukcji. O czym mowa? Zdradzę tylko tyle, że warto wytrwać aż do końca napisów.

Wydawać by się mogło, że Piraci z Karaibów to seria poświęcona zagubionym lub osieroconym dzieciom szukającym rodziców. Ten sam wątek przewija się kilkukrotnie. Porzucone potomstwo po latach odnajduje swych ojców, ale nim się to uda, odczuwana przez nich samotność determinuje wiele (nie zawsze dobrych) decyzji. Dziwnym zbiegiem okoliczności owe dzieci zwykle na swojej drodze napotykają na Jacka Sparrowa.

Jednym z absolutnie najgorszych aspektów piątej odsłony Piratów z Karaibów jest… tytuł. Polska Zemsta Salazara nijak ma się do oryginalnego Dead Men Tells No Tales (co można by przetłumaczyć choćby jako Martwi nie snują opowieści). Oryginał również o wiele lepiej odnosi się do fabuły filmu i oddaje jego klimat.

Na uwagę zasługują efekty specjalne, oddające w najmniejszych szczegółach między innymi katastrofę statku czy wygląd (kolejnej już) przeklętej załogi.  Dzięki nim film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Zapierające dech pejzaże, spieczone słońcem miasta czy wygląd Czarnej Perły – każdy z tych elementów jest dopracowany i robi wrażenie. Podobnie jest z muzyką – co raz powtarza się charakterystyczny motyw serii. Bez niej Piraci z Karaibów byliby czymś niepełnym.

Kto jeszcze nie wybrał się na film, niech szybko nadrobi zaległości. Kapitan Jack Sparrow zapewne nigdy nie będzie już w lepszej formie.

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Ostatnia klątwa Karaibów, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-7).

Reklamy