Magdalena Łachacz – The House of the Rising Terror

Recenzja książki: David Mitchell, Slade House [Slade House], przekł. Justyna Gardzińska, Warszawa: Wydawnictwo MAG 2017, ISBN: 978-83-7480-659-6, ss. 188.

Kiedy w lipcu 2014 roku David Mitchell zaczął publikować swoją najnowszą powieść w ciągu koszmarnie krótkich postów na Twitterze1, wielu uznać mogło samą tę wiadomość za materiał na powieść grozy. Sądzę jednak, że autor Atlasu chmur oddał się specyficznie pojmowanej twitterowej grze powtórzenia i powrotu, by jeszcze lepiej ukazać widmowy charakter domu, który raz na dziewięć lat wyłania się z ciemności spowijającej Slade Alley.

Opowieść osnuta wokół miejsca nieuchwytnego zaskakuje w przypadku pisarza, który mimo że znany jest z tworzenia rozległych wyobrażonych światów, projektuje je dokładnie, dlatego że dla Mitchella mapy stanowią niezwykle ważną formę protopowieści2. Należy więc zadać sobie pytanie o status ontologiczny jego nowej książki – niedokończona mapa to: widmo, dom nawiedzony, czy po prostu narracja pozbawiona solidnej konstrukcji?

Okazuje się, że Slade House jest po trosze tym wszystkim, choć stara się być spekulatywnym suplementem do narracyjnej nicości, rodzajem długiego, meandrycznego i otwartego zakończenia już od pierwszego zdania książki, które mówi – nomen omen – o końcu pewnej podróży, choć tylko autobusowej. Sam Mitchell jednak nie wysiadł jeszcze z pociągu o nazwie Czasomierze, Slade House przedstawia się bowiem jako rozwinięcie pewnych istotnych wątków zarysowanych w poprzedniej powieści Brytyjczyka.

Fakt ten spowodował, że The Guardian określił ostatnią powieść Mitchella jako „nieznośną młodszą siostrę w peruce z nastroszonych włosów”3. W istocie mroczny temat książki zdaje się ginąć w kłączowej burzy o wiele wyraźniejszych aluzji oraz intertekstualnych nawiązań, czy to do samych Czasomierzy, czy to do innych dzieł kultury – takich jak chociażby Kod Leonarda da Vinci oraz Z Archiwum X – ze słynnym The Turn of the Screw (1898) Henry’ego Jamesa na czele (niech czytelnicy wybaczą, iż nie podejmę się tutaj trudu przytoczenia którejś z polskojęzycznych propozycji tłumaczenia tego wieloznacznego tytułu; nie chcę igrać z duchami).

Proszę jednak nie dać się zwieść pozorom – ta piękna rzecz, która mieszka w domu, zwie się grozą. Tym mocniej wybrzmiewającą, im agresywniej wypada ona na nas zza drzwi ukrytych w każdej z pięciu mikropowieści składających się na wspomniany tekst. Wszystkie utrzymane są w tonie pierwszoosobowej opowieści, z predylekcji do których Mitchell jest znany. Niemniej jednak każda z kolejnych historii podejmuje pośrednio wątek poprzedniej, w związku z czym akcja posuwa się do przodu w charakterystycznym Mitchellowskim tempie. Choć w Czasomierzach rytm rozwoju opowieści, umieszczonej w tym samym uniwersum, wydawał się zbyt wolny, najwyraźniej w konwencji grozy maniera Mitchella sprzyja budowie napięcia. A jako że powieść nie jest długa (raptem 188 stron!), faworyzująca powolność forma nie ma czasu zmęczyć lub znudzić przebodźcowanych czytelników z XXI wieku.

Historia osnuta jest wokół widmowego Slade House, w którego trzewiach przepadają nie do końca przypadkowi goście. By rozwikłać zagadkę, dlaczego tak się dzieje, w pierwszej mikropowieści wsłuchujemy się w głos oddany Nathanowi Bishopowi, chłopcu z widocznym rysem autystycznym. W drugiej mikrofon wędruje do sfrustrowanego policjanta o giętkim kręgosłupie moralnym. W trzeciej narratorką zostaje młoda zakompleksiona studentka,  czwartą opowieść kontynuuje z kolei jej siostra, dziennikarka próbująca wyjaśnić sprawę tajemniczego zaginięcia studentki. W piątej zaś głos wraca – niczym zjawa – do jednej z dwóch głównych postaci książki, gospodarzy upiornego domostwa.

Są zaś nimi Nora i Jonah Grayerowie, adepci osławionej Drogi Cienia, którzy pożerają ludzkie dusze. Należy się Mitchellowi pochwała za to, że stworzył w ten sposób przestrzeń dla grupy postaci, które w Czasomierzach zostały potraktowane jako adwersarze, a więc dosyć powierzchownie, i jako takie praktycznie pozbawione zostały prawa głosu. Nie znaczy to, że wampiryczne rodzeństwo zostało przedstawione w zniuansowany sposób; są przede wszystkim bezwzględnymi drapieżnikami napędzanymi żądzą osiągnięcia nieśmiertelności. Mimo to poświęcenie w tak znaczący sposób uwagi Anachoretom pogłębia perspektywę, z jakiej Mitchell patrzy na rzeczywistość świata Czasomierzy. Szkoda tylko, że po raz kolejny interesująca koncepcja metafizycznego darwinizmu społecznego została sprowadzona do zbioru ezoterycznych artefaktów, choć tym razem w miejsce nawiązań do religii katarskiej otrzymujemy wspaniałą parodię historii myśli ezoterycznej zachodniej Europy z przełomu XIX i XX wieku.

Wątek ten zdradza być może powód, dla którego Mitchell zdecydował się na wydanie książki. Wszak na pierwszy rzut oka wydaje się tekstem naprędce wyciągniętym z szuflady czy też próbą odcinania kuponów od sukcesu poprzednich powieści – w żadnej innej bowiem jego książce wątek walki Horologów z Anachoretami nie został w tak otwarty sposób wysunięty na pierwszy plan. Powodem tym może być zabawa, typowo postmodernistycznie pojmowana żonglerka cytatami, której towarzyszy częste puszczanie oka do czytelnika. W tej swobodnie i z pasją snutej opowieści kryje się tajemnicza siła Slade House przyciągającego do siebie wciąż nowe ofiary: zamiast pompatycznych przesłań moralnych dostajemy zaproszenie do gry w opowiadanie historii o duchach. Czy jest ktoś, kto miałby siłę odmówić?

Ta tonacja zdecydowanie ożywia powieść. Okazuje się, że konwencja późno dziewiętnastowiecznej ghost story nadaje świeżości klasycznym elementom stylu Mitchella, którymi są – i tutaj akurat wszystko zostało po staremu – bardzo dobrze sportretowane postacie ludzi, wciągające dialogi, trafne uwagi dotyczące stosunków międzyludzkich. Przewrotny, ironiczny humor udowadnia jednak, jak wielki potencjał tkwi w grozie, która może nie tylko straszyć, ale też mówić ważne rzeczy o tym, dlaczego w pewnych sytuacjach się boimy, a w innych nie. I na szczęście dopuszczalna jest więcej niż jedna odpowiedź!

Oczywiście wszystko to mieści się wciąż w kategorii nihil novi sub luna. Warto jednak dać porwać się nowej wersji tej starodawnej historii, która zamiast zaczynać się od słów „jest pewien dom w angielskim deszczowym mieście, dom, o którym mówi się, że dzieją się w nim straszne rzeczy”, otwiera się zdaniem: „cokolwiek mama teraz mówi, zdążyło już utonąć w spalinowym ryku silnika odjeżdżającego autobusu, zza którego wyłonił się pub The Fox and Hounds”4, udowadniając raz jeszcze, że najlepiej potrafią nas przerażać doskonali opowiadacze.

 

 

1 David Mitchell, The Right Sort, https://twitter.com/sceptrebooks/timelines/488586138048004096 [dostęp: 14.04.2017].

2 Adam Begley, wywiad z Davidem Mitchellem, „The Art of Fiction”, w: The Paris Review, nr 193, 2010, https://www.theparisreview.org/interviews/6034/david-mitchell-the-art-of-fiction-no-204-david-mitchell [dostęp: 10.04.2017].

3 Liz Jensen, recenzja „Slade House by David Mitchell review – like Stephen King in a fever”, w: The Guardian, https://www.theguardian.com/books/2015/oct/29/slade-house-david-mitchell-review [dostęp: 10.04.2017].

4 David Mitchell, dz. cyt., s. 7.

Magdalena Łachacz

Cytowanie: Magdalena Łachacz, The House of the Rising Terror, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-7).

Advertisements