Łukasz Kowalski – Gang (króla) Artura

Recenzja filmu: Król Artur: Legenda miecza (ang. King Arthur: Legend of the Sword), reż. Guy Ritchie, USA: Warner Bros. Pictures 2017.

Guy Ritchie to jeden z twórców, którzy mają oddaną rzeszę fanów gotowych udać się do kina na każdy jego film. Niestety nie ma ich na tyle wielu, żeby zapełnić sale kinowe po brzegi. Od premiery Rock’n’Rolli jego filmy nigdy nie są na tyle dużą klapą, żeby odstawić go na boczny tor, ale sprzedają się poniżej oczekiwań. Na tym tle wyróżnia się oczywiście pierwsza część Sherlocka Holmesa, jednak to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Tak oto wielu widzów z utęsknieniem wypatruje nowego obrazu na miarę Przekrętu. Konsekwencją tego jest fakt, iż wytwórnie nie oddają reżyserowi pełni kontroli nad zleconymi projektami, przez co ich finalne wersje nie zadowalają ani starej gwardii, ani nowych widzów. Nadzieją na odmianę losu miała okazać się najnowsza adaptacja legendy o Królu Arturze, czas sprawdzić, czy nie była to nadzieja płonna.

Film rozpoczyna się w momencie, gdy Camelot pod rządami Uthera Pendragona (Eric Bana) zostaje oblężony przez armię maga Mordreda (Rob Knighton). Król praktycznie samodzielnie, dzięki mocy Excalibura, pokonuje wroga, jednak radość ze zwycięstwa nie trwa długo. Vortigern Pendragon (Jude Law) dokonuje zamachu stanu, zabija brata i przejmuje koronę. Młody Artur (Charlie Hunnam) cudem uchodzi z życiem i zostaje uratowany, przygarnięty i wychowany przez kurtyzany w mieście Londinium. Dorastając w zamtuzie, nie ma lekkiego życia, w mieście pomiatany przez innych mieszkańców, uczy się życia na granicy prawa i zaczyna otaczać innymi, podobnymi sobie, wyrzutkami. Dzięki swoim pięściom i pomysłowości z czasem jego imię nabiera znaczenia w miejscowym półświatku – jako ochroniarza przybytku rozpusty i szefa czegoś na kształt lokalnej gildii złodziei. Życie Artura ponownie staje na głowie w momencie, gdy wody przystani Camelotu odsłaniają zaginiony przed laty Excalibur, a Vortigern rozpoczyna poszukiwania bratanka.

Pierwsze chwile spędzone w mitycznej wersji Anglii wywołują naprawdę szeroki uśmiech. Pokazanie Artura jako cwaniaczka, łotrzyka i charyzmatycznego przywódcy tworzy niesamowity klimat i przywodzi na myśl filmy, które rozsławiły reżysera. Dialogi, sposób montażu scen i praca kamery zostały żywcem wyjęte z Porachunków i Przekrętu, co wywołuje miłe uczucie nostalgii. Sama historia wciąga, rozbudzając apetyt na więcej, a umysł krzyczy, że oto otrzymaliśmy długo wyczekiwany powrót króla. W końcu legenda mitycznego Króla Artura doczekała się uwspółcześnionej i przewrotnej adaptacji, w której na równi z mocą Excalibura liczy się spryt i pomysłowe oszukanie przeciwnika.

Niestety w połowie seansu całość mocno traci na dynamizmie, a wymogi wytwórni biorą górę nad wizją reżysera. Kolejne sceny są coraz mocniej rozciągnięte, dialogi tracą na humorze, a zwroty akcji i zachowanie niektórych bohaterów zaczynają wymykać się logice świata. Ostatni akt całkowicie zmienia kierunek, w którym do tej pory podążał scenariusz, i zrywa z tym, do czego przyzwyczaił nas Guy Ritchie – próbą przechytrzenia przeciwnika, zastępując ją brutalną siłą i braniem się za łby przez obie strony konfliktu. Ewidentnie zabrakło tutaj finezji, gry świateł, dymu i luster będących znakiem rozpoznawczym reżysera. Ów przeskok wywołuje u widza prawie fizyczny ból.

Tak drastyczna zmiana konwencji rzutuje również na sposób montażu poszczególnych scen. Kamera nadal pracuje tak jak wcześniej, jednak brakuje retrospekcji, przeskoków między lokacjami, pokazujących, co naprawdę się wydarzyło. Jakby tego było mało, ostatnie 20 minut filmu opiera się głównie na grafice komputerowej, na którą definitywnie nie starczyło budżetu. Poziom CGI jest tylko delikatnie lepszy od użytego w Matrixie: Reaktywacji, a premiery obu filmów dzieli przeszło 13 lat, co nie wystawia Królowi Arturowi najwyższej oceny.

Dochodzimy w tym miejscu do kolejnego aspektu, który budzi ambiwalentne uczucia. Potyczki i sceny akcji, których jest naprawdę sporo, z jednej strony są bardzo dynamiczne i nie pozwalają się nudzić, z drugiej przesadne wykorzystywanie shaky cam1 nie pozwala dobrze zorientować się na polu walki. Same walki wypadają nieźle, z uwagi na to, że większość aktorów biorących w nich udział ma doświadczenie oraz umiejętności pozwalające na stworzenie nawet bardzo skomplikowanych choreografii – niemniej nie chciano tego wykorzystać. Powodem takiego podejścia ponownie jest natłok efektów komputerowych, które wylewają się na widza w ostatnim akcie. Magicznie wzmocnione ruchy Artura maskowane są unoszącym się dookoła pyłem i dymem oraz mocnym rozmazaniem przy użyciu roztrzęsionego obrazu. Nie raziłoby to aż tak mocno, gdyby nie wplecione weń ujęcia w zwolnionym tempie, które dobitnie eksponują wszystkie niedociągnięcia ukrywane przez wyżej wymienione zabiegi.

Razi to tym bardziej, że obsada pokazała nie tylko swoje walory motoryczne, ale i niezgorszy warsztat aktorski. Charlie Hunnam spisał się na medal, pokazując wszem i wobec, że potrafi się odnaleźć w różnych rolach, choć momentami widać było drobne naleciałości z lat odgrywania Jaxa2. Podobnie należy ocenić występ Jude’a Lawa, którego Vortigern jest postacią na wskroś złą, ale też i tragiczną – choć nie da się darzyć go sympatią, to potrafi wzbudzić u widza emocje. Do gry reszty załogi, szczególnie członków gangu i ruchu oporu, również nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń.

Ostatnim elementem, na jaki należy zwrócić uwagę, to same realia przedstawionego świata, które są hybrydą średniowiecznej i współczesnej Anglii szczodrze oblaną esencją filmów fantasy. Próżno doszukiwać się tutaj większych zgodności z realiami Brytanii V i VI wieku. Ludzie noszą stylizowane na epokę ubrania, których nie powstydziłby się współczesny modniś, większość różnic między warstwami społecznymi została mocno zatarta, a język, jakim się operuje, bardzo często przypomina współczesny slang. Nie jest to może Obłędny rycerz, ale całość bardzo dobrze ze sobą współgra i jest zadziwiająco spójna. To wszystko podkreślone jest przez genialną ścieżkę dźwiękową łączącą ze sobą elementy folku, klasycznej muzyki filmowej oraz współczesnych brzmień.

Król Artur okazał się jednym z najtrudniejszych do oceny filmów w ostatnim czasie. Pierwsze dwa akty to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w tym roku widziałem na srebrnym ekranie. Pełen humoru, zadziorny film, który bawi się konwencją tworząc gangsterską historię mitycznej postaci. Niestety owa podróż nie kończy się happy endem, gdyż obraz wpada w ramy narzucone przez wcześniejsze adaptacje i zapewne studio, zamieniając się w sztampowe i toporne heroic fantasy. Czy warto zatem udać się nań do kina? Jak najbardziej tak, choć dobrze już na wstępie mieć świadomość jego wad, żeby późniejszy zawód nie był zbyt wielki.

Technika kręcenia polegająca na celowej rezygnacji ze stabilizacji obrazu, aby uzyskać efekt nagrywania scen kamerą trzymaną bezpośrednio w ręce, lub umieszczeniu jej na ciele aktora.

Jackson ‚Jax’ Teller, główny bohater Synów anarchii, serialu tworzonego na zlecenie kanału FX w latach 2008-2014.

Łukasz Kowalski

Cytowanie: Łukasz Kowalski, Gang (króla) Artura, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-57).

Advertisements