Łukasz Kowalski – Zemsta Ślamazara

Recenzja filmu: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (ang. Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales), reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg, Stany Zjednoczone: Walt Disney Pictures 2017.

Czwarta część Piratów z Karaibów okazała się dość dużym rozczarowaniem zarówno dla widzów, jak i – pod względem finansowym – dla twórców. Mimo to Disney postanowił po raz kolejny spróbować wskrzesić cenioną markę, obiecując wyciągnięcie wniosków z błędów popełnionych przy Na nieznanych wodach i ponownie zaserwować fantastyczne kino przygodowe z prawdziwego zdarzenia. Czas powiedzieć: Sprawdzam!

Tym razem główny wątek poznajemy przede wszystkim oczami Henry’ego Turnera (Brenton Thwaites), który poprzysiągł uwolnić swojego ojca (Orlando Bloom) od przeklętej służby na Latającym Holendrze. Jedynym sposobem, aby tego dokonać, jest odnalezienie trójzębu Posejdona, mitycznej broni władcy mórz potrafiącej zdjąć każdą morską klątwę. W tym celu chłopak musi odnaleźć niesławnego kompana ojca: kapitana Jacka Sparrowa (Johnny Depp). Na tym jednak nie koniec komplikacji, gdyż do skarbu prowadzi „mapa, której nie odczyta żaden człowiek”. Jedyną osobą, która może im pomóc w poszukiwaniach jest Carina Smyth (Kaya Scodelario), niesłusznie posądzona o czary dziewczyna, kontynuująca rozpoczęte jeszcze przez swojego ojca poszukiwania mitycznego artefaktu. W trójkę będą musieli stawić czoła upiorowi kapitana Salazara (Javier Bardem), który rusza w pogoń za kapitanem Czarnej Perły.

Pierwsze sceny pozwalają oswoić się z nowymi bohaterami serii oraz ujawniają, co zmieniło się u starych znajomych – niestety nie przebiega to tak, jak można by się spodziewać. Od samego początku bije nas po oczach mieszanina przerysowanego dramatyzmu, który tym razem przekroczył już cienką granicę kiczu. Jakby tego było mało twórcy zadusili gdzieś ducha klasycznych komedii slapstickowych, które przyciągały do kina rzesze fanów. Koronnym przykładem jest pierwszy moment, w którym spotykamy Jacka Sparrowa. Sekwencja będąca w zamyśle widowiskową sceną akcji wymieszaną z kaskaderskimi popisami rodem z filmów Bustera Keatona1 została rozciągnięta do gigantycznych wręcz rozmiarów, okraszona niebagatelną ilością łatwo rozpoznawalnych ujęć na green screenie, a całość unosi się w gigantycznych oparach absurdu, które nie wywołują wesołości. W trakcie jej trwania na wypełnionej sali kinowej panowała cisza, nikt nie prychnął, nie zachichotał, o wybuchu śmiechu nie wspominając – to mówi samo za siebie.

Założenia historii nie różnią się specjalnie od tych z poprzednich części. Teoretycznie otrzymujemy dokładnie ten rodzaj kina awanturniczego, jakiego oczekiwaliśmy. Niestety choć szkielet się zgadza, brakuje tkanki, która odpowiednio by go oblekła i wypełniła. Oprócz sztucznie rozciąganych scen akcji zaserwowano parę niepotrzebnych postaci, których perypetie nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla przebiegu fabuły, a mimo to ich wątki są cały czas wplatane, najprawdopodobniej tylko w celu dodania kilkunastu minut do czasu trwania seansu.

Niestety to nie jedyne obiekcje dotyczące postaci. Większość aktorów miała kłopot z niezbyt zręcznie przygotowanymi dla nich dialogami, a co za tym idzie – interakcjami między poszczególnymi bohaterami. Było to szczególnie widoczne w przypadku młodszej części obsady – kontrast między ich sposobem odgrywania ról a starą gwardią był momentami porażający. Można było odnieść wrażenie, że Brenton Thwaites oraz Kaya Scodelario starali się zagrać jak w poważnym dramacie, natomiast pozostali umówili się, że stworzą kreacje aspirujące do miana podręcznikowych przykładów przerysowania. Nie dziwi to wielce, gdy mowa o Johnnym Deppie i Geoffreyu Rushu, którzy w każdej kolejnej część podkręcali komediowość Sparowa i Barbossy. To samo dotyczy pozostałej pirackiej ferajny, jednak debiutujący w Piratach z Karaibów Javier Bardem pobił wszystkich pod tym względem niczym bokser wagi ciężkiej mistrza wagi piórkowej. Kapitan Salazar zachowuje się i mówi w taki sposób, że praktycznie nie sposób brać go na poważnie, czy traktować jako realne zagrożenie, które stanowi dla pozostałych. Gdy zsumujemy powyższe, otrzymujemy całkowicie niespójny i chaotyczny w odbiorze film, nad którym reżyser ewidentnie nie zapanował.

W większość przypadków Zemsta Salazara broni się swoją plastycznością. Lwia część efektów prezentowała się ładnie, jednak i tutaj zdarzały się potknięcia. Zarzut ten dotyczy przede wszystkim fragmentu dotyczącego młodziutkiego Sparrowa. Komputerowo odmłodzona twarz Deppa bije wręcz sztucznością z uwagi na problemy z synchronizacją ust i oczu, dodając doń, niepasującą do kapitana Czarnej Perły, upiorność. Na szczęście udźwiękowienie stoi na najwyższym poziomie i jest to jedyny aspekt filmu, do którego nie można mieć zastrzeżeń.

Na sam koniec należy wrzucić kamyczek do ogródka polskiego dystrybutora. Pomijając jakość podtytułu, sama lokalizacja woła o pomstę do nieba. Wyświetlane podczas seansu napisy tak często nie zgadzały się z tym, co dobywało z ust aktorów, że momentami zastanawiałem się, czy aby na pewno zajął się tym profesjonalny tłumacz, a nie świeżo przyjęty stażysta. Można się domyślić, że postanowiono zachować zgodność tłumaczenia między wersją dubbingowaną a tą z oryginalną ścieżką dźwiękową, jednak było tu zbyt wiele rozbieżności, aby miało to sens.

Ostateczny obraz, jaki wyłania się po krótkiej analizie, nie jest optymistyczny. Disney postanowił zrobić skok na kasę, tworząc obraz całkowicie pozbawiony duszy i tylko imitujący życie. Niespójność konwencji, przeplatanej dłużyznami, oraz cała masą gagów, które nie trafiają do widza, stanowią zbyt dużą przeciwwagę dla nielicznych pozytywnych fragmentów film. Choć miano największego kinowego zawodu nadal dzierży Obcy: Przymierze to Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara niebezpiecznie mocno depczą „dziełu” Ridleya Scotta po piętach. To najgorszy film z serii i nie warto wydawać nań pieniędzy – szczególnie, że przy odpowiednio dużych zarobkach istnieje realna groźba nakręcenia części 6.

Pseudonim sceniczny Josepha Francisa Keatona (ur. 4.10.1895r., zm. 1.02.1966r.) aktora, reżysera i scenarzysty, jednego z pionierów kina oraz komedii slapstickowych.

Łukasz Kowalski

Łukasz Kowalski, Zemsta Ślamazara, „Creatio Fantastica” 2017, nr 1-2 (56-57).

Reklamy