Krzysztof Wojdyło – Ręka, noga, mózg na ścianie

Recenzja książki: Edward Lee, Wypuść mnie, proszę i inne opowiadania [Please Let Me Out], przekł. Łukasz Zbrzeźniak, Marcin Kiszela, Mariusz Juszczyk, Paulina Kowalska, Wrocław: Dom Horroru 2017, ISBN: 978-83-9462-990-8, ss.170.

Horror to gatunek, który w każdym medium czuje się dobrze, korzystając z jego szczególnych cech, aby należycie wprowadzić najróżniejsze techniki terroru. W filmie – operuje dźwiękiem i obrazem, w grze – tymi samymi oraz unikalną możliwością uczynienia gracza integralną częścią historii. Komiks daje mu praktycznie nieograniczone możliwości graficznego przedstawienia wizji autora. Słuchowisko stawia na potęgę dźwięku celem budowania atmosfery. Ale horror to wciąż przede wszystkim literatura, w której autor ma do dyspozycji wyłącznie słowo. I od tego, jak zręcznie będzie nim operował, zależy literacka wartość danego tytułu. Oczywiście, możliwości jest sporo – jeden postawi na sugestywność i niedomówienie, pozostawiając wyobraźni czytelnika zbudowanie obrazu,  inny natomiast będzie preferował dosłowność, licząc, że drastycznym opisem przerazi najbardziej.

Amerykański pisarz Edward Lee należy do autorów stawiających na ten drugi rodzaj grozy. Jest twórcą płodnym i znanym, ma na koncie liczne powieści i opowiadania, był publikowany także w Polsce. Wypuść mnie, proszę… jest pierwszym zbiorkiem opowiadań Lee obecnym na naszym rynku za sprawą młodego wydawnictwa Dom Horroru. Patrząc przez pryzmat licznych publikacji, można uznać Lee za autora lubianego, choć ja do tej pory nie miałem sposobności zetknąć się z jego książkami. Może dlatego, że w opiniach o nim przeważały wzmianki, iż specjalizuje się w horrorze ekstremalnym, nastawionym na gore, podczas gdy moje gusta były nieco inne. Ale że lubię horror jako gatunek, a w jego ramach bardzo cenię sobie formę opowiadania, to postanowiłem dać panu Lee szansę i nabyłem ów zbiorek.

Co tu kryć, okładka nie porywa. Wygląda jak złożona z kilku ilustracji, przywodzi na myśl konwencję, która niestety dominuje w projektach okładkowych ostatnich lat, czyli korzystanie z gotowych grafik udostępnianych publicznie za opłatą lub nie (tzw. stock) i montowanie z nich czegoś swojego. Wyrwane oko wygląda jak z zupełnie innej bajki, podobnie rzecz ma się z bebechami na wierzchu. Potworny czerep w tle takoż pasuje tu jak wół do karety. Hasła „niekwestionowany król ekstremalnego horroru” czy „nominowany do nagrody Brama Stokera” sprawiają wrażenie, jakby wydawca nie był pewien, czy sięgający po książkę będzie świadom „wielkości” pisarza, z którym przyjdzie mu obcować. Zwłaszcza że na ostatniej stronie okładki czeka nas kolejna litania zachwytów. Ktoś, kto to wszystko przejrzy, mógłby dojść do wniosku, że oto przed nim pisarz na miarę Stephena Kinga czy Howarda P. Lovecrafta. A jak jest w istocie?

Pierwsze opowiadanie, zatytułowane Pani Kadłubek daje niezły obraz tego, co czeka nas dalej. Główna bohaterka, upadła modelka, a obecnie prostytutka, zostaje pozbawiona rąk przez mafijnego bossa, po tym jak niezbyt pochlebnie wyraziła się o jego łóżkowych umiejętnościach. Okaleczona, staje się jego niewolnicą i zostaje zmuszona do grania w najbardziej odrażających, nielegalnych produkcjach porno. Marząc jedynie o śmierci, usiłuje sprowokować pracujących z nią bandytów i w końcu jej się udaje. To stawia jednak rzeczonych przestępców przed problemem… Należy zaznaczyć, że opowiadanie jest powiązane z innym tekstem Lee, zatytułowanym Pan Kadłubek i bez znajomości tamtego umyka czytelnikowi cały suspens. Co pozostaje? Nieco makabry, sporo złego smaku i absolutny brak jakichkolwiek elementów nadprzyrodzonych. Piszę o tym nie bez kozery. Uważam bowiem, że warunkiem sine qua non policzenia danego tytułu w poczet horroru jest jednak obecność elementów paranormalnych (nawet jeśli istnieją one li tylko w wyobraźni bohaterów). Bez nich dana rzecz staje się dla mnie thrillerem. Zatem trudno mi jednoznacznie uznać Panią Kadłubek za horror.

Drugi tekst, Pomyśl życzenie, to coś, czego sens zamieszczenia w tymże zbiorku zastanawiał mnie długo. Mamy tu do czynienia z dramatem społeczno-obyczajowym, skupionym na życiu dwójki narkomanów, dziewczyny i faceta, utrzymujących się z prostytucji. Lee funduje nam dość naturalistyczny opis ich stopniowej degeneracji fizycznej. Tylko po co? Naprawdę, czytając tę historyjkę miałem wrażenie, że autor próbuje pisać moralitet. Ale, na litość, czy opowiadania grozy tego potrzebują? Każdy, kto w dzieciństwie czytał My, dzieci z dworca ZOO czy tym podobne książki, wie doskonale o tym, co Lee tu chce pokazać. W finale autor chyba się ocknął i postanowił skręcić w inną stronę. Niemniej, tu także próżno szukać wątków paranormalnych. Czyli znowu nie horror, ale i nawet nie thriller. Dramat – i to dosłownie.

Tytułowe opowiadanie skupia się na seksie. Odnosząca sukcesy bizneswoman trzyma w domu swojego kochanka, który często ją do tej pory zdradzał. Czytałem ten tekst, w którym przemyślenia bohaterki w miejscu pracy mieszają się z opisami spółkowania bohaterów i zastanawiałem się, czemu to wszystko ma służyć. Bo ani to przerażające, ani ciekawe. W końcu, w finale autor odkrywa wszystkie karty – i znowu ten sam problem, całość oparta o kwestie międzyludzkie, bez jakiegokolwiek czynnika nadnaturalnego. To bardziej dramat erotyczny, z elementami kryminału i makabry, ale jak bardzo bym chciał, do horroru nie potrafię go zakwalifikować.

Czwartym opowiadaniem, jednym z najkrótszych w tym zbiorku, jest Stół. Porusza on motyw dziewczyny, którą kręcą seryjni mordercy i wszystko, co z nimi związane. To miniaturka, sprawnie napisana i udana, będąca na pewno jedną z ozdób tej książki. Acz zaznaczyć muszę – to żadne arcydziełko, po prostu sprawnie napisany tekst, jednak po raz kolejny, pozbawiony wątków nadprzyrodzonych. Tak, czytamy książkę autora opisanego na okładce jako „król horroru” i „nominowany do nagrody Brama Stokera”, a w czterech pierwszych tekstach wszystko zamyka się w kwestiach całkowicie ludzkich, nawet jeśli podkręconych przemocą i makabrą. Coś tu chyba nie gra, prawda? Gdzie ten hrabia Drakula i jego progenitura, nawet jeśli tylko mentalna?

Powiedziała „Śmierć” to pierwszy tekst w tym zbiorku, który faktycznie mogę uczciwie uznać za horror. I tu się kończą pozytywy. Wyjąwszy obecność wątku paranormalnego, samo opowiadanie jest znowu dramatem. Tym razem obserwujemy problemy rodzinne amerykańskiej klasy średniej, znowu dostajemy sporo erotyki i nieco przemocy (tym razem w sumie zaskakująco niewiele). Jak dla mnie jest to jeden ze słabszych fragmentów tego i tak nie najlepszego (jak można chyba dość łatwo wywnioskować z tego, co do tej pory napisałem) zbiorku. Mimo wszystko jednak, wreszcie jakiś krok ku klasycznej grozie.

Tę „dobrą zmianę” niejako kontynuuje Niewłaściwy facet, który przyniósł mi natomiast pewne uczucie ulgi – dziwnie to może brzmieć w kontekście historii dwóch psychopatycznych feministek, które jeżdżą po kraju i w wyjątkowo wymyślny sposób mordują mężczyzn, uprzednio ich zgwałciwszy. Jednak temu opowiadaniu najbliżej chyba do klasycznych kanonów grozy. Mamy więc słuszną dawkę makabry, mamy niewiele mniejszą ilość erotyki, zaskakujący nieco czytelnika finał z elementem metafizycznym. Czy to zatem dobry tekst? Nie, ledwie przyzwoity, po prostu wyróżnia się na tle całej reszty.

Postacie mnie natomiast autentycznie zaskoczyły. Lee pokazuje tu, że nie tylko miewa niezłe pomysły na opowiadania, ale potrafi być także zaskakująco autoironiczny. Celowo nie piszę nic o treści tego tekstu, gdyż nader łatwo byłoby zepsuć przyjemność z jego lektury. Niemniej, pozostaje on zdecydowanie najbardziej udanym w tej książeczce i byłby generalnie bardzo dobrym, gdyby może nie nazbyt przewidywalny finał.

Natomiast Przejażdżka to po prostu słuszna porcja gore, zaprawiona nieco mocno czarnym humorem. W swoich klimatach tekst całkiem niezły, ba, nawet zakończenie tym razem autorowi się udało. Niestety, tu kończy się chyba najlepsza część tej antologii, bo Gówniany dom ma tytuł idealnie oddający treść opowiadania – znowu Lee funduje nam przegląd różnych mrocznych patologii, tym razem nie troszcząc się nawet szczególnie o zbudowanie jakiejś w miarę spójnej fabuły. Króciutki Skrawek papieru to znowu bardziej naturalizm niźli groza.

Zamykający całość Header – początek zwraca uwagę z kilku względów. Po pierwsze, to kolejne opowiadanie, które wiąże się z innymi historiami tego autora, na szczęście chyba tym razem brak ich znajomości nie oznacza dla czytelnika problemów ze zrozumieniem czy uchwyceniem jakiegoś wątku. Po drugie, język, stylizowany na mowę rednecków, bardzo zgrabnie wpasowuje się w konwencję fabularną tego tekstu i nadaje mu bardzo specyficzny i przekonujący klimat (nareszcie!). Po trzecie, oparcie fabuły na opowieści z dawnych czasów, snutej właśnie w ten sposób, „chwyciło” mnie. Wreszcie, choć na pewno nie jest to najbrutalniejszy z zawartych tutaj tekstów, to w moim odczuciu uderza czytelnika najmocniej. Zawdzięcza to temu, że robi to nie „obszarowo” (czyli przez cały czas), ale „punktowo”. Wszystko to sprawia, że choć znowu pozbawiony metafizyki, Header – początek jest jednym ze zdecydowanie najjaśniejszych (choć i zarazem tych bardziej ekstremalnych) tekstów w tym zbiorku.

Opowiadanie grozy to gatunek, który ma sporą tradycję – od Poego, przez Turgieniewa, Hearna, Grabińskiego po Lovecrafta, który nie bez kozery nazywany jest ojcem współczesnego horroru i na wpływ którego Lee także chętnie się powołuje. Problem w tym, że jakoś tego nie dostrzegam. Kiedy zacząłem pisać tę recenzję, krótko po zakończeniu lektury Wypuść mnie, proszę…, złapałem się na tym, że muszę co jakiś czas zaglądać do książki, bo nie pamiętam już, o czym była ta czy tamta historyjka. To dość osobliwie, bo pamięć, jak na historyka przystało, mam niezłą. Gdy sięgnąłem i zacząłem przeglądać, to  przypomniałem sobie niektóre fragmenty, inne jednak wyleciały z głowy po lekturzez tak szybko, że niemal ich nie pamiętałem. Objaw sklerozy? Nie sądzę. Odrzucenie tego, co nieprzyjemne? A gdzieżby. Po prostu te opowiadania są w znakomitej większości nijakie. Pisane prostym stylem, nieskomplikowanym w większości językiem, łatwo wchodzą do głowy i równie łatwo z niej wychodzą. Nawet szczególnie nie szokują – prawdę mówiąc, chyba tylko ostatni z tekstów może faktycznie bulwersować. No ewentualniejeszcze pierwszy, ale właśnie dlatego, że jest pierwszy. Potem bardzo szybko oswajamy się z pomysłami Lee, czemu sprzyja fakt, że są schematyczne i dość powtarzalne (np. po lekturze tego zbiorku już wiem, że autor ma fetysz ucinania kończyn).

Zagadką dla mnie pozostaje status tego pisarza. Jest on znany i lubiany, może poszczycić się nader licznym gronem zwolenników, ci zaś wciąż narzekają na za małą liczbę jego tekstów. A Lee płodnym autorem jest, parafrazując mistrza Yodę, wystarczy zajrzeć na listę jego „dzieł” na Wikipedii. Całkiem możliwe zatem, że zwyczajnie źle trafiłem. Być może Edward Lee potrafi dobrze pisać, umie budować nastrój, zaskakiwać czytelnika i wywołać reakcje, które powinny mu towarzyszyć podczas obcowania z powieściami grozy? Może po prostu nie czuje się za dobrze w krótkich tekstach i robi z nich zapchajdziury? Nie powinienem zapewne wyrzucać autora na półkę z napisem „Idź stąd i nie wracaj” po przeczytaniu jednej jego książki. A może wręcz przeciwnie? Na pewno zaoszczędziłoby mi to czas. Ponoć Lee całkiem nieźle czuje się w klimatach bardzo lubianego przeze mnie kosmicznego horroru, czego dowodem ma być wydana właśnie w Polsce jego powieść Zgroza w Innswich, nawiązująca do klasycznych Zgrozy w Dunwich i Widma nad Innsmouth H.P. Lovecrafta. Wcześniej byłem pewien, że kupię tę książkę, jak tylko wyjdzie. Teraz moja pewność w tym temacie wyraźnie zmalała.

Domyślam się, że te opowiadania mogą bez problemu trafić do ludzi mniej wymagających, którym do pełni szczęścia wystarczy odpowiednia ilość makabry i seksu, wstrząśniętych i zmieszanych  z jakimiś szokującymi dodatkami. Jasne, na wszystko znajdzie się klient. I choć jedno i drugie w horrorze nigdy mi nie przeszkadzało, to jednak wymagam czegoś więcej. Przede wszystkim brak mi w tych tekstach klimatu i nastroju. Nie potrafię też wskazać czegoś, co byłoby jakimś charakterystycznym wspólnym mianownikiem dla jego stylu. Ot, takie tam porno gore. Dlatego też, jeśli nie gustujecie w takich atrakcjach, to bliższy kontakt z Wypuść mnie, proszę… możecie sobie odpuścić.

Krzysztof Wojdyło

Krzysztof Wojdyło, Ręka, noga, mózg na ścianie, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

Reklamy