Ksenia Olkusz – Chaos i porządek

Recenzja filmu: Transformers: Ostatni rycerz [Transformers: The Last Knight], reż. Michael Bay, USA: Paramount Pictures 2017.

Czy ktokolwiek spodziewał się, że Transformers: Ostatni rycerz będzie filmem różniącym się od poprzednich? Czy ktokolwiek sądził, że z narracji o Autobotach i ich interakcjach z ludźmi uczynić można dramat o ciężkości duńskich seriali kryminalnych? Mam szczerą nadzieję, że nie, bo produkcja – podporządkowana od samego początku określonym regułom estetycznym – jest czystą rozrywką wizualną, okraszoną niekiedy zgrabnymi, pełnymi humoru dialogami. Nie bardzo pojmuję, czemu recenzenci tak bardzo się na ten film irytują, ciskając gromy i klątwy na wykonawców i producentów, skoro nie można od kina, które od samego początku funkcjonuje w obszarze fantastyki wysnutej z dziecięcej miłości do transformujących się pojazdów, wymagać, by było tym, czym być nie może.

A nie może być on filmem pokazującym psychologiczną głębię bohaterów, dokonywać wnikliwej introspekcji ich związków z Autobotami czy innymi ludźmi. Jak ma to zrobić, skoro czasu musi wystarczyć na wybuchy, króla Artura, smoka, Excalibur, Marka Wahlberga niańczącego niesforne maszyny, Anthony’ego Hopkinsa z trudem usiłującego nie kwiczeć z radości, jaką fajną dostał rolę, czy Stanleya Tucciego, mającego swoje dziesięć sekund, podczas których ustawia calutki dyskurs produkcji? A to i tak nie są wszystkie rzeczy, zdarzenia i osoby, które trzeba wymienić. Zatem, nie, Transformers to zawsze jest osobna kategoria, której specyfikę pojmują (z reguły, nie liczę tragicznych wyjątków) grający w niej aktorzy, wielu widzów, ale osobliwie niewielu recenzentów i krytyków.

Oczywiście Transformers: Ostatni rycerz nie jest filmem bez usterek. Przede wszystkim od samego początku (w którym ogromną role odgrywa fantastycznie pokazana bitwa z 484 roku) panuje ogromny chaos, który potem wprawdzie zostaje uporządkowany, ale wielką wadą jest mnogość postaci i próba połączenia ich wątków w jeden. Oglądający film wraz ze mną naczelny „Creatio Fantastica” w pewnym momencie spojrzał na mnie z lekkim niepokojem i spytał „co tu się dzieje?!”, a ja, zgodnie z prawdą, odparłam: „wszystko!”. I nie skłamałam. Bo z jednej strony mamy tu kontynuację losów niejakiego Cade’a Yaegera (Wahlberg) znanego z poprzedniej części i jakieś generyczne migawki z Joshem Duhamelem w roli pułkownika Lennoxa (co do którego trudno orzec, po jakiej opowiada się stronie), a z drugiej Anthony’ego Hopkinsa, który wreszcie zdołał sobie przypomnieć, jak się gra z werwą, i z kurwikami w oczach prezentował się jako cudownie szurnięty brytyjski arystokrata, znający wszelako odpowiedzi na wiele pytań. Arystokracie owemu służy zresztą totalnie niestabilny psychicznie (jaki pan, taki kram), choć nader wierny cyborg, a w przepięknym zamku mieszka Autobot z demencją starczą. Wprowadzona zostaje też postać pięęęęknej pani archeo… oj, przepraszam, to w Mumii było… No więc pięknej pani naukowiec (w tej roli koszmarna Laura Haddock), której wiek nie licuje z osiągnięciami (doktorat honoris causa na Oxfordzie raczej nie byłby możliwy, bo naukowiec z niej żaden, choć widzom usiłuje się to wmówić prezentując bohaterkę podczas wykładu z obowiązkowymi okularami na nosie, co, jak wiemy, wydatnie podnosi IQ). Zupełnie zbędnie wprowadzono też postać nastolatki-znajdy (gra ją Isabela Moner), która – choć dziewczyna aktorsko prześciga Haddock – jest fabularnie zbędna.

À propos fabuły, to mniej więcej w jednej trzeciej filmu sprawy rozjaśniają się na tyle, by zorientować się, że Ziemi grozi zagłada z ręki bogini Quintessy (cudowna Gemma Chan, okularów nie stwierdzono, a IQ owszem), która pragnie odbudować Cybertron, używając do tego oczywiście naszej planety. I to wreszcie tłumaczy owo szczególne upodobanie transformersów do pojawiania się akurat na Ziemi. Tak czy owak, zadaniem bohaterów staje się oczywiście ocalenie świata, a trudności, jakie przy tym napotykają, są tyleż chaotycznie wygenerowane, co urokliwie pokazane (rym zamierzony).

Wizualnie film jest naprawdę piękny, a sceny poprzedzające finałową bitwę oszałamiają kreacyjnym rozmachem. Nie można się wprost napatrzeć na wymyślony przez twórców krajobraz, w którym i kolor i kształt grają ogromną rolę. Nic to, że właśnie oglądamy preludium do zagłady planety, bo jakiż śliczny to widok. O ile wizualnie, aktorsko, pod względem choreografii i dynamiki pokazywanych walk, a także zdecydowanie dowcipnych dialogów i humoru sytuacyjnego film spełnia swoje zadanie sprawiania satysfakcji, to pod względem muzycznym po prostu rozczarowuje. Kompozycje Steve’a Jablonsky’ego, pozbawione wsparcia ostrzejszych rytmów w wykonaniu choćby Linkin Park (wiernego towarzysza serii), są miałkie, nie pełnią nawet funkcji ilustracyjnej, bo plumkanie niezidentyfikowanej sekcji instrumentalnej trudno uznać za jakiekolwiek estetyczne wsparcie dla takiego filmu. Raczej wyparcie, bo usiłowałam nie psuć sobie przyjemności oglądania dziamdziającymi w tle dźwiękami.

Nie wyszłam jednak z kina w rozczarowaniu. Wyszłam rozentuzjazmowana, ciesząc się, że znam i akceptuję konwencję, w jakiej konsekwentnie realizowane są kolejne części Transformers. Oczywiście jestem zachwycona nieobecnością pewnych wcześniejszych członków obsady i wciąż tęsknię za Megan Fox (castingowcy chyba też, wystarczy wygooglać fotkę Laury Haddock), ale Transformers: Ostatni rycerz to jest właśnie to, na co czeka każdy widz lubujący się Autobotach i mający w nosie całą resztę problemów.

Ksenia Olkusz

Ksenia Olkusz, Chaos i porządek, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

 

 

Reklamy