Maciej Tomczak – Długie spotkanie trzeciego stopnia albo (nie tak znowu) długie pożegnanie

251932Recenzja książki: Terry Pratchett, Stephen Baxter, Długi kosmos [The Long Cosmos], przekł. Piotr W. Cholewa, Warszawa: Prószyński i S-ka 2017, ISBN: 978-83-8097-139-4, ss. 400.

Najpierw odkryto Długą Ziemię – nieskończone multiplikacje trzeciej planety od słońca. W 2030 roku na ich zbadanie wyruszyli obdarzony wrodzoną umiejętnością kroczenia między Ziemiami Joshua Valenté oraz Lobsang, syntetyczne ciało skrywające reinkarnację tybetańskiego mechanika motocyklowego. W 2040 ludzkość stanęła w obliczu Długiej Wojny, bowiem kolonizacja i przeobrażenia życia społecznego, a także odkrycia nowych rozumnych istot, nie zostały zaakceptowane przez część tradycyjnych organizacji państwowych. W 2045 okazało się, że istnieje również Długi Mars. A potem, w roku 2052, kiedy wszystko wydawało się zmierzać wreszcie ku Długiej Utopii, za sprawą jednego specyficznego Długiego Globu objawiło się nietypowe zagrożenie dla istnienia życia. I wreszcie, po wielu perypetiach i latach, w roku 2070, nadszedł czas na Długi Kosmos.

Najpierw główny protagonista, dobiegający siedemdziesiątki Joshua Valenté, jeszcze raz samotnie wyrusza w podróż przez Długą Ziemię. W tym samym czasie Nelson Azikiwe, emerytowany duchowny, za sprawą Lobsanga odkrywa, że – nieco wbrew sobie – doczekał się potomków. Z kolei do pozostałych ludzi i innych rozumnych mieszkańców Długich Planet dociera tajemnicza wiadomość od obcej cywilizacji. Wyzwanie podejmują Następni – wyróżniający się inteligencją, opanowaniem i racjonalnością nowy gatunek Homo. Pod kierunkiem Roberty Golding mobilizują inteligentne społeczeństwa do wspólnej wytężonej pracy i odpowiedzi na wezwanie. Bezpieczeństwo zapewnia im admirał Maggie Kauffman. Chociaż bohaterów dzieli odległość liczona w milionach światów, ich losy okażą się znowu nierozerwalnie związane ze sobą.

Długi Kosmos wieńczy cykl duetu Stephen Baxter i Terry Pratchett. Książka, choć stanowi zamknięcie pięcioksięgu, może być przyjemną lekturą dla czytelnika, który nie zna wcześniejszych części. Autorzy w kilku pierwszych rozdziałach przedstawiają kluczowe osoby, przypominają najważniejsze wydarzenia z poprzednich tomów, a także opisują dotychczasowy rozwój rzeczywistości Długiej Ziemi. Na łamach powieści przywołane zostają również niemal wszystkie postacie pojawiające się serii – od policjantki Moniki Jansson po Sally Linsay. W konsekwencji, nad fabułą Długiego Kosmosu unosi się nieco melancholijny nastrój stopniowego pożegnania, a nawet przemijania. Jest to spowodowane nie tylko podeszłym wiekiem bohaterów i podkreśleniem znaczenia międzypokoleniowych relacji – Joshui Valenté i jego syna Daniela Rodneya czy Nelson Azikiwe i jego wnuka Troya – lecz także świadomością, że jest to ostatni utwór współtworzony przez Terry’ego Pratchetta.

Seria Długa Ziemia oscylowała od gatunku powieści awanturniczo-przygodowej ku fantastyce zaangażowanej społecznie. Przy czym, mimo że wątki technologiczne odgrywały dość istotną rolę w toczącej historii, Baxter i Pratchett nigdy nie zbliżyli się do typowej twardej fantastyki naukowej, skupionej jedynie na teoretycznym wymiarze. Długi Kosmos powiela ten schemat, powtarzając popełnione przez autorów błędy, ale też i uwypuklając jego zalety. Niestety, wydaje się, że tych pierwszych jest ponownie nieco więcej niż drugich.

Najpoważniejszą wadą książki jest swoiste zagmatwanie treści, i to pomimo występowania wyłącznie trzech głównych wątków fabularnych – pechowej wędrówki Joshui Valenté, nieco marginalnie potraktowanego spotkania Nelsona Azikiwe z wnukiem oraz wiodącego nawiązania przez mieszkańców Długiej Ziem kontaktu z domniemanymi przedstawicielami kosmitów. Wrażenie chaosu wywołuje tym razem nie sama tocząca się opowieść – jak miało to miejsce na przykład w Długiej Wojnie – lecz niepotrzebne nagromadzenie występujących w niej bohaterów, zajmujących raz pierwszoplanowe, a raz drugoplanowe miejsce w powieści. W związku z tym część osób najpierw zajmuje ważne miejsce w fabule, by później zupełnie z niej zniknąć. Trudno też znaleźć usprawiedliwienie dla wprowadzania nowych postaci, bez których szczegółowego opisu utwór nic nie straciłby (a raczej zyskał) na swej jakości.

Natomiast najwyraźniej nazbyt nostalgiczny klimat Długiego Kosmosu autorzy chcieli niejako zrównoważyć optymistycznym wydźwiękiem przygód poszczególnych protagonistów. Dlatego bohaterowie wychodzą przysłowiową obronną ręką nawet z najgorszych opresji, co jest niekiedy zabiegiem nieco karkołomnym. Nie chodzi o to, by powieść przygodowa przeobraziła się w dramat, lecz o zachowanie przynajmniej pewnej dawki realności i prawdopodobieństwa. Jeśli nic nie wynika z rozgrywających się wydarzeń – ponieważ nie przynoszą żadnych skutków czy przeobrażeń u postaci – można było ich uniknąć lub przedstawić w inny sposób.

I wreszcie Stephen Baxter i Terry Pratchett pozostawili niektóre wątki w tym ten najważniejszy, bez satysfakcjonującej odpowiedzi. Podobnie jak w przypadku poprzedzających tomów, część kwestii nie zostaje rozwinięta, a inne są bezpardonowo zepchnięte na dalszy plan. Jest to o tyle zaskakujące, że Długi Kosmos jest ostatnią częścią serii, zatem zrozumiałą sprawą było oczekiwanie zamknięcia przynajmniej przewodnich wątków Długiej Ziemi; również tych, które pojawiły się przedtem.

Jednak nadal Długi Kosmos to fascynująca lektura, opierająca się na intrygującym pomyśle wywodzącym się z niewielkiej noweli Terry’ego Prachetta Wysokie Megi, napisanej w latach 80. XX wieku. Koncepcja równoległych światów, choć mocno wyeksploatowana w literaturze, znalazła oryginalne rozwinięcie w cyklu napisanym razem ze Stephenem Baxterem. I nie chodzi bynajmniej tylko o samą wędrówkę najpierw między planetami, a teraz galaktykami, lecz zwłaszcza o wykreowane światy, z ich niepowtarzalnym ekosystemem oraz istotami, zwanymi Trollami, Beagle’ami czy trawerserami. Można też narzekać na niepotrzebne namnożenie postaci, lecz trzeba przyznać, że pisarze w niemal kilku zdaniach potrafią nimi zainteresować odbiorcę. Niepozbawiona pewnych uproszczeń czy logicznych wątpliwości historia okazuje się ostatecznie wciągającą przygodą, skutecznie maskującą wskazane niedociągnięcia czy mankamenty.

Potraktowany jako indywidualna narracja Długi Kosmos jest udaną powieścią. Nieco gorzej wypada jako zwieńczenie cyklu. Ale bez wątpienia wielu utytułowanych pisarzy i znacznie większa grupa pretendentów do literackiego światka chciałaby móc pochwalić się takim dziełem, jakie wspólnie stworzyli Stephen Baxter i Terry Pratchett.

Maciej Tomczak

Maciej Tomczak, Długie spotkanie trzeciego stopnia albo (nie tak znowu) długie pożegnanie, „Creatio Fantastica” nr 2 (57).

Reklamy