Agnieszka Bukowczan-Rzeszut – Z kamerą wśród upiorów

bnu8bee9h3jf15xoazr48h3hpupRecenzja serialu: American Horror Story: Roanoke, USA: FX 2016.

Na temat motywu przewodniego szóstego sezonu serialu American Horror Story plotkowano i spekulowano na wiele miesięcy przed premierą, dokładnie tak, jak zaplanował Ryan Murphy. Pojawiały się doniesienia i teasery, które miały zmylić widzów, aż wreszcie jedna z pogłosek okazała się być prawdziwa. Dwa miesiące przed premierą wyciekły zdjęcia z planu, na podstawie których fani wywnioskowali, że twórcy szóstego sezonu postanowią się zmierzyć z tajemnicą zaginionej kolonii Roanoke. Czemu wybrali właśnie ten temat?[1].

Początki osadnictwa w Nowym Świecie nie były usłane różami, a Anglicy wyraźnie nie mieli w tym szczęścia. Gdy pod koniec XVI wieku udało im się wreszcie założyć osadę na wybrzeżu Karoliny Północnej, po trzech latach w ruinach hulał wiatr. Spekulacje na temat tego, co właściwie spotkało ponad setkę osadników z Roanoke, nie mają końca. Gdy gubernator John White odpływał do Anglii, by zapewnić głodującym kolonistom nowe dostawy, nakazał w przypadku przeniesienia osady wyryć na drzewie jej nową lokalizację, a w razie niebezpieczeństwa także symbol krzyża maltańskiego. Wypłynął pod koniec sierpnia 1587 roku i przez kolejne dwa lata nie miał możliwości powrotu ze względu na narastający konflikt Anglii z Hiszpanią oraz zakaz wypraw morskich do Ameryki, wydany przez królową Elżbietę Tudor. Gdy latem 1590 roku statki „Hopewell” i „Moonlight” dotarły do wybrzeży Nowego Świata, fort okazał się opustoszały. Na drzewie wycięto  litery „CRO”, a na palisadzie: „CROATOAN”, ale nigdzie nie było śladu krzyża maltańskiego. W 1603 roku Sir Walter Raleigh wysłał kolejne dwa statki na poszukiwanie zaginionych kolonistów, ale misja skończyła się niepowodzeniem. Nigdy nie poznano odpowiedzi na pytanie, co ich właściwie spotkało.

Jakie teorie snują dziś na ten temat historycy? Jest ich wiele, a każda równie wiarygodna. Anglicy nagrabili sobie poważnie u miejscowych rdzennych plemion, więc mogło być tak, że w końcu dostali za swoje. Równie prawdopodobna jest wersja o tym, że głód zmusił kolonistów do przeprowadzki. Część badaczy jest zdania, że przynajmniej część osadników przeżyła i zasymilowała się z miejscowym plemieniem Chesapeake, wybitym kilka lat później przez słynnego wodza Paspegów i ojca Pokahontas, który później się tym przechwalał. Ryan Murphy i Brad Falchuk proponują jednak inną teorię, utrzymaną w duchu gatunku. Osadnicy nie odeszli ani nie pomarli z głodu, spotkał ich znacznie bardziej makabryczny koniec.

Szósty sezon American Horror Story różni się od poprzednich przede wszystkim formą prezentacji. Widz ogląda dwuczęściowy mockument: My Roanoke Nightmare oraz Return to Roanoke: Three Days in Hell. Pierwsza część poświęcona jest perypetiom Matta i Shelby Millerów (Lili Rabe/Sarah Paulson i André Holland/Cuba Gooding Jr.) oraz siostry Matta, Lee (Adina Porter/Angela Bassett). Pierwsza grupa aktorów odgrywa prawdziwe postaci, opowiadając przed kamerami o swoich przeżyciach, zaś druga odtwarza ich relację. W drugiej części zarówno „prawdziwi” bohaterowie, jak i wcielający się w nich na potrzeby dokumentu aktorzy, powracają do feralnego domu, by pod okiem działających przez całą dobę kamer zmierzyć się z tragicznymi doświadczeniami z domu w Roanoke.

„Nawiedzony dom? Przecież to już było, w pierwszym sezonie!” – zdziwi się każdy fan serialu. Czy faktycznie twórcy ograniczyli się do przetworzenia oklepanego pomysłu? Nie do końca. Roanoke to zupełnie nowy format, pozbawione przerysowanej elegancji i wymuskanych wnętrz plany (o których pisałam w zbiorczej recenzji pierwszych czterech sezonów[2], a którym w całości poddał się sezon piąty, Hotel), przytłaczająco ponura atmosfera amerykańskiego Południa. Pojawia się jednak pytanie, czy twórcy proponują cokolwiek nowego, jakieś nowatorskie spojrzenie w ramach gatunku mockumentu. Owszem, o ile odwrócimy nieco oczekiwania i skupimy się nie na tym, co sezon widzowi zapewnia, lecz na tym, czego odmawia.

Poprzez nietypowy format mockumentu, sytuujący się gdzieś pośrodku produkcji dokumentalnych typu true crime i kultowym The Blair Witch Project, Roanoke po prostu się „staje”. Brak tutaj słynnej czołówki, motywu muzycznego czy solidnego wprowadzenia. Widz zostaje nagle rzucony w oszczędną (także w warstwie wizualnej) i dość banalną opowieść o młodej parze po tragicznych przejściach, która postanawia przeprowadzić się z wielkiego miasta na spokojną prowincję, by zacząć wszystko od nowa. Kupują stary dom, który okazuje się być epicentrum nadprzyrodzonych zjawisk, dręczących samotną, wrażliwą, modelową „ofiarę idealną” – Shelby.

Szósty sezon nie posiada również konsekwentnie prowadzonej narracji. Fabuła zostaje podzielona na akty, rozdzielone logo i tytułem fikcyjnego reality show. Historię widz poznaje poprzez emocje i napięcia między trójką głównych bohaterów, których wzajemne relacje przechodzą kryzysy lub cementują się na naszych oczach. I choć każdy dotychczasowy sezon American Horror Story cechował się mocnym wejściem i akcją nabierającą tempa już w pierwszych odcinkach, to tym razem, dla odmiany, rozpędzony pociąg nie wypadł z torów. Być może udało się tego uniknąć dzięki umiejętnie budowanej atmosferze niepewności i zaskoczenia poprzez zastosowanie nowego formatu i odejście od kampowej stylistyki. Bohaterowie przed kamerami relacjonują na bieżąco wydarzenia, które stają się ich udziałem. Dzięki temu głodny wrażeń widz w ciągłym napięciu towarzyszy im w wędrówkach po przerażającym domu, mrocznym lesie czy podziemnych tunelach, próbując na podstawie szczątkowych tropów rozwikłać zagadkę. W przeciwieństwie do kipiącego blichtrem i wizualną rozpustą sezonu poprzedniego, Roanoke stanowi urzeczywistnienie nowej wizji tego, czym może być amerykański horror: prostą, lecz nie mniej straszną opowieścią, historią powtarzaną przy ognisku, starą legendą opowiedzianą na nowo.

Sezon szósty stanowi efekt udanej zabawy konwencją. W poprzednich sezonach twórcy opierali się na metodzie narracji bezpośredniej. W Roanoke po pierwszych czterech odcinkach rezygnują z niej wraz z nieoczekiwanym zwrotem akcji, gdy My Roanoke Nightmare ustępuje miejsca pięciu epizodom zmontowanym z materiałów found footage. Finał zostaje całkowicie poświęcony postaci Lee, która zostaje zaproszona do talk show. W pierwszych odcinkach widz ogląda aktorów odtwarzających wydarzenia, toteż nie robią na nim wrażenia sceny morderstw i tortur, lecz gdy w nawiedzonym domu znajdują się „prawdziwi” ludzie – zarówno bohaterowie, jak i przypadkowe osoby w rodzaju młodych łowców duchów, zmienia się nasza optyka. A gdy protagoniści, do których zdążyliśmy się już trochę przywiązać, popadają w szaleństwo i morderczy szał, zdajemy sobie sprawę, że coś nam odebrano.

Tak jak poprzednie pięć, również szósty sezon zawiera nawiązania do serii. Historia Shelby i Matta kojarzy się z nawiedzonym domem z części pierwszej, gdzie zresztą pojawia się nawet wzmianka o zaklęciu odpędzającym „Croatoan”, a także legenda miejska o rzeźniku-mordercy z głową świni. W ponurej wiejskiej rezydencji czai się jednak tyle pełnych nienawiści zjaw i stworów, że bledną przy niej dom Harmonów czy hotel z sezonu piątego. Poprzez postać Edwarda Motta sezon szósty łączy się z czwartym, poprzez postać kapłanki – z trzecim, zaś dzięki odgrywanej przez Sarah Paulson Lanie Winters z drugim. Rzeźnik z głową świni jest tu odpowiednikiem Demona, Infantaty czy klauna Twisty’ego z poprzednich sezonów.

Po sześciu sezonach American Horror Story okopał się bezpiecznie w swojej niszy, oferując unikalną rozrywkę, będącą równocześnie krwawym i brutalnym koszmarem oraz jego przejaskrawioną, parodystyczną inwersją. Widzowie mieli już okazję zwiedzić nawiedzony dom zbrodni, ponury szpital psychiatryczny, współczesną szkołę dla czarownic, cyrkowy namiot pełen dziwadeł czy krwawy hotel. Przyszła pora na zupełnie inną rozprawę z amerykańską historią i zupełnie inne ujęcie opowieści o ludziach, którzy nie potrafią odnaleźć swojego miejsca w „amerykańskim śnie”. Niektóre elementy serii, a szczególnie opowiadane w niej historie, pozostały cechą charakterystyczną i wyróżniającą. Każdy sezon posiada wyraźne motywy, jak zdrada czy uzależnienie, w sezonie szóstym jest nim skontrastowanie świata rzeczywistego ze światem mediów, który zmienia człowieka, choć potwora może uczynić tylko z kogoś, kto posiada do tego odpowiednie predyspozycje. Format mockumentu chyba najwyraźniej pokazuje, że potwór może tkwić w każdym z nas, a twórcy otwierają w ten sposób zupełnie nowy rozdział „amerykańskiego horroru”. Być może dopiero właśnie teraz naprawdę pokazali, na czym ów horror polega.

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, Z kamerą wśród upiorów, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

[1] Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, Tajemnica zaginionej kolonii Roanoke, „Tudorowie” nr 1/2016, ss. 71-75.

[2] Agnieszka  Bukowczan-Rzeszut, Amerykański horror w czterech aktach, „Creatio Fantastica” nr 1 (48) 2015, online: https://creatiofantastica.files.wordpress.com/2015/03/recf-agnieszka-bukowczan-rzeszut-amerykac584ski-horror-w-czterech-aktach.pdf

Reklamy