Krzysztof M. Maj – To nie jest świat dla arachnofobów

dd0rdoywsaes1dyRecenzja książki: Adrian Tchaikovsky, Dzieci czasu [Children of Time], przekł. Jarosław Rybski, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2017, ISBN: 978-83-8062-182-4, ss. 568.

Śmiało można powiedzieć, że Adrian Tchaikovsky w sadze Cienie pojętnych wytyczył kolejną z dróg, jaką może podążać postmodernistyczne fantasy – niejednoznaczne gatunkowo, hybrydyczne i dziwaczne w tym sensie, jaki tkwi w terminie „New Weird”. Nieprzypadkowo wielu zagranicznych recenzentów przywołuje Cienie także w kontekście Dzieci czasu – nie tylko łączy je z sagą wyraźne powinowactwo entomologiczne (i w jednym, i w drugim wypadku bohaterami powieści są istoty owadopodobne), ale i nowatorstwo koncepcyjne, wyrażające się w odważnym wprowadzaniu perspektywy nieantropocentrycznej. Fantastyka, zwłaszcza ta skrojona pod uśrednione gusta, bardzo często wyczerpuje się w zakresie refleksji nad obcym w uspokajającej antynomii ludzkiego dobra i pozaludzkiego zła – i trzeba było dopiero Orsona Scotta Carda, by ten zbinaryzowany dyskurs wzbogacić o pojęcie ksenocydu. Fantastyka Tchaikovsky’ego jest w tym sensie „post-Cardowska” – wyciąga bowiem etyczne wnioski z jego postulatów filozoficznych i pokazuje, jaką moralną lekcję może dać tak fantasy, jak i hard SF zadufanemu w nowoczesnych technologiach i coraz bardziej oddalającemu się od spraw podstawowych człowiekowi.

Dzieci czasu Tchaikovsky’ego rozpisane są na trzy głosy narracyjne. Jeden z nich, najnaturalniejszy dla gatunku, oddany jest astronautce i naukowiec, doktor Avranie Kern, nadzorującej wieńczącą projekt terraformacji misję „wyniesienia” stada małp w skomplikowanym procesie nanowirusowo wspomaganej i znacząco przyspieszonej ewolucji. Głos ten cichnie w miarę postępu narracji, by odezwać się w jej finałowych partiach – i ustępuje dwóm dominującym. Pierwszy z nich, najbardziej fascynujący, najtrudniejszy w lekturze, jednak bez wątpienia najsilniej przemawiający na rzecz artyzmu powieści, realizuje to, co dzisiejsza narratologia nazywa narracją nienaturalną (unnatural narrative)[1] – w dużym skrócie bowiem porzuca antropocentryczną (i antropomorficzną) perspektywę poznawczą, oddając narracyjny głos i spojrzenie Portii, pajęczakowi na terraformowanej przez Imperium Ziemskie planecie. W ten oto sposób znajomy świat – ostatecznie mówimy o planecie terraformowanej – postrzegany jest z krańcowo obcej dla człowieka perspektywy, ba, perspektywy budzącej przecież u wielu atawistyczny lęk[2] i stawiającej wyzwania wobec diametralnie innego sposobu postrzegania świata (raczej dotykowo-węchowego aniżeli wzrokowo-słuchowego). Tchaikovsky, jako entuzjasta entomologii, ma tu ogromne pole do popisu i zgrabnie je zagospodarowuje, uwiarygadniając narrację wyborem gatunku portia labiata z rodziny salticidae, po polsku Hoffmanowsko nazywanej skakunami dla ich niezwykłej zdolności do rzucania się na ofiarę z wyskoku oraz znaczącej, jak na tak niewielki organizm, inteligencji. Proces wywyższenia i przyspieszonej ewolucji, owocującej zdolnością samoidentyfikacji posuwającą się w pewnym momencie nawet do wyizolowania zaszczepionego przypadkiem pająkom (a przeznaczonego pierwotnie dla małp) retrowirusa, osłabia oczywiście z czasem „nienaturalność” narracji, jednak nigdy w stopniu, który wprowadziłby perspektywę antropocentryczną. W Dzieciach czasu dominuje wyłącznie optyka pajęcza i to po stronie pająków instynktownie zaczyna opowiadać się czytelnik, pomimo nawet wprowadzenia w trzecim głosie narracyjnym bohaterów ze statku-arka Gilgamesz, ocalałych po apokalipsie na Ziemi i miotających się w kosmosie między chronioną przez bojowego satelitę planetą pajęczaków a pozostałościami po wymarłych koloniach Imperium. Taka jest też, jak się wydaje, intencja Tchaikovsky’ego: pokazanie ludzi w najbardziej szczytowym i jednocześnie najżałośniejszym momencie rozwoju cywilizacyjnego, w którym pomimo dysponowania możliwością podróży międzygwiezdnych zdradzają oni najgorsze instynkty i żądzę władzy sprzeczną nawet z instynktem przetrwania.

Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że Dzieci czasu opierają się na tanim chwycie odwrotnej inżynierii psychologicznej i że oto zwierzęta uczą tu na Ezopową modłę ludzi podstaw moralności i etyki. Tchaikovsky pozwala tu raczej wybrzmieć charakterystycznemu dla hard SFimpulsowi utopijnemu, by pokazać, że nawet najbardziej fundamentalne różnice biologiczne nie muszą stać na przeszkodzie harmonijnej koegzystencji na skali planetarnej i pokojowej współpracy na płaszczyźnie lokalnej: rodzinnej, miejskiej i społecznej. W ten sposób Dzieci czasu stają się piękną i dojrzałą ekotopią, po trosze narracją postapokaliptyczną, a po trosze klasyczną science fiction, którą charakteryzowały może nie wojny robotów, strzały z turboblasterów i akustyczne wybuchy w próżni, a przemyślana fikcja spekulatywna, która w najbardziej nawet pozaziemską estetykę ubierała mądrą narrację o ziemskiej doczesności.

Krzysztof M. Maj

Krzysztof M. Maj, To nie jest świat dla arachnofobów, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

[1] Więcej na temat narracji nienaturalnych można przeczytać w haśle wiodącego znawcy zagadnienia, Jana Albera, w Living Handbook of Narratology: http://www.lhn.uni-hamburg.de/article/unnatural-narrative

[2] Nie wyjąwszy piszącego te słowa, u którego arachnofobia jest tak silna, by trudno mu było powstrzymać się od opuszczania partii poświęconych Szelobie we Władcy pierścieni, Aragogowi w Harrym Potterze, a nawet od wylogowywania się z tych rozgrywek w Diablo 3, które rozpoczynały się w pajęczej instancji Caverns of Araneae.

Reklamy