Mateusz Hupert – Neonowy amok

Recenzja gry: Furi, Game Bakers: 2016.

Jednym z najbardziej utartych, a jednocześnie rozpoznawalnych motywów pojawiających się w grach wideo od ich zarania jest walka z bossem. Ta zwykle stanowi zarazem punkt kulminacyjny w fabule gry, sprawdzian dotychczas nabytych przez gracza umiejętności, a także oryginalne wyzwanie samo w sobie. To właśnie starcie z „większym złem” niejednokrotnie najgłębiej zapada w pamięć i najmocniej kojarzy się z daną pozycją, sprowadzając resztę rozgrywki ledwie do roli preludium do tego jednego, kluczowego momentu. No dobrze – skoro boss fight jest najbardziej ekscytującą częścią zabawy, jak wyglądałaby gra, w której… przeciwnikami są wyłącznie bossowie? Taka myśl wydawała się przyświecać studiu Game Bakers, gdy zapowiedziało swoją najnowszą produkcję – mowa o Furi, być może najmniej docenionej grze niezależnej 2016 roku.

Historia opowiadana w Furi odmierzana jest graczowi małymi porcjami. Główny bohater, bezimienny białowłosy samuraj w neonowej zbroi, podejmuje próbę ucieczki z niezwykłego więzienia – składającego się z wielu pięter, z których każde tworzy coś na podobieństwo osobnego świata. Nie dowiadujemy się, jak znaleźliśmy się w twierdzy ani jakie straszliwe zbrodnie dokonane naszymi rękami inspirują sadystycznego oprawcę o trzech demonicznych twarzach do zabijania nas raz za razem – a przynajmniej nie od razu. Jak podpowiada nasz przewodnik i sprawca naszego uwolnienia, nieznajomy w puchatej masce różowego królika, dużo większej niż jego głowa, opuścić więzienie można tylko i wyłącznie pokonując każdego ze stróżów, jednego po drugim. Szybko jednak staje się jasne, że z pozoru nieskomplikowana sytuacja ma drugie dno. Im bliżej wolności, tym mniej nasi oprawcy przypominają psychotycznych, opanowanych żądzą zadawania bólu morderców, a bardziej po prostu ludzkie istoty, mające bliskich, których chcą obronić, i ideały, za które oddadzą życie. Z każdym kolejnym przebytym światem zaczyna docierać do nas, że różowy królik nie mówi całej prawdy

Furi czerpie garściami z tytułów takich jak Metal Gear Solid czy Godhand, a także gier z gatunku bullet hell – to zręcznościowa strzelanko-bijatyka, w której sekwencje błyskawicznej wymiany ciosów przeplatają się z unikaniem kolosalnych salw. Do dyspozycji gracza oddano skąpy wachlarz ruchów – atak wręcz, strzał, unik, blok. Jest ich tylko tyle, by obsadzić nimi przeciętnego gamepada – za jego pomocą najwygodniej gra się w Furi – niczego więcej jednak nie potrzeba. Gra sprowadza się do schematu „rozpoznaj zagrożenie – reaguj – ukarz”, a najwięcej frajdy sprawia odkrycie, które z posiadanych przez nas narzędzi działają najlepiej na danego przeciwnika… w danym momencie starcia.

Te zaś są długie i wieloetapowe – strażnicy posiadają po kilka pasków żywotności, a wyzerowanie każdego z nich uruchamia kolejną sekwencję, w czasie której posługują się oni coraz bardziej wymyślnymi i widowiskowymi zagrywkami. Bohater gracza ma trzy życia – utrata jednego z nich powoduje, że dany etap walki rozpoczyna się od początku. Za każdą wygraną rundę gracz zostaje nagrodzony jedną z utraconych szans – nawet zbierając cięgi, jesteśmy w stanie się podnieść, zamiast być skazanymi na przechodzenie całego starcia z jednym tylko życiem. To dodaje potyczkom dramatyzmu – i sprawia, że pokonanie każdego z oprawców staje się doznaniem szczególnie satysfakcjonującym. Pomyliłby się jednak ten, kto uznałby Furi za grę łatwą. Wręcz przeciwnie, żaden z różnorodnych adwersarzy nie wybacza błędów…

Parę słów trzeba powiedzieć o oprawie audiowizualnej. Ta jest przepyszna – neonowa estetyka potęguje surrealistyczny klimat całości, design postaci sprawia, że każdy z bohaterów tej opowieści na swój sposób zapada w pamięć, oszałamiają widoczne w tle cut-scenek fantastyczne krajobrazy. Kapitalnym dopełnieniem okazuje się ścieżka dźwiękowa, za której wykonanie wzięły się takie sławy synthwave’u, jak Carpenter Brut, The Toxic Avenger czy Lorn. Każdy z bossów ma swój własny temat, którego tempo dopasowuje się do przebiegu starcia, budując właściwy nastrój i potęgując wrażenia. Nie sposób wskazać tu choć jeden niepasujący element – wszystko idealnie ze sobą współgra, tworząc razem coś jedynego w swoim rodzaju.

Furi pojawiła się w kiepskim dla siebie czasie, przemykając niezauważenie w cieniu gigantów rynku, zaś niepochlebne recenzje dużych portali przypieczętowały jej los – chociaż zdecydowanie na to nie zasłużyła. Najnowsza produkcja Game Bakers jest grą po prostu niesamowitą, opowiadającą prostą historię w niebanalny sposób, dającą wyzwanie na poziomie i czarującą nieziemskim klimatem. Każdy z tych powodów wart jest tego, by bliżej ją poznać – do czego szczerze zachęcam.

Mateusz Hupert

Mateusz Hupert, Neonowy amok, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

Źródło ilustracji: materiały własne.

Reklamy