PATRONAT CF Alicja Podkalicka – Jeden za wszystkich

Recenzja książki: Brandon Sanderson, Legion [Legion & Legion: Skin Deep], przekł. Anna Studniarek, Warszawa: Wydawnictwo MAG 2017, ISBN: 978-83-7480-730-2, ss. 208.

Brandon Sanderson, dość dobrze znany już w środowisku fantastycznym i wymieniany jako jeden z popularniejszych autorów współczesnych, najczęściej skupia się w swoich książkach na tematyce raczej mało dotykającej współczesności. Jego światy alternatywne, w których technologia i nauka niewiele mają do powiedzenia, operują raczej innymi rodzajami sił napędowych. Sanderson jest bowiem znany przede wszystkim z tworzenia zawiłych, szczegółowo opisywanych systemów magii, z których najbardziej rozpoznawalna jest obecnie chyba allomancja – nabywanie różnorakich zdolności poprzez… połykanie i „spalanie” (proces mocno kojarzący się z trawieniem) metali. Ze zdolnością do władania magią trzeba się jednak urodzić… Nie inaczej jest, w większości przypadków, z chorobami psychicznymi. W Legionie autor obdarzył swojego bohatera darem, który ma zdecydowanie dwojaką naturę.

Stephen Leeds jest detektywem. Prywatnym, bo epokę pracy dla struktur państwowych ma już dawno za sobą – przynosiło to więcej problemów, niż było to warte, pomimo sporej opłacalności finansowej. Jego popularność jednak nie słabnie, zarówno wśród potencjalnych zleceniodawców, jak i wśród mediów, próbujących różnych sztuczek, żeby tylko móc uzyskać choć odrobinę informacji na temat tak kontrowersyjnej postaci. Przykładem może być pewien młody człowiek, który przybył do rezydencji Leedsa z propozycją zlecenia, które na milę pachniało oszustwem, choćby przez dyktafon, który chłopak ukrył w kieszeni… Albo list z pozornie zwykłą fotografią drzewa na klifie. W drzewie ze zdjęcia jeden z aspektów (bądź halucynacji – cechą charakterystyczną bohatera jest swoisty podział jaźni) Stephena rozpoznał jako Samotny Cyprys, znany ze swojej długowieczności. Jednak na fotografii jest nadal młodą rośliną, musiała być więc ona zrobiona w czasie, gdy aparatów fotograficznych po prostu jeszcze nie było. Oszustwo? Taka byłaby pierwsza myśl, okazuje się jednak, że niespodzianka z tajemniczej koperty jest jak najbardziej autentyczna.

Książka zawiera właściwie dwie opowieści, połączone oczywiście osobą bohatera: właściwy Legion i Legion: Pod skórą. Każda z nich zawiera historię jednego dochodzenia, reprezentującą właściwie ten sam schemat: Leeds dostaje propozycję, jest sceptyczny, aspekty udowadniają mu, że warto, następuje przyjęcie zlecenia, a potem oczywiście cała gama komplikacji. Nie jest to coś złego, niemniej jednak to dobrze, że całość zamknęła się tylko w dwóch nowelkach – czytelnik nie zdąży się tą schematycznością znudzić. Fabularnie Legion stoi o niebo wyżej od Idealnego Stanu – przedstawia historię w sposób o wiele bardziej konkretny, nie pozostawiający po sobie pytań i niedosytu. Zdecydowanie w większym stopniu zwraca uwagę osobą bohatera niż rozgrywającymi się wydarzeniami, nie sili się na konstrukcje, którym nie może sprostać.

O samym sobie bohater mówi bowiem tak: „Nazywam się Stephen Leeds i jestem całkowicie zdrowy na umyśle. Z kolei moje halucynacje są zupełnie szalone”. Trudno rozpatrywać tę postać w sposób odosobniony, jako że na jej charakter składa się całe stado innych „osób”, halucynacji, czy też, jak sam je nazywa, aspektów. Powstają one wówczas, gdy Stephen musi nauczyć się czegoś nowego – czyta wtedy odpowiednią książkę, ogląda film, a na kanapie obok materializuje się osoba, która ową umiejętność posiada. Jest, oczywiście, widoczna tylko dla Leedsa, który traktuje ją jak realną, przytrzymuje drzwi, by mogła przejść, w restauracji rezerwuje większą liczbę miejsc i zamawia wybrane przez nią danie… Dla postronnych detektyw pozostaje zagadką nie do pojęcia – i dla samego siebie trochę też. Na temat przypadłości, która sprawiła, że bohater dorobił się ponad czterdziestu już aspektów, pojawiło się w książce parę teorii, nie zostały jednak rozwinięte na tyle, by można było spróbować polemiki i głębszych rozważań – a szkoda!

Jeśli jednak potraktujemy aspekty jako osobnych bohaterów, nadal nie jest najgorzej. Autor nakreślił ich osobowości na tyle szczegółowo, acz nieprzesadnie, żeby dało się je polubić. Każdy z nich jest inny, wyróżnia się w sposób nie pozwalający na pomylenie go z pozostałymi: J.C. jest byłym członkiem Navy SEALS, świetnie strzela, ale i najbardziej ze wszystkich wypiera to, iż nie jest realną osobą; Tobias ma szeroką wiedzę z zakresu historii, ale jest schizofrenikiem; Audrey specjalizuje się w grafologii, a jej schorzenie to… nie, tego nie zdradzę. Każdy z nich posiada szczególną umiejętność i jakąś chorobę psychiczną. Na tle tego stada Leeds wydaje się całkowicie normalny – poza tym, że ma halucynacje! – co zresztą bardzo lubi podkreślać, niemniej jednak trudno nie zastanowić się, czy przypadłości aspektów nie mają czasem źródła w nim samym. W książce poruszono też temat granic, jakie stawiane są wymyślonym towarzyszom Leedsa oraz zaznaczono momenty, w których są one jednak przekraczane. Zapowiadałoby to poważne problemy, jeśli tylko pojawiłby się jakiś dalszy ciąg jego losów… A może się ukaże?

Z całą pewnością chętnie zapoznałabym się z dłuższą formą, w której głównym bohaterem byłby Stephen Leeds. Obie nowelki napisane zostały lekkim, pełnym ironicznego humoru językiem, bez przesadnego zagłębiania się w szczegóły świata przedstawionego (cóż, w końcu jakie czasy współczesne są, każdy widzi…), za to z pełnym skupieniem na bohaterze (bohaterach?): problemy w kontaktach z otoczeniem, zainteresowanie mediów i specjalistów, wpadki towarzyskie i swoista samotność detektywa, otoczonego przecież przez tak wielu nie do końca realnych ludzi – wszystko to zdecydowanie ma potencjał na dłuższą opowieść.

Alicja Podkalicka

Alicja Podkalicka, Jeden za wszystkich, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

Reklamy