Barbara Szymczak-Maciejczyk – Dziwny świat (czaro)dziejów

Recenzja książki: Susan Dennard, Wiatrodziej [Windwitch], przekł. Maciej Pawlak, Kraków: Sine Qua Non 2017, ISBN: 978-83-7924-809-4, ss. 397.

Nieczęsto pozwalam sobie na to, by nie zacząć cyklu od początku, lecz – na przykład – od jego drugiej części. Jednak to był właśnie taki przypadek, a mimo to w żadnym stopniu nie umniejszyło to przyjemności z lektury. Co więcej, pomimo mnogości bohaterów czy odwoływania się do zdarzeń z Prawdodziejki, Wiatrodziej Susan Dennard okazuje się po prostu dobrze napisaną książką, z odpowiednią dozą wyjaśnień i pięcioma różnymi perspektywami, dzięki którym w szybki sposób można uzupełnić brakujące informacje.

Już na samym początku w oko wpada staranne wydanie książki. Począwszy od świetnie wykonanej i zaprojektowanej okładki z wytłoczonym tytułem, poprzez odpowiednią redakcję (wychwyciłam tylko kilka literówek, co ostatnio stanowi rzadkość), aż po bardzo dobre tłumaczenie – każda wyżej wymieniona cecha Wiatrodzieja zasługuje na pochwałę. Z tego miejsca chcę napisać wprost: Sine Qua Non, dziękuję za najlepiej zrobioną książkę tego roku!

Świat, w którym osadzono fabułę Wiatrodzieja, jest podzielony na rozmaite krainy (królestwa, republiki, imperia i tak dalej), w których – krótko mówiąc – źle się dzieje. Czaroziemie rozrywają wojny, wycieńczają słabnące źródła magii oraz konflikty pomiędzy czarodziejami i zwalczającymi ich piekielnymi bardami.

Autorka wykorzystała dość prosty koncept: czarodzieje w dużej mierze posługują się magią związaną z żywiołami. I sam ten pomysł nie jest ani innowacyjny, ani przełomowy, lecz sposób, w jaki Dennard opisuje poszczególne zdolności, jak najbardziej zasługuje na uwagę. Przede wszystkim zainteresowanie wzbudzają już same nazwy poszczególnych rodzajów magii i posługujących się nimi ludzi. By nie być gołosłowną, wymienię choćby tytułowego wiatrodzieja – księcia Nubrevny Merika, jego siostrę – wododziejkę Vivię, krwiodzieja Aeduana, prawdodziejkę Safi czy więziodziejkę Iseult. To właśnie z ich perspektyw prowadzona jest narracja. Dzieje każdej z tych postaci są w jakiś sposób połączone z losami pozostałych, a ich spotkanie to istny wulkan (czytelniczych) atrakcji!

Książka nie jest jednak przeznaczona dla czytelników o słabszych nerwach. Opisy rozrywanego ludzkiego mięsa, gojących się ran, różowych oparzeń czy głodu popychającego lud do samobójczych działań zdecydowanie mogą negatywnie wpłynąć na jakość snu – i zamiast doświadczyć przyjemnych marzeń sennych obudzimy się z koszmaru z twarzą Merika przed oczami.

Wydawać by się mogło, że stworzenie kolejnego rozpadającego się świata, kolejnego konfliktu ogarniającego cały kontynent czy wreszcie kolejnego gatunku czarodziejów jest gwarancją porażki, ale Dennard zręcznie sobie z tym poradziła. Wykreowani przez nią bohaterowie są pełni życia i ludzkich przywar, a akcja nigdy nie zwalnia. Nawet jeśli przez dwie strony czytamy opis pokoju i retrospekcji, zaraz okazuje się, że ów opis był niezbędny, by zrozumieć szybko następujące po sobie wydarzenia, związki pomiędzy nimi i relacje łączące poszczególne postaci.

Mimo że znam już drugi tom, bardzo chętnie sięgnę po Prawdodziejkę i potraktuję ją jako prequel, ponieważ dziwny, acz fascynujący świat ”-dziejów” jest dokładnie tym, w którym chętnie zanurzę się po długim dniu[1], by przekonać się, że jednak inni mają gorzej.

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Dziwny świat (czaro)dziejów, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

[1]              Zamieszczona na okładce opinia Alexandry Bracken reklamująca Czaroziemie jako „Świat, w którym zechcesz zamieszkać na zawsze!” jest całkowicie zgodna z moimi odczuciami.

Reklamy