Krzysztof M. Maj – Gra w zielone

orzel-bialy-2Recenzja książki: Marcin Sergiusz Przybyłek, Orzeł biały 2, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2017, ISBN: 978-83-8062-241-8, ss. 800.

Na początek ustalmy jedną rzecz: Orzeł biały 2 Marcina Sergiusza Przybyłka nie jest powieścią… zrównoważoną. W jej kulminacyjnym momencie – bez obaw, nie będzie to spoiler – czytamy, jak monstrualny ork (w nomenklaturze powieści gojira), w istocie zmienia się w radioaktywną Godzillę, strzelającą z pyska piorunami, a z odwłoku – pajęczą siecią, by po odesłaniu na orbitę przez dowodzącego ruskimi orkami Rasputina (nieznoszącego, gdy nazywać go Putinem) spaść jak meteoryt na główny pojazd pancerny orczej armii ze wschodu, który jest łodzią podwodną, sunącą po lądzie w ramach największego zaskoczenia w dziejach militarystyki. A wszystko to czyni ów ork ku chwale Twierdzy, bo jeśli myśleliście, że Orzeł biały ustawił teatr zmagań wojennych tak, że już na zawsze czerwone będzie czerwone, a białe będzie białe – to grubo się pomyliliście.

Kontynuacja Orła białego w zasadzie utrzymuje tę samą, skrzącą się od postmodernistycznego dowcipu konwencję kampową – tak, że czytelnik ryczy niekiedy w równej mierze ze śmiechu, co z zażenowania. Przybyłek bardzo dobrze gra tym, że głównym bohaterem jego powieści są de facto orkowie – homo viridis, ludzie genetycznie zmodyfikowani po zażyciu regenerującego specyfiku N-gen, ofiarowującego dar nieśmiertelności i zieloności w jednym. Którego skutkiem ubocznym jest wprawdzie postępująca tępota – ale przecież nie takie rzeczy nie powstrzymywały już ludzi przez popełnianiem głupich błędów, prawda? Dlatego z zachwytem przyjąłem pojawienie się w Orle białym 2 ruchu „Zielona Przyszłość”, złożonego ze starych i schorowanych obywateli Twierdzy, którym znudziło się już być przedmurzem człowieczeństwa – a zielonych z zazdrości o orczą nieśmiertelność. Narracja też powoli zaczyna się przesuwać na pozycje nieantropotcentryczne – o ile w Orle Białym nie było zasadniczo wątpliwości co do tego, kto kogo bije i dlaczego rację mają bijący orków Polacy, o tyle w Orle białym 2 głównym bohaterem jest w zasadzie ork, o którym mogę powiedzieć tyle, że nie mogę powiedzieć nic, bo byłby to gigantyczny spoiler zakończenia pierwszej części i początku drugiego tomu zarazem. Dość rzec, że to ten sam, który strzela piorunami i pajęczą siecią z przeciwległych końców swego zwalistego ciała. I, co najbardziej interesujące, bynajmniej nie jest głupi jak półtrzecia swych pobratymców – a przynajmniej mądrzeje po licznych doświadczeniach eksterioryzacyjnych i metafizycznych, które czynią go nie tylko Nosicielem Ważnego Boskiego Posłannictwa (a mianowicie Gott ist Grün, choć istnieje też parę poślednich), ale również nosicielem Irytującego Głosu w Głowie. Nie jest jednak tak, że Przybyłek zapomina o dzielnych obrońcach Twierdzy – batalion „Orzeł biały” miło się modernizuje i mechanizuje, uzupełniony o komórkę artyleryjską (dźwięczne nazewnictwo broni, pojazdów zmechanizowanych i czołgów zasługuje w zasadzie na odrębną recenzję), a także nowy narybek, szybko zyskujący sobie czytelniczą sympatię. Król Łyżwa rozpisuje konkurs na nową królową, kontynuując tradycję monarchii elekcyjnej, major Orłowski nienawidzi, jak nazywa się go Orzełkiem, a hen, daleko w rosyjskiej ziemi rośnie zagrożenie w postaci Wielkiej Floty (bo nie ordy!) orków, organizujących kanibalistyczną wersję Młastier Sziefa, dekorujących orderami bojara Misiewicza i raczących się mózgoszejkami. Wspominałem już: ta książka jest absolutnie szalona!

Ośmiusetstronicowa kniga Przybyłka nie ulega jednak pokusie sensacyjności – pierwszą porządną batalię napotykamy w trzech czwartych całej powieści, co oznacza, że co najmniej przez pierwsze pięćset stron mamy możliwość zapoznania się z oszałamiającą liczbą bohaterów i ich historiami – które sympatycznie splatają się z życiem polskiego fandomu dzięki kontynuacji projektu z poprzedniej części, zakładającego wpisanie w książkę faktycznych postaci, niekiedy aż nazbyt pasujących do ich orczych analogonów. Niby zatem jak w Szczurach Wrocławia Szmidta, ale o ile lepiej, bo zupełnie nie na taka powierzchowną i czysto formalną modłę, gdyż Przybyłek nie ogranicza się tu bynajmniej do prostej podmiany personaliów. No i wreszcie najważniejsze: estetyka kampu i postapo wprost genialnie mieszają się tu z ciętym humorem, niestroniącym ani od bardzo grubych i rubasznych akcentów, ani też od aluzji popkulturowych, w tym także aż proszących się o wzmiankę Orków z Majorki Grupy Filmowej Darwin. Amatorom absurdalnego humoru, którzy chcieliby zapoznać się z soczyście postmodernistyczną krytyką mitów polonocentrycznych w realiach postapokaliptycznych – szczerze rekomenduję, a reszcie zalecam, aby społeczeństwo polskie rosło w siłę, a Misiewiczowi nie żyło się dostatniej.

Krzysztof M. Maj

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Gra w zielone, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (58).

Reklamy