Mateusz Hupert – Pięćdziesiąt kredytów

21640536_923858961103972_823845594_oRecenzja gry: Brigador, Stellar Jockeys: 2016.

Gry z mechami w roli głównej nieprzerwanie od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych przewijały się gdzieś w tle innych, bardziej widocznych trendów. Tytuły takie jak Earthsiege czy kolejne odsłony serii Mechwarrior zyskiwały za każdym razem nieliczne grono oddanych fanów, ale nigdy na dobre nie przeszły do mainstreamu. Choć dzisiaj niewielu graczy o nich pamięta, gdzieś głęboko kryje się jednak ciągle żywa fantazja o zasiadaniu za sterami kolosalnej, niepokonanej machiny wojennej, zmiatającej wszystko w zasięgu wzroku z pomocą całego arsenału potężnego uzbrojenia, miażdżącej budynki pod tytanowymi stopami. Wyrazem tegoż pragnienia – i nadzieją na wskrzeszenie tego niemłodego już gatunku jest wydany w zeszłym roku przez niezależne studio Stellar Jockeys izometryczny shooter: Brigador.

Fabuła gry zostaje nam przedstawiona już w pierwszej misji – i prawdę mówiąc, nie ma jej tu wiele więcej. Jesteś tytułowym brigadorem (to słowo z portugalskiego oznaczające „wojownika”, ale też „awanturnika”, „rozrabiakę”) – najemnikiem, który zdradził własną kolonię, gdy Koncern Solo Nobre (SNC) postanowił odbić ją z rąk reżimu niedawno zmarłego Wielkiego Przywódcy. Twoim celem jest pogłębienie chaosu, jaki nastąpił po śmierci dyktatora, poprzez niszczenie strategicznych celów – militarnych przywódców, instalacji przemysłowych i wojskowych, a przede wszystkim systemu dział orbitalnych, których obecność zapobiega desantowi sił SNC na powierzchnię Novo Solo – i przygotowanie gruntu pod inwazję. W tym celu posłużysz się wachlarzem różnorodnej futurystycznej broni zamontowanej na szeregu rozmaitych maszyn – od czołgów i samobieżnych haubic, poprzez trzydziestometrowe mechy bojowe i pancerze wspomagane, kończąc na superszybkich motocyklach gąsienicowych czy pojazdach antygrawitacyjnych. Ich różnorodność jest przypuszczalnie największą siłą Brigadora.

Na ekranie sporo się dzieje. Maszyny lojalistów nadciągają ze wszystkich stron, zasypując samotnego najemnika gradem pocisków, wieżowce walą się wśród błysków eksplozji, rozbiegający się we wszystkie strony cywile w żółtych płaszczach przeciwdeszczowych masowo obracają się w szkarłatną mgłę. Przeciwnicy mają przewagę liczebną i nierzadko uzbrojenia, dlatego Brigadora ciężko uznać po prostu za relaksującą rozwałkę. Bliżej mu do tytułów pokroju Hotline Miami, gdzie błyskawiczna, zręcznościowa akcja była może i sednem rozgrywki, ale klucz do sukcesu stanowiło uważne planowanie swoich działań przed rzuceniem się w wir masakry. Ulice Solo Nobre pełne są obiektów potrzebujących tylko niewielkiej zachęty, by spektakularnie wylecieć w powietrze: składów uzbrojenia, stacji benzynowych, rurociągów, a każdy z nich stanowić może morderczą pułapkę na nacierających obrońców reżimu. Ważna jest kolejność, w jakiej eliminujemy kolejne zagrożenia – spotter potrzebuje tylko kilku sekund, by postawić do pionu cały garnizon, zaś ukrywający się pośród tłumów na ulicach desperaci z radością spróbują wysadzić się w powietrze, zabierając nas ze sobą.

Za szerzenie rozwałki zarabiamy kredyty, które następnie możemy przeznaczyć na odblokowanie większej ilości rozmaitych pojazdów, pilotów, broni i akcesoriów. Każdą z blisko sześćdziesięciu maszyn pilotuje się inaczej, co w połączeniu z czterdziestoma rodzajami broni (mogących pełnić rolę głównej lub pobocznej) daje olbrzymie pole dla dopasowania wyposażenia do własnych potrzeb.

Przy solidnym, angażującym gameplayu miałem jednocześnie wrażenie, że zmarnowano tu spory potencjał do opowiedzenia czegoś o świetnym, klimatycznym świecie, w jakim osadzona jest gra. Odblokowując nowych pilotów za ciężko zarobione monety, w istocie dostajesz jedynie nowy portret, parę zdań historii i nieco zmienione zasady przyznawania punktów. Informacje o uniwersum gry są, a jakże, dostępne – w formie krótkich tekstów, które również musisz kupić za ciężko zarobione pieniądze (ceny idą w miliony, podczas gdy za jeden żółty płaszczyk firma wypłaca, bagatela, pięćdziesiąt kredytów. Jedno życie jest niczym dla szefostwa SNC – w grze znajduje się wiele takich dystopijnych smaczków!). Nie ma ich wiele, ale mając do wyboru parę zdań fabuły i nowego miniguna plującego rakietami, decyzja wydaje się dość oczywista. Wielka szkoda. Gra przez cały czas sprawia wrażenie, że jednak nie jest o niczym, nawet materiały reklamowe obiecują „porcję głębokiego i angażującego mrocznego science-fiction”. Pomysł stawiania na szalach fabuły i radości z gry wydaje się kompletnie chybiony.

Jej oprawa natomiast zachwyca. Dwuwymiarowa grafika jest po prostu prześliczna, wybijając się na tle modnego ostatnio powrotu do szesnastobitowców jako coś z zupełnie innej beczki – dokładne, dopracowane animacje czołgów i mechów skąpanych w świetle neonów i eksplozji ucieszą oko i uradują serce każdego socjopaty z wrażliwym zmysłem estetycznym. Ścieżka dźwiękowa – w wykonaniu Makeup and Vanity Set – to ponad dwie godziny synthwave’u najlepszej jakości, miejscami dynamicznego i zagrzewającego do boju, czasami powolnego, ambientowego, wyśmienicie podkreślającego nastrój, jaki towarzyszy rujnowaniu zabytkowego cmentarza, opuszczonej dzielnicy przemysłowej lub obozowiska chroniących się wśród rumowisk uchodźców.

Brigador, jak na produkcję tak dopracowaną, cieszy się jak dotąd nieoczekiwanie małym rozgłosem. To przecież niemal list miłosny dla wszystkich, którzy tęsknią do rozwałki w klimacie takich produkcji jak Desert Strike, ale w nowoczesnej, odświeżonej formie. Jeśli choć raz zdarzyło ci się fantazjować o pilotowaniu sześciopiętrowego mecha – grzechem będzie nie spróbować!

Mateusz Hupert

Mateusz Hupert, Pięćdziesiąt kredytów, Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

Reklamy