Krzysztof M. Maj – Najlepsza polska dystopia

Rozaniec_front_500Rafał Kosik, Różaniec, Warszawa: Powergraph 2017, 978-83-64384-68-4; ss. 512.

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że literackie dystopie zawsze wliczały się w poczet moich ulubionych książek – i niezależnie, czy były to Podróże do wielu odległych narodów świata Swifta, Erewhon Butlera, W roku 2000 Bellamy’ego, Rok 1984 Orwella, Paradyzja Zajdla czy seria o Apostezjonie Wnuka-Lipińskiego (ba, nawet krytykowane przez niektórych dystopie young adult), powieści te zawsze wywierały na mnie ogromne wrażenie. Bynajmniej nie dlatego, by roztaczały przede mną jakąś krańcowo przerażającą wizję świata – to bowiem dla każdego zaprzysięgłego pesymisty raczej chleb powszedni. Nie, dobre dystopie zachęcają do krytycznego namysłu nad rzeczywistością, która nas otacza – i przede wszystkim nad utopijnymi wizjami jej przemiany, najczęściej zaprzęgającymi do realizacji takich wizji pozornie proste, a w praktyce totalitarne i opresywne środki. Dystopie odkrywają ponury paradoks związany z potrzebą totalnej i radykalnej zmiany, jasnej i oczywistej dla wizjonera, a przy tym przerażającej dla każdego, kto poświęci bodaj parę chwil na jej krytyczne rozpatrzenie. Dobrze, mówi Rafał Kosik w Różańcu, wyobraźmy sobie piękny świat, w którym dzięki wdrożeniu mechanizmu idealnej hiperprewencji, przestępcy zgarniani są z ulic w chwili pomyślenia o zbrodni. A żeby nikt nie powiedział, że za „przedstępstwo” znane z Raportu mniejszości Dicka zamyka się na podstawie wizji medium, dopowiedzmy, że hiperprewencja korzysta z modelu matematycznego, chłodnego i wyrachowanego, rozwijanego przez sztuczną inteligencję g.A.I.a, której już dawno udało się wyegzorcyzmować ziemskiego ducha z maszyny.  SI potężną, bo korzystającą z innych systemów jako narzędzi pozwalających wnioskować o motywach przestępstw z łańcuchów przyczynowo-skutkowych. W trakcie dynamicznej, genialnie rozpisanej rozmowy między dwoma naukowcami – całkowicie rewolucjonizującej charakterystyczny dla dystopii literackich trop konfrontacji rewolucjonisty z ojcem założycielem systemu, ujawniającej stojące za nim „kłamstwo założycielskie” – pada zasadne pytanie. Czy jeśli sąsiad spokojnego i Bogu ducha winnego kompozytora, będący chamem i prostakiem, zacznie prowokować go każdego dnia – to podżegnięty do przestępstwa kompozytor będzie stuprocentowo winny swojego czynu czy też nie? I kogo powinien objąć mechanizm idealnej hiperprewencji – podżegacza czy podżegniętego? Wątpliwość ta bardzo dobrze oddaje skalę dylematów rozwiązywanych na co dzień przez sztuczną inteligencję, która u Kosika bynajmniej nie jest afektywna. Przeciwnie: jest wyzuta z emocji i nie rozumie zbrodni popełnianej w afekcie. Eliminuje jedynie przyczynę, która rodzi niepożądany skutek. I podlega, zgodnie z prawem większości dystopii, regresowi ad infinitum – a więc, jeśli zajdzie taka potrzeba, będzie cofać się aż do tego pojedynczego ziarna, które w trzecim pokoleniu może przynieść wyjałowione plony. Obetnie skrzydła motylowi tylko po to, by wyeliminować ryzyko zejścia lawiny po drugiej stronie globu.

Takie jest ambitne i zniewalające założenie Różańca. To nie tylko wizja świata zbudowanego niby „różaniec miast nanizanych na nici grawitacyjne”, jak pada wprost w jednym z przepięknych opisów zawartych w powieści. To także wizja różańca przyczynowo-skutkowego, w którym nie ma ani początku, ani końca dla łańcucha bytów i zdarzeń, stojących za kreacją świata uporczywie dążącego do pozbycia się jednej zmiennej: ludzkiej skłonności do podejmowania destrukcyjnych i autodestrukcyjnych decyzji. Kosik fenomenalnie pokazuje, że między utopią a dystopią nie ma jednoznacznej granicy – opisując, jak wielu mieszkańców futurystycznej Warszawy pozytywnie postrzega proces Eliminacji jednostek potencjalnie zagrażających współobywatelom jako konstruktywny i humanitarny, bo oparty przecież na wyzutych z osobistych uprzedzeń kalkulacjach idealnej maszyny różnicowej. Bardzo podobnie, jak w Limes inferior Janusza A. Zajdla, tu także główny bohater, działający na granicy prawa, jednocześnie zmuszony zostaje przez życiowe okoliczności do poszukiwania innej, ważniejszej granicy: granicy jurysdykcji, która tłamsi społeczeństwo pod pozorem dążenia do absolutnego dobrostanu. W odróżnieniu jednak od Limesa inferior czy nawet przypominającej w niektórych założeniach wizję Kosika Paradyzji, w Różańcu próżno szukać jednoznacznej diagnozy społecznej i jednoznacznej krytyki utopii zarazem. Rafał Kosik przewyższa tu Zajdla o kilka klas pod względem maestrii warsztatowej i światotwórczej, tworząc powieść łączącą w koncepcji fabularnej typową dystopijną intrygę z tak charakterystyczną dla Lema przewrotnością narracyjną. Połączenie Kongresu futurologiczego z Cylindrem Van Troffa? Być może byłby to trafny trop interpretacyjny, zdradzający czytelnikom Lema i Zajdla bodaj częściowo kierunek, w jakim zmierza kategorycznie wykluczająca jakiekolwiek próby streszczania powieść Kosika.  Zresztą próba redukowania Różańca do dowolnej fantastycznonaukowej sztampy fabularnej byłaby całkowicie krzywdząca. Jasne, pojawiają się tutaj pewne możliwe do przewidzenia chwyty. Politycy i media staczają się do poziomu slapstickowego kabaretu, gangsterzy umiejętnie lawirują między kolejnymi pułapkami urzędu Prowokacji i Nadzoru, rewolucjoniści szczytnym celem uświęcają nieszczytne środki, ogół społeczeństwa nie zadaje pytań tak długo, jak dostaje darmową żywność i licencjonowane produkty z kompilatorów, a opresywny system typuje do odstrzału w pierwszej kolejności obywateli zbyt przyzwoitych i praworządnych, by mogli oni przygotować scenariusz postępowania na wypadek jak najgorszego rozwoju wydarzeń. Kosik jednakże zapętla narrację w taki sposób, że ostatecznie nie wiadomo nawet, czy wizja świata, jaką roztacza on przed czytelnikiem przez trzysta stron z okładem, jest zgodna ze stanem faktycznym – a nie jedynie kolejną z metod kontroli systemu g.A.I.a nad społeczeństwem. I właśnie to jest największą zaletą Różańca – brak kropki nad i, zawieszenie wyroku nad wykreowaną rzeczywistością, pozostawienie czytelników z większą liczbą pytań niż gotowych odpowiedzi. Kosik jak nikt inny pokazuje, że dystopia nigdy nie była, nie jest i nie będzie antyutopią – bo tu nie chodzi o jakąś antytezę utopii. Od antybiotyku nie oczekujemy przecież, by w zgodzie ze swą nazwą tępił biotop, ale by eliminował te kultury bakterii, które – lapidarnie rzecz ujmując – nie zachowują się wobec nas kulturalnie. Równocześnie dobrze jednak znamy cenę, jaką ludzkość płaci za nadużycie antybiotyków: postępujące wydelikacenie organizmu, słabnącego w stopniu odwrotnie proporcjonalnym do stale mutujących bakterii. Podobnie i  dystopia pokazuje dwie strony utopii, tę dobrą, i tę złą, zaś dobra dystopia – robi to w taki sposób, byśmy zaczęli mieli wątpliwości, która jest tą właściwą, i czy aby na pewno krańcowe zło uzasadnia sięgnięcie po krańcowe środki.

Różaniec Rafała Kosika jest natomiast dystopią najlepszą. Nie tylko dlatego, że jest to – i mówię to z perspektywy zapalonego czytelnika każdej polskiej powieści, która choćby otarła się o dystopię, od Mirandy Antoniego Langego po Drugie spojrzenie na planetę Ksi Marcina Kowalczyka – autentycznie najlepsza i najdojrzalsza realizacja tej konwencji nad Wisłą. Powieść Kosika wychodzi daleko granice typowej dystopijnej wizji zagłady idealnego świata, wiodąc nas tam, gdzie wszystkie ludzkie rojenia mają swój początek, a jednocześnie i zarazem swój koniec, a mianowicie poza (metaforycznie rozumiany) horyzont zdarzeń. Jeśliby więc upierać się na przejawiające się w recenzjach analogie do filmografii Christophera Nolana, bylibyśmy tu zdecydowanie bliżej Interstellara niż Incepcji[1]. Jednak najbliżej, zdecydowanie najbliżej, jest Różańcowi do ideału narracyjnej dystopii. Brawa!

Krzysztof M. Maj

[1] Przede wszystkim pod względem zapętlenia narracyjnego. Incepcji bliżej jest bowiem raczej do modelu narracji szkatułkowej.

Cytowanie: Krzysztof M. Maj, Najlepsza polska dystopia, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2.

Reklamy