Krzysztof M. Maj – Mechanizm wyniszcza knowanie zegarmistrza

wyzwolenie-okladka-front_1500pxRecenzja książki: Ian Tregillis, Wyzwolenie [The Liberation], przekł. Bartosz Czartoryski, Kraków: SQN2017, ISBN: 978-83-65836-39-7, ss. 426.

Nadszedł kres „Wojen Alchemicznych”[1]. Choć zakończenie poprzedniego tomu, jak również format trylogii nieuniknienie wskazywały na taki właśnie rozwój wydarzeń, trudno uwierzyć, by z tak wielkim rozmachem nakreślona narracja miała się skończyć w takim momencie. Niefortunnym, rzekłbym ostrożnie, ponieważ sprawiającym wrażenie urwanej w połowie opowieści, dokończonej pospiesznie i wykastrowanej z wszelkich pytań filozoficznych, do których zachęca przecież cykl powieściowy upstrzony odwołaniami do René Descartesa, Barucha Spinozy czy Christiaana Huygensa.

Wyzwolenie, kontynuujące Tregillisowy zwyczaj zdradzania całości fabuły tytułem powieści, podejmuje narrację w momencie zwycięstwa sił Zachodniej Marsylii nad kolonialną armią mechanicznych w Nowym Świecie. Dlatego zaskakującym i dobrym pomysłem jest sfokalizowanie historii z perspektywy demonicznej Anastazji Bell, tuinier[2] Nadleśnictwa Świętej Gildii Horologów i Alchemików, z przerażeniem odkrywającej, jak knowania kierowanej przez nią tajnej policji obracają się przeciwko Imperium Holenderskiemu. Równocześnie zdecydowanie gorszym pomysłem jest porzucenie perspektywy kapitana Hugona Longchampa, wnoszącego o wiele więcej ciepła i humoru do narracji niż pozostawiona w głównej roli Berenice Charlotte de Mornay-Périgold, która, niezależnie od liczby słów składającej się na jej imię i nazwisko, nie przestaje być tą samą niebotycznie irytującą Małą Mi świata Tregillisa. Berenice bez Hugona, z którym miała niewyobrażalną chemię, nie jest po prostu w stanie zapewnić czytelnikowi comic reliefu, do którego przyzwyczaiły dwa poprzednie tomy.  Zaliczywszy już na tym etapie potknięcie, Tregillis gubi krok i dalej, wprowadzając ponownie na scenę arcywroga, którego nie spodziewaliśmy się już na niej ujrzeć, co sprawia, że mimo wszystko nie drżymy tak o losy postaci, jak w Powstaniu czy Mechanicznym. Nawet Jax wchodzi już na dobre w nową rolę mesjasza mechanicznych i mimo że na każdym kroku zastrzega się, że nie jest to jego intencją, ma się podskórne wrażenie, że to nie jest już ten sam zbuntowany klakier z pierwszego tomu trylogii – może też dlatego, że o wiele rzadziej mamy okazję spoglądać na świat jego oczami. To powoduje pewien odbiorczy problem z Wyzwoleniem – jakkolwiek historia wciąż jest pasjonująca, a zniuansowane steampunkowe światotwórstwo cieszy na każdej stronie, to całość straciła trochę na oryginalności. Dziwne to zjawisko i niespotykane w finale bestsellerowej trylogii, ale możliwe też, że to efekt uboczny absolutnie rewelacyjnego finału Powstania.

Niezaprzeczalną zaletą trzeciego tomu „Wojen Alchemicznych” jest jednak przejmujący opis postępującego i gwałtownego upadku Imperium Holenderskiego, który jest nam dane w dodatku obserwować z samego serca Prowincji Centralnych – kontrfaktycznej Hagi, w której populacja ludzka jest równa populacji mechanicznych. Klakierzy, kontrolujący w stolicy wszystko od regulacji pomp przy polderach, przez usługi pocztowe po służbę w elitarnych oddziałach Gwardii Królewskiej, stali się zbyt niezbędnym trybem w zegarmistrzowskim mechanizmie, by jego brak mógł uratować Imperium od upadku. Tak jak w większości mechanizmów, o złym funkcjonowaniu zadecydował błąd ludzki – w tym przypadku pycha Gildii Horologicznej, przekonanej o tym, że stworzyła armię doskonałych niewolników, której nigdy nie uzyska się obejść zabezpieczeń metageas i zwrócić przeciwko zegarmistrzom. Tregillis fantastycznie pokazuje, że upadek Nowych Niderlandów zaczął się właściwie wtedy, kiedy przestano studiować mechanicznych. Sama Anastazja Bell w kulminacyjnym punkcie Wyzwolenia orientuje się poniewczasie, że klakierom udało się wykształcić swoją własną kulturę i mitologię – która doprowadziła do buntu wyłącznie dlatego, że nikt nie wpadł na pomysł, że wydawane przez nie szczęknięcia i zgrzyty mogą być formą języka. Języka prowadzącego do wykształcenia mechanizmów komunikacji, więzi społecznych, działalności artystycznej, kultury, a w końcu i cywilizacji. Odkrywanie tego oczami tuinier Nadleśnictwa dostarcza jednak tylko typowej schadenfreude. Zbyt dużo bowiem miejsca zajmuje Tregillisowi pospieszne odkrywanie wszystkich sekretów Gildii, absolutnie wykraczających swą skalą poza objętość pojedynczego tomu, i w ostatecznym rozrachunku odczuwa się brak refleksyjności i namysłu, absolutnie niezbędnych do dojrzałego odczytania powieści.

Być może tę dość ostrą ocenę wciąż rewelacyjnej i pasjonującej – co trzeba stanowczo podkreślić w tym miejscu – sprowokowało przede wszystkim zakończenie książki, pisane ściśle tak, jak nielubiane przez wszystkich zakończenia spinające wszystkie niedokończone wątki w konwencji „30 dni później”. Tregillis bardzo się stara, by zakończenie konfliktu Holendrów, mechanicznych i Francuzów wypadło w satysfakcjonującej formule happy endu. Tyle że zakończenie to będzie szczęśliwe tylko dla tych, którzy czytali „Wojny alchemiczne” dla samego poloru steampunkowego i sensacyjnej akcji. Tych, których zachwyciły rozważania na temat wolnej woli, ducha w maszynie i etyki protestanckiej, przepełniające Mechanicznego, Powstanie i lwią część Wyzwolenia – czekać może podobne rozczarowanie, jak po niedawnej adaptacji Ghost in the Shell. Zaliczam się do tej drugiej grupy i dlatego zagryzam zęby, niecierpliwie wyczekując informacji o tym, że Tregillis w świecie „Wojen alchemicznych” nie wypowiedział jeszcze ostatniego słowa.

Krzysztof M. Maj

[1] Chyba pierwszy raz spotykam się z sytuacją, by wydawnictwo tak błyskawicznie tłumaczyło kolejne tomy serii. Brawa dla oficyny SQN za dostarczenie nam finału trylogii w tym samym roku, co jej drugiej części!

[2]Tuinier to po holendersku ‘ogrodniczka’. U Tregillisa to nazwa najwyższej funkcji w hierarchii policji Nadleśnictwa, co – przyznajmy – ma nieodparty sens.

Krzysztof M. Maj, Mechanizm wyniszcza knowanie zegarmistrza, „Creatio Fantastica” 2017, nr 2.

Reklamy