Anna N. Wilk – Tylko grozy brak

To_ZdjecieRecenzja filmu: To  (It: Chapter one), reż. A. Muschietti, USA: Warner Bros. Pictures, 2017.

Rok dwa tysiące siedemnasty jest bardzo dobrym okresem dla fanów Stephena Kinga. Na polskim rynku wydawniczym od 15 maja trwa projekt „Kolekcja Mistrza Grozy”, w ramach którego opublikowane ma zostać ponad czterdzieści kultowych książek króla horroru, a z kolei dwie jego nowe powieści: Śpiące królewny (napisana we współpracy z Owenem Kingiem, synem pisarza) i Pudełko z guzikami Gwendy, będą miały polską premierę tej jesieni, kolejno 24 października i 22 listopada. Oczywiście, nie brakuje również wrażeń dla miłośników ruchomych obrazów. W trakcie sezonu wakacyjnego można było obejrzeć takie telewizyjne adaptacje twórczości Kinga, jak seriale Mr. Mercedes i Mgła, natomiast w kinach niedawno gościła ekranizacja Mrocznej Wieży (niezbyt ciepło przyjęta przez fanów). Co więcej, film Gra Geralda ma się pojawić na Netflixie już 29 września[1]. Nie będzie jednak przesadą stwierdzenie, że najbardziej wyczekiwaną adaptacją tego roku był remake Tego. Literacki pierwowzór jest uważany bowiem za jedną z lepszych, jeśli nie najlepszą (ex aequo z Bastionem) powieść Kinga, a wizja klauna Pennywise’a (rewelacyjny Tim Curry!) z pierwszej próby ekranizacji książki, miniserialu o tym samym tytule, do dziś prześladuje wyobraźnię osób dorastających w latach dziewięćdziesiątych. Fani podzielili się na dwa obozy: pesymistów zakładających, że nowy film dopadnie tak zwana klątwa remake’ów, czyli brak oryginalności i odtwórczość oraz optymistów, uważających, że trailer dobrze rokuje. Która grupa miała rację?

W Derry istnieje coś, co atakuje tylko niepełnoletnich. Monstrum, które zna ich słabości i żywi się strachem, całkowicie bezkarne, gdyż jego ofiar nie mogą uchronić rodzice czy opiekunowie. Stawić czoła kreaturze może jedynie „klub frajerów” ‒ sześciu chłopców (Bill, Ben, Mike, Eddie, Richie, Stan) i jedna dziewczynka (Beverly), charakteryzujący się atrybutami nieakceptowanymi przez innych rówieśników ‒ jąkaniem się, nadmierną gadatliwością, otyłością, chorobliwością, statusem społecznym czy pochodzeniem. Muszą oni wykorzystać wszystkie pokłady swojej odwagi i nieustępliwości, aby pokonać istotę zbyt straszną, aby nadać jej jednoznaczną nazwę. Tajemnicze… To.

Idąc do kina na adaptację powieści, należy rozważyć, co uznajemy za priorytetowe ‒ wierność pierwowzorowi czy ogólną przyjemność z oglądania? Książka Kinga jest dość trudna do odtworzenia na potrzeby filmu; to ponad tysiąc stron opowieści, której symbolika i treść opierają się na następujących zagadnieniach: dziecięcy światopogląd oraz myślenie magiczne, wiara jako środek do tworzenia i zwalczania potworów, przemoc psychiczna i fizyczna w rodzinie, uzależnienie od oprawcy ‒ bliskiej ofierze osoby, uprzedzenia na tle rasowym, depresja i niepogodzenie z cudzą śmiercią, potrzeba akceptacji, a także okres wkraczania w dorosłość, która odziera człowieka z fantazji. Dodatkowo, adaptację utrudnia fakt, że fabuła powieści jest skonstruowana w oparciu o reminiscencje głównych bohaterów. Część wątków to konsekwencja czasów, w jakich dorastali – końca lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku, gdy dyskryminacja osób czarnoskórych była na porządku dziennym, a duży wpływ na dziecięcą wyobraźnię miał między innymi horror Byłem nastoletnim wilkołakiem (1957), będący jednocześnie inspiracją dla jednego z wcieleń tajemniczego monstrum. Najnowsza wersja filmowa Tego nie jest wiernym odtworzeniem wydarzeń z książki. Pewne elementy musiały ulec przeobrażeniu lub zostać całkowicie usunięte (brak nawiązań do wspomnianej symboliki magicznej czy kultowego utworu grozy).

Twórcy bardzo sprytnie rozwiązali problem dużej ilości retrospekcji, pojawiających się w powieści. Zamiast skupić się na wiernym odzwierciedleniu fabuły, zdecydowali się zaryzykować i rozbić ją na materiał do dwóch filmów – recenzowany horror rozgrywa się pod koniec lat osiemdziesiątych i jest poświęcony wyłącznie okresowi, gdy bohaterowie byli jeszcze dziećmi. Ich dorosłe przygody ‒ w czasach współczesnych ‒ widz będzie mógł obejrzeć dopiero w sequelu (będącym już w przygotowaniu). Podana decyzja narracyjna pozwala zaprezentować wydarzenia w sposób chronologiczny i łatwy w odbiorze. Jako fanka książek Kinga muszę jednak zwrócić uwagę również na te modyfikacje, które w zasadzie nie były potrzebne: zmiana sytuacji rodzinnej czy wpływu na rozwój wydarzeń poszczególnych postaci. Znacząco przeobraża się bowiem rola niektórych członków „klubu frajerów” oraz rodzaj relacji między nimi. W zamian nie zostaje zaoferowane widzom nic, co mogłoby w interesujący sposób wzbogacić fabułę. Można odnieść wrażenie, że wprawdzie planowano pierwotnie rozwinąć część nowych motywów, to jednak przy montowaniu trzeba było je skrócić, aby nie przedłużać nadmiernie trwania horroru. Byłoby dobrze, gdyby twórcy wrócili do nich w następnym filmie.

Zdecydowanie należy pochwalić grę aktorską w Tym – dzieci są naturalne i ujmujące, widz szybko zaczyna odczuwać do nich sympatię. Nawet Bill (Jaeden Lieberher), za którego wersją książkową nie przepadałam, ponieważ wydawał mi się zbyt idealny i uwielbiany przez wszystkich, w filmie zachowuje się jak normalny, straumatyzowany chłopiec, podejmujący nagłe i nieprzemyślane decyzje, gdyż nie potrafi pogodzić się z utratą młodszego brata. Główni bohaterowie sprawiają wrażenie prawdziwej grupy przyjaciół. Szczególnie zapada jednak w pamięć kreacja klauna Pennywise’a. Bill Skarsgård wydaje się wręcz urodzony do tej roli. Jego interpretacja antagonisty scala w sobie dziecięcy urok z fałszem i bezwzględnością. Klaun Skarsgårda niepokoi, ponieważ wywołuje konotacje z pedofilem, przymilającym się do dziecka, aby je zaraz porwać. Twórcy nie popełniają jednak błędu i nie ograniczają wcieleń monstrum wyłącznie do Pennywise’a, zaprezentowane są również inne groteskowe postacie, takie jak kobieta z upiornego obrazu czy trędowaty włóczęga. To jest pełne dobrych i przemyślanych efektów specjalnych. Należy pochwalić również dekoracje i kostiumy, pozwalające wczuć się w klimat końca lat osiemdziesiątych.

Film dużo przyjemniej by się oglądało, gdyby zrezygnowano z adaptacji książkowych scen z Henrym Bowersem ‒ postrachem szkoły i gnębicielem „klubu frajerów”. Nie zamierzam obrażać aktorstwa Nicholasa Hamiltona, ponieważ bardzo dobrze tworzy swoją postać, zważywszy na tak małą liczbę scen, rozwijających jej motywację i osobowość. Problem polega na tym, że zachowanie chłopaka jawi się widzowi jako mocno przerysowane i wyrwane z kontekstu. Nie zostają podane żadne powody, dla których Henry tak bardzo upodobał sobie znęcanie się akurat nad głównymi bohaterami. Przykładowo, w książce brutalnie atakuje Bena, ponieważ chłopak nie chciał mu podpowiadać w trakcie sprawdzianu, przez co Bowers musi za karę chodzić do szkoły na specjalne zajęcia, by nadrobić zaległości. Natomiast w filmie chce skrzywdzić Bena, ponieważ… ponieważ chce skrzywdzić Bena i tyle. Nie jest to w żaden sposób umotywowane. Dodatkowo, sceny konfrontacji Henry’ego z „klubem frajerów” są dosyć krótkie i potraktowane jak przykry obowiązek, coś, co należy umieścić w filmie, bo występuje w powieści i miniserialu.

Największą bolączką ekranizacji Tego jest fakt, że nie przeraża. Całkiem miło ogląda się poczynania głównych bohaterów i ich interakcje, ale widz nie współodczuwa ich strachu. Pomimo dwóch czy trzech scen, odwołujących się do gore i estetyki szoku, horror jest wręcz delikatny w prezentowaniu elementów drastycznych, w większości przypadków są one jedynie zasugerowane. Widz nie musi się bać o los protagonistów, gdyż dobitnie zostaje pokazane, że potwór nie planuje ich zabić, przez większość filmu jego modus operandi ogranicza się wyłącznie do wywołania uczucia przerażenia u danego członka „klubu frajerów”, a następnie zniknięcia z miejsca wydarzeń. Czemu mam się bać, skoro wiem, że bohaterom nic nie grozi?

To jest całkiem dobrym filmem, pod warunkiem, że patrzy się na niego w kategoriach doskonałego przykładu Kina Nowej Przygody, a nie horroru czy wiernej adaptacji. Sympatyczni bohaterowie, udana kreacja antagonisty oraz świetna realizacja przyczynią się do zapewnienia widzowi ponad dwóch godzin dobrej rozrywki.

Anna N. Wilk

Anna N. Wilk, Tylko grozy brak,  „Creatio Fantastica” 2017, nr 2 (57).

[1] Rok 2017 to również czas zapowiedzi nowych adaptacji: dwóch filmów ‒ 1922 na podstawie mikropowieści o tym samym tytule oraz Throttle (opowiadanie King napisał wraz ze swoim drugim synem Josephem H. Kingiem, szerzej znanemu publiczności jako Joe Hill), a także miniserialu Castle Rock, inspirowanego całokształtem twórczości króla horrorów.

Reklamy