Alicja Podkalicka – Idzie nowe

tlenRecenzja książki: Geoff Ryman, Tlen [Air: Or, Have not Have], przekł. Krzysztof Sokołowski, Warszawa: Wydawnictwo MAG 2017, ISBN: 978-83-7480-741-8, ss. 448.

Żyjemy w dziwnych czasach. Podczas gdy dla obecnych dziadków – a nawet dla rodziców – komputer to narzędzie do pracy czy poszukiwania informacji niekoniecznie potrzebne do życia, młodszym jest już niezbędny. Z każdym pokoleniem coraz bardziej wsiąkamy w życie wirtualne, przenosząc tam nie tylko sprawy zawodowe, ale i osobiste: znajomości, pasje, nawet związki… O to, czy jest to dobre czy nie, można spierać się długo, faktem pozostaje jednak pewna nieuchronność stopniowej dominacji „wirtualu” nad „realem”, życia pozornego nad rzeczywistym. Są jednak nadal takie miejsca na świecie, których mieszkańcy z żadnym z tych problemów się nie zetknęli. Może tylko czasem słuchają o technologii i jej problemach z ust odwiedzających. Niektóre afrykańskie plemiona, ludzie żyjący wysoko w górach, wioski trzeciego świata… Czy jednak i dla nich nie przyjdzie kiedyś czas na stawienie czoła nowoczesności, i czy będą oni w stanie udźwignąć ciężar ogromu nowych informacji, w którym i my, będący jeszcze na bieżąco z nowościami, często się gubimy?

Rok 2020, mała górska wioska w Karzistanie, państwie położonym gdzieś pomiędzy Chinami, Tybetem i Kazachstanem. Mae Chung jest kobietą dojrzałą, żoną, matką trojga dorosłych dzieci, a ponadto – miejscową „ekspertką modową”. To z jej punktu widzenia będziemy obserwować eksperymentalne przedsięwzięcie – test Tlenu, ogólnoświatowej sieci z dostępem prosto do ludzkich głów. Czy dość prymitywna, zamknięta społeczność, której świat obraca się wokół pól, zwierząt, wyrobów własnych dłoni i okazyjnego oglądania filmów karate na jedynym we wsi telewizorze, miała szanse się na coś takiego przygotować? Pierwsze, próbne i chwilowe, „włączenie” systemu wywołuje we wsi łatwy do przewidzenia chaos, a w konsekwencji śmierć kilku osób. Jedną z nich jest sąsiadka Mae, stara pani Tung, będąca obok niej w chwili zgonu. Zbieg okoliczności powoduje jednak, że choć jej ciało umarło, duch połączył się z duchem Mae i pozostał w sferze wirtualnej – oba w ciele bohaterki.

Jak to się stało i dlaczego? Odkrycie natury zjawiska „wniknięcia” istoty starszej kobiety do umysłu młodszej, ich walka oraz mieszanie wspomnień, myśli i reakcji będą należały do motywów przewodnich powieści, nadając jej pewnego niepowtarzalnego smaku. W innej konwencji pewnie zahaczylibyśmy o spirytyzm, choroby psychiczne, może bardziej naukowe podejście, tu jednak mamy prostotę. Próby poszukiwania odpowiedzi i rozwiązań dalekie więc będą od tego, co zrobiłaby może w podobnej sytuacji inna, współczesna nam osoba. Panią Chung co prawda żywo interesuje się rząd i służby odpowiedzialne za Tlen – jednak ona sama stanowczo się od nich odcina. Przyjmuje zastaną sytuację taką, jaka jest, akceptuje też nieproszonego gościa w swoim umyśle, korzystając z jego wspomnień i doświadczenia. Oczywiście – do czasu, gdy postępujące wchodzenie w świat nowych technologii nie sprawi, że duch pani Tung zacznie się buntować.

Opis na ostatniej stronie okładki głosi, iż Mae jest „chyba najpełniej KOBIECĄ bohaterką fantastyki naukowej”. Chyba jest to prawda (choć można by się kłócić z tym, jakie wytyczne tu zastosowano), za to z całą pewnością Geoff Ryman jest autorem, który poświęcił swojej bohaterce wystarczająco wiele uwagi, by pokazać pełne spektrum jej życia, nie zaś tylko tyle, ile potrzebne jest dla fabuły. O pani Chung wiemy wszystko, znamy jej przeszłość, poglądy na wiele spraw, motywy i metody działania w wielu sytuacjach. Poznajemy ją jak realną osobę, od strony jej codzienności. Jej niezwykłość dopiero wyłoni się z całościowego obrazu, konstruowanego stopniowo z różnych przesłanek. Wiejska „ekspertka modowa”, analfabetka, osoba radząca sobie z codziennymi czynnościami, ale przeciętna w każdej z nich, jest także inteligentna, przedsiębiorcza, cechuje ją otwarty umysł. Ale nie ona jedna, wiele kobiet ze wsi dzielnie rywalizuje z nią w każdym podejmowanym przedsięwzięciu. Dopiero Tlen nadaje jej postaci właściwego pędu – czyniąc z niej z jednej strony osobę pozornie niezrównoważoną, niezrozumiałą dla otoczenia, a z drugiej – wizjonerkę, mającą ogromny dar dostrzegania szczegółów i łączenia pozornie niepowiązanych wydarzeń. O tym, jak bardzo niedoceniane są w swoim środowisku takie osoby, przyjdzie jej (i czytelnikowi) boleśnie się przekonać.

Myliłby się ten, kto pomyślałby, że przez skupienie się na wiejskiej codzienności głównej bohaterki książka straci jakikolwiek naukowy charakter. Szczegółów technologicznych dotyczących Tlenu będzie z czasem coraz więcej, wyjaśniona zostanie jego natura, rodzaje (bo „formatów” Tlenu jest więcej), ich wady i zalety, a wszystko to podane w kontekście brutalnej, zimnej statystyki rządowej. Ile osób straciło zmysły podczas testu, ile zmarło, co myślą o Tlenie? A cóż mają myśleć, pochłonięci pracą na polach? Czego oczekują, poza kolejnym filmem karate i meczem piłki nożnej drużyn, których nigdy nie zobaczą na żywo? Nowoczesność zderza się tutaj z murem utartych zwyczajów, praktykowanych od wieków w sposób niezmieniony. Jedynym przejawem zmian jest obecny we wsi telewizor (zresztą z dostępem do sieci).

Co będzie, gdy to, co dotąd widziane na ekranie, przeniesie się do ludzkich głów? Jak przygotować na nieuniknioną konfrontację z wielkim światem ludność małej wioski? To zadanie również przypadnie Mae – jako jedynej świadomej, co prawda w wyniku błędu, tego, jakie możliwości posiada Tlen. Problemem okazuje się jednak nie wiedza ze sfery technologii, a… ta biologiczna. Jest to też szczegół, który był dla mnie tak absurdalny, że niemal nie do przyjęcia. Ciąża Mae, będąca ciążą pozamaciczną, powstała w sposób kompletnie niemający związku z jakimkolwiek prawdopodobieństwem, ma może poślednie znaczenie dla fabuły, nadal jednak jest wątkiem, którego absurdalność przekracza wszelkie granice. Udajmy, że to się nie stało.

Książka Geoffa Rymana jest wyjątkowo specyficzna. Nie znaczy to jednak, że jest w jakiś sposób trudna czy niezrozumiała, wręcz przeciwnie: to połączenie przeszłości z przyszłością, prostoty z technologicznym żargonem przekładanym na proste metafory i tłumaczenia odnoszące się do zwykłej codzienności jest wyjątkowo łatwo przyswajalne. A ponadto – przekonujące. Nie ma tutaj patosu, majestatu wyższych sfer wtajemniczonych w rządowe knowania ani postaci próbujących samotnej walki z systemem. Jest samotność, ale odnosząca się do jednostki świadomej faktu, iż życie jej i jej bliskich już nigdy nie będzie takie jak kiedyś, próbującej jak najlepiej się na to przygotować, działającej nie we własnym interesie – lecz dla tej małej, zamkniętej, ale będącej wyjątkową mieszanką kulturową społeczności. Drugiej powieści tak barwnej, przystępnej, ale nadal utrzymanej w klimacie fantastyki naukowej próżno szukać.

Agnieszka Podkalicka

Agnieszka Podkalicka, Idzie nowe, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy