Łukasz Kowalski – Wsiadaj, nie ma czasu!

594a6f15c6317Recenzja książki: Terry Goodkind, Pani Śmierci [Death’s Mistress], przekł. Lucyna Targosz, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis 2017, ISBN: 978-83-8062-199-2, ss. 504.

Miecz Prawdy Terry’ego Goodkinda jest jednym z ciekawszych uniwersów, jakie ujrzały światło dzienne – nie może więc dziwić, że pierwotny cykl podbił serca czytelników na całym świecie. Niestety najłagodniejszym określeniem, jakim można podsumować jego kontynuację, było „odcinanie kuponów”, a przedzieranie się przez jej kolejne tomy nie należało do najłatwiejszych rzeczy na świecie. Nawet dla zatwardziałych fanów. Na szczęście autor zakończył już rozdział związany z Maszyną Wróżebną oraz Richardem i Kahlan, skupiając się na dwójce drugoplanowych do tej pory bohaterów. Czas sprawdzić, czy zmiana perspektywy wyszła cyklowi na dobre.

Imperium Lorda Rahla rozszerzyło swoje tereny praktycznie na cały świat. Jednak, jak bywa w takich przypadkach, wiedza o tym niekoniecznie dotarła już do wszystkich mieszkańców. Zniszczenie Maszyny Wróżebnej i zmiana konstelacji gwiazd na niebie wymazały ze świata wszelkie proroctwa i pozbawiły magów związanego z nimi daru. Nathan Rahl, nie będąc już prorokiem, postanawia znaleźć sobie nowy cel w życiu i zostaje wyznaczony (a raczej sam się zgłasza) na stanowisko wędrownego ambasadora D’Hary. Od tej pory ma przemierzać najdalsze zakątki Imperium, głosząc wszem i wobec wieści o nowym porządku świata. Wraz z nim w drogę wyrusza Nicci, która również szuka nowego powołania. Jednak nim wyruszą w podróż przodek Richarda postanawia spisać księgę swojego długiego życia. W tym celu bohaterowie najpierw udają się do wiedźmy, która oprócz spełnienia prośby Nathana ofiarowuje im pusty wolumin wraz ze starą przepowiednią, dotyczącą dwójki emisariuszy.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest sposób prowadzenia opowieści. Po dość ociężałym stylu poprzednich powieści Terry Goodkind ponownie chwyta wiatr w żagle, serwując nam dynamiczną i lekką narrację, która urzekła tak wielu czytelników w pierwszych tomach sagi. Całość czyta się bardzo szybko, przeskakując z rozdziału na rozdział bez najmniejszego przestoju. Autor bawi się słowem i choć nie używa zbyt kwiecistego języka, bardzo plastycznie opisuje przedstawiony świat.

Sama fabuła mknie do przodu niczym kula wystrzelona z armaty. Nie sposób się nudzić, nawet gdy bohaterowie muszą zatrzymać się na pewien czas w miejscu i zdawałoby się, że nie mają nic ciekawego do zrobienia. Akcja przeskakuje z miejsca na miejsce, a czytelnik otrzymuje tylko niezbędne informacje, bez obudowywania całości w opisy podróży czy niepotrzebne dialogi. Książka przypomina bardziej tom mocno powiązanych ze sobą opowiadań przedstawiających różne perypetie na szlaku, niż typową powieść, dzięki czemu całość nabiera jeszcze większego dynamizmu.

Fakt, że cel podróży jest jedynie mgliście nakreślony i nawet sami bohaterowie nie wiedzą, gdzie dokładnie się znajduje i co czeka na nich na końcu drogi, powoduje, że przewidzenie dalszych wydarzeń jest dość trudne. Nie oznacza to oczywiście, że niektóre rozwiązania fabularne nie okazały się oczywiste. Niestety pod koniec powieści Goodkind użył dwóch niezbyt wyrafinowanych zwrotów akcji, które nieco psują odbiór całości.

Mieszane uczucia budzą za to główni bohaterowie, którzy – choć ciekawi – są już bardzo dobrze znani z poprzednich tomów. Trudno mówić tutaj o wielkich ewolucjach charakterów, zwłaszcza że zarówno Nicci, jak i Nathan żyją już od wieków, a o ich losach czytamy od kilkunastu lat. Jest to jednak problem, który dotyka większość wielotomowych cyklów, i należało się tego spodziewać. Na szczęście poznajemy zupełnie nowe postacie, mogące w przyszłości wyrosnąć na pierwszoplanowych aktorów, jednak póki co trochę im do tego brakuje. Młodzieniec, który dość szybko dołącza do emisariuszy, ma ku temu wszelkie predyspozycje, choć zanim to nastąpi, upłynie wiele wody w wielu rzekach. Jego obecny etap rozwoju osobowości i podejście do świata czyni zeń tak bardzo nieopierzonego poszukiwacza przygód, że przy wyżej wymienionej dwójce wyrasta na postać bardziej komediową i momentami irytującą niż na pełnoprawnego pogromcę przeciwności losu.

Poznawanie nowych przygód Nicci i Nathana Rahla to zawsze ciekawa rzecz, a odejście od pary głównych protagonistów wyszło uniwersum na dobre. Nie jest to może dzieło wybitne i wiele mu brakuje do takich pozycji jak Kamień Łez czy Nadzieja pokonanych, jednak całość wraca na dobre tory i zapowiada interesujące rozwinięcie w przyszłości. Wszyscy, którzy cenią sobie twórczość Terry’ego Goodkinda, spokojnie mogą sięgnąć po Panią Śmierci i ponownie zanurzyć się w świecie Miecza Prawdy. Pozostali powinni natomiast chwycić za pierwsze tomy i poznać ten cudowny świat.

Łukasz Kowalski 

Łukasz Kowalski, Wsiadaj, nie ma czasu!, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy