Barbara Szymczak-Maciejczyk – Różne odcienie szarości

Człowiek z magicznym pudełkiem

Recenzja filmu: Człowiek z magicznym pudełkiem, reż. Bodo Kox, Polska: Alter Ego Pictures, Polski Instytut Sztuki Filmowej, Studio Orka, TVN 2017.

Wyobraźmy sobie Warszawę niedalekiej przyszłości, w której łączą się wizje Rapotu mniejszości, Matrixa, Łowcy androidów i Facetów w czerni. Obraz ten okraśmy znanymi z kultowych filmów scenami i rozwiązaniami. Właśnie tak wygląda świat przedstawiony w Człowieku z magicznym pudełkiem Bodo Koxa. Brzmi to jak przepis na sukces?

Głównego bohatera poznajemy w momencie przeprawy przez rzekę dzielącą Warszawę na dwie całkiem odmienne strefy. Od razu rzuca się w oczy szare miasto pełne śmieci i smutnych ludzi. Przemycony do niego Adam Kowalski zajmuje nielegalnie mieszkanie w przedwojennej kamienicy, po czym rozpoczyna pracę jako sprzątacz w najwyższym biurowcu Warszawy. W arkana nowej posady wprowadza go Bernard, a atmosferę podkręca zajmująca wysokie stanowisko Goria, z którą Adam szybko nawiązuje relację opartą na szybkich numerkach i dwuznacznych dialogach. W tym czasie Kowalski znajduje w swoim mieszkaniu radio, dzięki któremu wprowadza się w trans i doświadcza dziwnych wizji. Kiedy nie wybudza się z jednej z nich, Goria uświadamia sobie swoje prawdziwe uczucia i podejmuje się trudnej misji ratowania ukochanego.

Człowiek z magicznym pudełkiem jest trudny do sklasyfikowania. Z jednej strony, podczas większości seansu widz jest zadręczany bardzo mierną, pozbawioną gestykulacji i modulacji głosu grą aktorską (chwilami myślałam, że syntezator mowy lepiej by sobie z tym poradził), zupełnie niepotrzebnymi dłużyznami i szarawą tonacją, która sprawia, że wszystko, co widzimy, jest brzydkie, brudne i niespecjalne. Z drugiej strony, odkąd opuściłam salę kinową, uparcie wraca do mnie kilka naprawdę dobrych (dodam: znanych już z innych obrazów) scen – z pewnością należą do nich widoczny już w zwiastunie moment (skopiowany z Fight Clubu…), w którym bohaterowie biorą się za ręce, stojąc na tle walącego się budynku oraz scena końcowa, pozostawiająca po sobie iskierkę nadziei. Niestety, pierwszy obrazek został zniszczony przez prostacko ukazany stosunek seksualny, zrujnowany jeszcze dodatkowo przez wulgarne kwestie Gorii. Odnoszę wrażenie, iż w polskim kinie widoczne są dwie tendencje: do nadmiernej seksualizacji i wulgaryzacji obrazów. Twórcy Człowieka z magicznym pudełkiem połączyli je w jedno, przez co zamiast melanżu płytkich relacji międzyludzkich i przedwojennego romansu (Adam w kapeluszu wygląda jak stylizowany na Eugeniusza Bodo), który mógł sprawić, iż wątek Adama i Gorii będzie jednym z najlepszych w filmie, mamy dziwną mieszankę seksu i fluorescencyjnych kreacji kobiety. A wszystko to okraszone brakiem jakichkolwiek emocji na twarzach aktorów.

Mimo wszystko, Człowiek z magicznym pudełkiem mógł być naprawdę dobrym polskim filmem science fiction. Pomysł na fabułę, kreacje postaci, świetna kompilacja niepokojącego dźwięku nowoczesnych maszyn i starych, pełnych klimatu piosenek, wizja Warszawy AD 2030 oraz inspiracje czerpane nie tylko z wymienionych na początku tytułów, ale również ze znanych tekstów kultury, jak na przykład Alicja w krainie czarów czy Król Edyp – każdy z tych elementów mógł sprawić, iż produkcja stanie się przebojem kinowym. Zamiast tego, mamy film, w którym przez większość czasu jest szaro, brudno i nudno. Wątek romansowy Adama i Gorii jest oklepany. Agenci rządowi jawią się jako nieudolni, na co wskazują chociażby konieczność kilkukrotnego wymazywania pamięci jednemu z bohaterów i nerwowy chichot jednego z nich. Nieco ciekawiej prezentuje się relacja protagonisty z bardzo specyficznym Bernardem, skrywającym więcej sekretów, niż nam się początkowo wydaje. Niestety, pomimo interesujących i obiecujących szczegółów, dzieło Bodo Koxa to wręcz podręcznikowy przykład tego, jak w prosty sposób można zmarnować ogromny potencjał. Gdyby zamiast prób budowania psychodelicznego klimatu zdecydowano się umieścić w filmie więcej akcji, Człowiek z magicznym pudełkiem miałby szansę odnieść taki sam sukces, jak przykładowo Raport mniejszości (oczywiście, w polskich realiach). A tak – jest kolejnym tytułem, któremu przyświeca hasło „sztuka dla sztuki”. Szkoda.

Na plus produkcji należy zaliczyć muzykę skomponowaną przez Sandro di Stefano oraz pewną teatralizację, objawiającą się w konkretnych ujęciach, przerysowaniu postaci i wykorzystaniu światła. Jednak patrząc już na nowoczesne technologie, towarzyszące na każdym kroku mieszkańcom futurystycznej Warszawy, odbiorcę ogarnia pusty śmiech. Podczas seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż producentom zabrakło odpowiednich funduszy (oraz wyobraźni), gdyż pracujący w korporacji ludzie patrzą w… pustą przestrzeń, która ma symbolizować przeniesienie zawartości komputera w 3D, jak to było choćby w przypadku Iron Mana. Nic się nie dzieje – a przynajmniej nic takiego, co my, widzowie, moglibyśmy zobaczyć.

Człowiek z magicznym pudełkiem to film, który mógł zrobić wiele dobrego dla polskiego kina fantastyki naukowej. Połączenie państwa policyjnego, ultranowoczesnej mody, reklam reagujących na czipy wszczepione każdemu członkowi społeczeństwa i idei podróży w czasie przy pomocy przedwojennego radia to mieszanka wybuchowa. Jednak zamiast wielkiego BUM mamy ledwie iskrę, którą szybko gasi toksyczny deszcz.

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Różne odcienie szarości, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy