Mateusz Hupert – Nie Ufaj Nikomu

23223061_959672434189291_2106484884_oRecenzja gry: Strife: Quest for the Sigil, Rogue Entertainment: 1995.

Gra, o której dzisiaj mowa, miała wszelkie predyspozycje, by stać się tytułem wiekopomnym i na stałe przejść do kanonu rozrywki elektronicznej. Pod wieloma względami nowatorska, wciągająca i niesamowicie grywalna… Przemknęła praktycznie bez echa w cieniu ówczesnych gigantów rynku, tytułów prostszych, mniej ambitnych, ale bardziej medialnych. Zdecydowanie nie zasłużyła na taki los – jest chyba jedną z pierwszych hybryd FPS/RPG, fundamentem, na którym powstały później gry takie jak choćby Deus Ex. Panie i Panowie – oto Strife: Quest for the Sigil.

W odległej przyszłości w Ziemię trafiła asteroida. Fala uderzeniowa zabiła wielu, więcej ofiar przyniósł jednak wirus, który zaczął się rozprzestrzeniać po świecie po kolizji z ciałem niebieskim. Jak się jednak okazuje, to ci, którzy umarli wtedy, mieli najwięcej szczęścia…

Zainfekowani, którzy nie zginęli od epidemii, szybko postradali zmysły, gdy w głowach zabrzmiał im głos mrocznego boga. Krok po kroku coraz bardziej upodabniali się do maszyn, wymieniając zniszczone chorobą części ciała na komponenty z drutów i stali. Utworzyli Zakon (the Order) i narzucili pogrążonemu w chaosie światu swój krwawy reżim.

Wcielasz się w postać samotnego najemnika, który w swoich podróżach dotarł do miasta Tarnhill. Słyszałeś, że Front, ruch oporu zawiązany przeciwko Zakonowi, dobrze płaci za usługi takich jak ty – pozbawionych skrupułów, gotowych na wszystko żołnierzy. Poszukiwania przerwała jednak łapanka: oto Zakon pozbywał się wszystkich podejrzanych typków z okolicy… Typków takich jak ty. Zabrali ci broń i zamknęli w celi, z myślą o późniejszym przesłuchaniu i egzekucji. Jak to dobrze, że masz nóż, ukryty w zakamarkach ubrania specjalnie na takie okazje…

Strife jest osadzoną na silniku Dooma hybrydą strzelanki i gry fabularnej – oznacza to, że w półotwartym świecie gry (czyli takim, w którym można wracać do wcześniej odwiedzonych lokacji) pojawiają się nie tylko przeciwnicy, ale też bohaterowie niezależni, z którymi można pohandlować lub zamienić parę słów. Ba! Część przeciwników w infiltrowanych przez naszego dzielnego najemnika miejscach także da się zagadać – przynajmniej do momentu, w którym nie podniesiemy alarmu (sprytny gracz jest w stanie unikać tego przez dość długi czas). Ważniejsze postaci obdarzono przy tym wysokiej jakości dubbingiem. Historia opowiedziana w grze ma kilka dróg, którymi może się potoczyć i kilka zakończeń, do których może zmierzać, a wszystko zależy od decyzji, jakie podejmiemy w trakcie gry.

Prawda, że brzmi to imponująco jak na grę z 1995 roku? Owszem, będąc jednak protoplastą swojego gatunku, Strife nie była wolna od pewnych przywar. Nie raz i nie dwa staniemy przed iluzorycznym wyborem – na przykład głowa ruchu oporu oferuje nam miejsce w szeregach swojej organizacji. Możemy się zgodzić albo nie… ale niezgoda oznacza, że dwudziestu chłopa natychmiast otworzy do nas ogień, nie dając nam żadnych szans na ujście z życiem. Wybór zakończenia sprowadza się natomiast tylko do dwóch momentów w grze, z czego jeden to finalna bitwa. Jak na ówczesne możliwości techniczne i tak stanowiło to ambitną próbę stworzenia gry, która będzie czymś więcej niż kolejnym klonem Dooma.

Jednak czy to cokolwiek zmienia? Nie! Historia opowiedziana w Strife’ie może i jest prosta, ale niedoskonałości scenariusza nadrabia kapitalny pomysł na świat przedstawiony, w którym zaawansowana technologia miesza się z wizją społeczeństwa rodem ze średniowiecza, rządzonego przez religijnych ekstremistów. Klimat jest nieziemski, niepowtarzalny i choćby z uwagi na to warto poświęcić tej grze parę godzin ze swojego życiorysu.

Strife była kamieniem milowym w historii gier komputerowych z jeszcze jednego, często niezauważanego powodu: do tej pory wyświetlane na ekranach instrukcje nie wymagały zastanowienia – brałeś więc śrutówkę i szedłeś rzezać demony. Świat Strife’a przepełniony jest jednak bohaterami o nie do końca jednoznacznych intencjach, z których część życzy ci jak najgorzej. Robiąc dokładnie to, co powiedział ci jeden facet w karczmie, wejdziesz prosto w zastawioną na ciebie pułapkę… W rzeczy samej, Strife była jednym z pierwszych tytułów wymagających od gracza, aby co najmniej kilka razy zakwestionował podaną mu informację, w przeciwnym razie spotka się on bowiem z jednym z najbardziej ponurych zakończeń w historii gier wideo!

Strife to jednak przede wszystkim emocjonująca strzelanka. Przeciwnicy, z którymi przyjdzie nam walczyć – od uzbrojonych w karabiny cyborgów albo pająkowatych dronów, poprzez zamknięte w pancerzach wspomaganych strzępy ludzi, kończąc na sześciometrowych mechach klasy Inkwizytor – stanowią iście diabelskie wyzwanie, któremu można sprostać, posługując się jednym z najbardziej czadowych arsenałów kiedykolwiek oddanych do dyspozycji graczy. Mamy więc standardowy karabinek szturmowy, dwulufowy granatnik (łatwiej nim wysadzić siebie niż cokolwiek innego), ręczną wyrzutnię mikrorakiet, plazmową śrutówkę, kuszę na trujące i elektromagnetyczne bełty, a także tytułowy Znak Jedynego Boga – psioniczną relikwię złożoną z pięciu części, zasilaną siłami życiowymi bohatera, tym silniejszą, im więcej elementów udało się nam zdobyć. Dzięki systemowi ulepszeń postaci (dość podstawowemu – nie mamy za dużego wyboru w kwestii tego, co chcemy poprawić, zawsze jest to siła i celność) nawet nasz podstawowy naręczny sztylet okazuje się skutecznym, śmiercionośnym gadżetem, w późniejszych etapach gry zdolnym do obracania słabszych przeciwników w krwawą mgiełkę. Każda z tych broni ma swoje określone zastosowanie i wymaga odrobiny wprawy, by się nią posłużyć, pomyślnie odchodzi też od utartych w obrębie gatunku schematów.

Strife nie zestarzała się godnie – chociaż fabuła opowiadana jest za pomocą świetnych komiksowych plansz, reszta oprawy graficznej i dźwiękowej nie zadziwia tak, jak mogła to robić kiedyś. Nie zmienia to faktu, że pozostaje jedną z najbardziej klimatycznych gier z tamtego okresu, w moim prywatnym rankingu wciągając nosem Duke’a Nukema, bezpośredniego sprawcę komercyjnej wpadki Rogue Entertainment. Do niedawna Quest for the Sigil miała status abandonware, jednak dzięki wysiłkom Night Dive Studios w nowej, odświeżonej wersji (wprowadzającej między innymi celowanie za pomocą myszki oraz kilka postaci i map wyciętych z pierwotnej wersji gry) można ją nabyć na Steamie i Good Old Games (zatytułowaną The Original Strife: Veteran Edition). Uznawać się za znawcę gatunku, a nie zagrać w nią choć raz – to niewybaczalne przewinienie. WALCZ ZA FRONT I WOLNOŚĆ! ODMASZEROWAĆ!

Mateusz Hupert

Mateusz Hupert, Nie Ufaj Nikomu, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy