Barbara Szymczak-Maciejczyk – Pożegnanie z magiczną Barceloną

labirynt duchów

Recenzja książki: Carlos Ruiz Zafón, Labirynt duchów [El Laberinto de los Espíritus], przekł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas, Warszawa: Muza SA 2017, ISBN: 978-83-287-07775-7, ss. 889.

Cień wiatru pojawił się w moim życiu w najlepszym możliwym momencie. Kiedy po ciężkim dniu odwiedziłam księgarnię w poszukiwaniu lektury na wieczór, moje spojrzenie pierwszy raz padło na niepozorną książkę z okładką w kolorze sepii. Od razu wiedziałam, że się polubimy. Gdy więc otrzymałam ostatni tom z serii Cmentarz Zapomnianych Książek, sięgnęłam po niego z niecierpliwością i ciekawością, co tym razem zaoferował czytelnikom Carlos Ruiz Zafón.

Sięgając po niemal dziewięćsetstronicowe tomiszcze, byłam przygotowana na Zafónowską kompilację suspensu, wątku kryminalno-szpiegowskiego, elementów grozy i sporej dozy realizmu magicznego. Jednak tym razem autor zrezygnował z tego ostatniego, koncentrując się na oddaniu klimatu państwa policyjnego, Hiszpanii lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, oraz kreacji postaci Alicji Gris – nieszczęsnej femme fatale o nienagannej aparycji, gdyż, jak zauważa owa bohaterka, „Barcelona mogła wybaczyć wiele rzeczy, ale złego gustu – nigdy” (s. 307).

Fabuła rozpoczyna się od przedstawienia dziejów Fermína Romera de Torresa przed nawiązaniem znajomości z rodziną Sempere. Czytelnik dowiaduje się, skąd wzięło się niezwykłe imię bohatera, dlaczego panicznie bał się on inspektora Fumero i co było przyczyną jego miłości do cytrynowych sugusów. Fermín ratuje z nalotu bombowego małą dziewczynkę dzierżącą w dłoniach egzemplarz Alicji w krainie czarów. Ich losy rozdzielają się na wiele lat, pozostawiając w obojgu otwarte rany i niezatarte wspomnienie krótkiego spotkania.

Przygody owej dziewczynki, Alicji Gris, śledzi się z zapartym tchem. Dorosła już kobieta jest agentką na usługach tajemniczej organizacji. Rana odniesiona w czasie jednego z wojennych nalotów na Barcelonę sprawia, że aby złagodzić ból związany z pozostałą po tym wydarzeniu blizną, Alicja bierze silne medykamenty, nadużywa alkoholu i pali jednego papierosa za drugim. A przy okazji jest empatyczna (choć owej empatii używa we własnych celach), odizolowana od reszty społeczeństwa, zamknięta w sobie i posiada wysoce rozwiniętą zdolność dedukcji. Każdy mężczyzna, który ją widzi, jest rozdarty pomiędzy pożądaniem i strachem – poza zjawiskową urodą Alicja odznacza się bowiem niespotykanym wręcz podobieństwem do wampira (właściwie: sukkuba). Kobiety pragną być takie jak ona, a z drugiej strony – gardzą wyrażoną wprost kobiecością panny Gris. Sprawia to, iż jest ona do pewnego stopnia outsiderem, samotnym łowcą. Pomimo zbioru cech pasujących idealnie do sztampowej bohaterki, Zafón tchnął jednak w postać Alicji tyle życia, że jest ona najlepiej skreśloną i najciekawszą osobą pojawiającą się w powieści.

Dla osób pragnących poznać dalsze losy rodziny Sempere mam dobrą wiadomość: księgarnia Sempere & Sempere jest jednym z głównych miejsc akcji, a jej pracownicy nie tylko dojrzeli, ale także bardzo się zmienili. Autor postanowił również wywołać u czytelnika prawdziwy szok – nie będę jednak zdradzać szczegółów, ponieważ tę książkę po prostu warto przeczytać. Na kartach Labiryntu duchów pojawiają się też nowi bohaterowie: budzący sympatię kapitan Vargas, niezliczeni bibliotekarze i urzędnicy, naiwny Fernandito, bogobojna pani Jesusa czy charyzmatyczny i zły do szpiku kości Leandro. Wątek ministra Vallsa jest jednym z głównych, jednak kwestie związane z jego zniknięciem nie zainteresowały mnie tak, jak działania Alicji.

Książka jest fantastyczna i wciągająca, jednak nie obyło się bez kilku niedopracowanych elementów fabuły. Los Mercedes Valls i Victorii Ubach wydaje się jednak nie do końca przemyślany, choć – z drugiej strony – może być umotywowany doświadczeniami obu młodych kobiet. Także rozwinięcie postaci Roviry mnie nie usatysfakcjonowało, gdyż jest dość jednowymiarowe. Śmierć jednego z głównych bohaterów ubodła mnie do żywego, ponieważ miałam nadzieję, że Zafón choć raz pozwoli sobie na szczęśliwe zakończenie.

Mimo iż autor zrezygnował z realizmu magicznego, który pojawił się w poprzednich tomach Cmentarza Zapomnianych Książek, w jego prozie pojawia się wiele elementów składowych powieści grozy, takie jak: wampiry, przerażające manekiny i lalki bez życia, wizyty na cmentarzach czy w opuszczonych domostwach przypominających zamek (koniecznie z piwnicą kojarzącą się jednoznacznie z lochem!), labirynty, mgła i błyskawice o – mogłoby się wydawać – nadnaturalnej proweniencji. Pisarz nie odżegnał się więc od literatury grozy i powieści gotyckiej, bawiąc się konwencją i czerpiąc z niej pełnymi garściami.

Zafón – jak zwykle – raczy czytelnika niespotykaną wręcz kolekcją życiowych aforyzmów (zwykle płynących z ust Fermína, czyli w tej kwestii nic się nie zmienia), dużą dawką nawiązań do seksualności czy erotyzmu, wspaniałymi opisami mrocznych zakamarków Barcelony dwóch dekad poprzedniego wieku oraz niezliczoną ilością pięknych kobiet i mężczyzn w każdym wieku. Proza hiszpańskiego pisarza cechuje się elokwencją[1] i obrazowym stylem, który pozwala sobie na szczegółową imaginację przedstawionych osób, miejsc i wydarzeń. Mój zachwyt wzbudza również przemyślana kompozycja szkatułkowa, którą Zafón stosuje w każdym tomie Cmentarza Zapomnianych Książek.

Zaletą i wadą – jednocześnie – książki jest jej objętość. Z jednej strony czytelnik będący wielbicielem prozy Zafóna ucieszy się z dłuższej znajomości z bohaterami powieści, z drugiej – będzie on musiał sobie tę przyjemność dawkować, gdyż Labirynt duchów nie zmieści się raczej do przeciętnej kobiecej torebki. W trakcie lektury pojawiają się nieliczne literówki (niewyjaśniona jest kwestia akcentów w niektórych imionach i nazwiskach – raz się one pojawiają, a raz znikają), jednak przekład jest ogólnie bez zarzutu, co więcej, widać w nim rękę poety (którym jest jeden z tłumaczy, Carlos Marrodán Casas).

Labirynt duchów, jak każdy tom z serii Cmentarz Zapomnianych Książek, pozostawił we mnie niedosyt i cichą nadzieję, iż autor po latach być może przypomni sobie jeszcze moich ulubionych bohaterów i wróci do nich w bliższej lub dalszej przyszłości. Panie Zafón – będę czekać!

[1] Moim ulubionym słowem poznanym w trakcie lektury jest termin „fintifluszki”!

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Pożegnanie z magiczną Barceloną, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy