Rolą fantastyki jest wystawianie na próbę granic człowieczeństwa – wywiad z Jarosławem Grzędowiczem

1505819108_grzedowicz_2

O fantastyce mówi, że w obrębie tego gatunku można powiedzieć wszystko, dlatego sięga do różnorodnych konwencji jak do skrzynki z narzędziami. W utopiach widzi źródło wielu plag XX wieku, gdyż uważa, że urodził się w dystopii.  Chociaż pisze od trzydziestu pięciu lat i spojrzenie na opowiadania z przeszłości było dla niego jak otwarcie kapsuły czasu, to wierzy, że zawsze będzie miał coś nowego do powiedzenia o współczesności i zagrożeniach, które niesie. Z pisarzem, którego twórczość jest nieustannym krytycznym namysłem nad wyzwaniami bliskiej przyszłości rozmawia Anita Całek. 

Anita Całek: Trzydzieści pięć lat pracy twórczej to piękny jubileusz, bo pozwala swoje pisarstwo osadzić w czasie i spojrzeć na nie z dłuższej perspektywy. Jak Pan ocenia dziś swój wybór zawodowy i na ile udało się już Panu zrealizować swoje pisarskie marzenia, a co jeszcze pozostało w fazie projektów czy w postaci brulionów?

Jarosław Grzędowicz: To nie jest tak, że człowiek rodzi się z gotowym zapasem tematów pisarskich, a potem czerpie z tej puli. Kolejne pomysły, refleksje i historie pojawiają się przez cały czas, pod wpływem refleksji na wydarzenia, doświadczenia, życie po prostu. Mam nadzieję, że zawsze będę miał coś do powiedzenia.

AC: Z pewnością tak będzie, co pokazuje Pana najnowszy zbiór opowiadań Azyl. Pozwala nam Pan spojrzeć na teksty tam zawarte w perspektywie autobiograficznej, umieszczając po nich krótkie autokomentarze. Czynił Pan tak zresztą również w tomach wcześniejszych. 

JG: To tylko takie dookreślenie kontekstu, w jakim opowiadanie powstało. Przejaw pewnej tradycji – napotykałem podobne notki w zbiorach innych autorów i zawsze mnie to interesowało, więc doszedłem do wniosku, że część czytelników zareaguje tak samo. Kogo te wynurzenia nie interesują, łatwo je może ominąć. Zbiory opowiadań mają to do siebie, że zwykle gromadzą teksty, które powstawały w różnym czasie i różnych okolicznościach. Warto to przybliżyć, zbiór staje się wtedy pełniejszy. Co innego, kiedy mamy do czynienia z opowiadaniami napisanymi od razu z myślą o wydaniu ich razem, według jakiegoś klucza. Wtedy takie komentarze są zbędne. W przypadku takiego zbioru jak Azyl, który jest czymś w rodzaju „edycji specjalnej”, łączącej teksty dawne, powstające w rożnym czasie i okolicznościach, wyjaśnienie tła ich powstania nadało całości kontekst.

ACA jak czyta się Panu własne teksty po latach? Jak w ich perspektywie wygląda dotychczasowa pisarska droga?

JG: Przez jakiś czas nawet nie myślałem o tym, żeby wracać do tamtych historii, zwłaszcza że nie miałem ich fizycznie. Część została napisana na maszynie i nie miałem elektronicznych wersji, inne ukazały się lata temu, a komputery, na których je napisano, poległy po drodze razem z zawartością twardych dysków, jeśli miałem jakieś backupy, to na dyskietkach – na czym miałbym je odczytać? Uważałem że należą do przeszłości. Dopiero ludzie z wydawnictwa mnie przekonali, właśnie przy okazji jubileuszu, który też był ich inicjatywą. Ktoś spojrzał na biogram, policzył i okazało się, że właśnie mija trzydzieści pięć lat. Spojrzenie na te opowiadania po latach było jak otwarcie kapsuły czasu. Wręcz nie wiedziałem, czego się spodziewać. Okazało się, że historie jednak się bronią. Jasne, że teraz piszę inaczej, okrzepłem, obrosłem doświadczeniem. Ale one istnieją, a ten zbiór to takie uzupełnienie. Rodzaj ciekawostki. Po co miały istnieć jedynie w przeszłości?

AC: Teksty te potwierdziły różnorodność tematów, które Pan podejmuje, zwłaszcza jeśli chodzi o opowiadania. Czy zatem któraś konwencja literacka w obrębie literatury fantastycznej jest Panu najbliższa?

JG: Konwencje dobieram jak narzędzia ze skrzynki. Wszystko zależy od tego, co chcę opowiedzieć. Celowo nie ograniczam się do jednego zbioru toposów, bo fantastyka jest wyjątkowo pojemną formułą. Raz potrzebny mi horror, innym razem subtelna obyczajowa groza albo fantasy czy science fiction. W obrębie tego gatunku można powiedzieć wszystko, nie chcę się ograniczać do jednego sposobu, tak, jak nie chciałbym naprawiać wszystkiego młotkiem.

AC: Podobnie wygląda kwestia doboru gatunków. W dorobku ma Pan zarówno dłuższe formy (w tym czterotomowego Pana Lodowego Ogrodu), jak i krótsze tekstyCo jest – pod względem gatunkowym – Panu bliższe? Co pisze się lepiej: wielką epicką powieść czy dobrze skonstruowane i zbudowane na konkretnym pomyśle opowiadanie?

JG: Nie ma reguły. Każdy utwór ma swoje rafy i mielizny. Czasami człowieka niesie fraza, narracja i pomysł, a czasami z najgłupszą sceną walczy się jak z zatrzaśniętymi drzwiami. To się może zdarzyć równie dobrze w opowiadaniu jak w powieści.

AC: Co powstaje w Pana głowie najpierw – świat czy bohaterowie? Jak to było w przypadku konkretnych Pana utworów?

JG: Zwykle jest tak, że najpierw pojawia się pomysł w postaci ogólnego założenia. Takiego przebłysku, zawierającego w sobie podstawowe elementy, pozwalające, by model zadziałał. Z reguły są tam jakieś wstępne założenia dotyczące realiów i bohatera, które potem obrastają w kolejne szczegóły, a czasem są modyfikowane. Nie da się stworzyć historii, wychodząc tylko od postaci albo od realiów bez związku z niczym konkretnym. Przynajmniej w moim przypadku to tak nie działa.

AC: A jak było z Panem Lodowego Ogrodu: na ile pomysł był gotowy od razu, a na ile rozwinął go Pan podczas pisania? Powieść ta jest przecież absolutnym fenomenem w polskiej literaturze fantasy, porównywalnym z Ziemiomorzem U.K. Le Guin czy innymi całościowymi kreacjami światotwórczymi. 

JG: Dziękuję, ale nie mnie to oceniać. Co do pomysłu, zrazu istniał w skrótowej syntetycznej formie, sam ubrdałem sobie, że to będzie nie za długa powieść, najwyżej w dwóch tomach. W trakcie pisania okazało się, że potrzebuję więcej przestrzeni, szerszej perspektywy, że historia wymaga szerokich planów i epickich scen. Że od punktu A do punktu B wiedzie dalsza droga, niż mi się zdawało. Że potrzebuję rozbudowanego świata, żeby cała historia otrzymała właściwy kontekst.

AC: Na temat Pana Lodowego Ogrodu powstało już kilka rozpraw naukowych, co pokazuje ogromny potencjał, jaki kryje się zarówno w świecie Midgaardu, jak i w  fabule. Co dla Pana stanowiło większe wyzwanie: połączenie poszczególnych wątków fabularnych czy skonstruowanie wiarygodnego uniwersum?

JG: Największym wyzwaniem był rozmiar całego uniwersum, konieczność żonglowania bardzo wieloma elementami na raz, mnogością pobocznych postaci. Trzeba było kontrolować wiele szczegółów równocześnie, pilnować wewnętrznej logiki świata. Tak to bywa przy dużych historiach. Z drugiej strony kreowanie bogatego uniwersum, z religiami, kulturami, językami i obyczajami, daje ogromną satysfakcję. Nawiasem mówiąc, nie miałem świadomości istnienia rozpraw naukowych na temat tej książki. Słyszałem coś o paru pracach maturalnych, ale o dysertacjach nie.

AC: Pan Lodowego Ogrodu wpisuje się też w refleksję nad możliwością zaistnienia utopii w świecie, który umożliwia tworzenie niemal bez ograniczeń. Wątki dystopijne pojawiają się również w innych utworach – głównie w opowiadaniach, ale i w Helu-3. Co atrakcyjnego niesie ze sobą utopia (przekształcająca się w dystopię), skoro wciąż Pan do niej powraca?

JG: Ściśle rzecz biorąc nie tyle atrakcyjnego, ile groźnego. Wszystkie plagi XX wieku miały źródło w utopiach, które przekształciły się w dystopie, bo taka jest ich natura. To zagrożenie nadal istnieje, także po upadku hitleryzmu i bolszewickiego komunizmu. Chęć naprawy świata według filozoficznych założeń, które mają sprowadzić powszechną szczęśliwość, wciąż jest dosyć powszechna i wciąż niesie te same zagrożenia. Za każdym razem na przeszkodzie staje natura ludzka i zwyczajna praktyka, więc trzeba je nagiąć przymusem. No, a ja urodziłem się w dystopii, więc jestem bardziej przewrażliwiony niż ci, którzy tego nie zaznali.

AC: Vuko Drakkainen podbił serca czytelników jako bohater świetnie wpisujący się w konwencję, a zarazem błyskotliwie ją dekonstruujący i przekraczający granice gatunkuBadacze określają Pana powieść jako science fantasypodkreślają jej metafikcyjny i postmodernistyczny charakter. A jak to wygląda z Pana perspektywy? 

JG: Ja jestem tylko autorem, który opowiedział pewną historię najlepiej jak umiał. Nie jestem teoretykiem literatury. Ten bohater pozwalał mi patrzeć na świat fantasy oczami współczesnego człowieka. Pozwalał na refleksje, jakie moglibyśmy mieć, obserwując na własne oczy świat średniowieczny. Choć w tym przypadku raczej paraśredniowieczny. Dawało mi to ciekawy punkt widzenia i pewną swobodę.

AC: Pomysł, by w Panu Lodowego Ogrodu „zagrać” perspektywami narracyjnymi, wprowadzając jako fokalizatorów Vuka (obcego), Filara (autochtona) i neutralne, „trzecioosobowe” oko rejestratora (cyfral) pozwolił Panu na umieszczenie w powieści problematyki kulturowej i antropologicznej, doskonale rozpisanej na polifoniczne głosy. Skąd taki (doskonały skądinąd) pomysł i co chciał Pan za jego pomocą osiągnąć?

JG: Możliwość opisania świata na wielu planach. Stworzenia swego rodzaju efektu 3D. Chodziło o to, żeby rzeczywistość wydawała się szersza i bogatsza, niż pozwala na to sam plan powieści. Żebyśmy mieli wrażenie, że wiemy, co znajduje się za rogiem, mimo że bohater nigdy tam nie zajrzy. Ten sam zabieg pozwalał też poradzić sobie z ograniczeniami czysto geograficznymi. Jeden bohater, skazany na podróż piechotą, konno lub statkiem żaglowym, nie były w stanie ogarnąć obszarów, jakie były mi niezbędne do stworzenia całości obrazu.

AC: Temat technologii i odpowiedzialności za jej wykorzystanie to kolejny z motywów powracających w Pana twórczości. 

JG: To jeden z podstawowych motywów fantastyki naukowej i nie tylko, zważywszy, że pierwsze podjęcie tej kwestii to podanie o Golemie i Frankenstein Mary Shelley. Do tego żyjemy w okresie historycznym, w którym to zagrożenie jest silniejsze niż kiedykolwiek. Na co dzień mamy do czynienia z technologią, której możliwości zaczynają nas przerastać. Nawet po prostu korzystając z Internetu nie zdajemy sobie sprawy, które nasze poczynania są rejestrowane i kto z tego korzysta, na jakiej podstawie podsuwa się nam wyniki wyszukiwania i reklamy sprofilowane specjalnie dla nas. Wprowadza się nowe technologie i nikt nie myśli o możliwych konsekwencjach. Dla autora, albo po prostu wytrawnego czytelnika fantastyki, to horror. Wystarczy pomyśleć dwa kroki do przodu.

AC: Pana bohaterowie – zwłaszcza w opowiadaniach – stają wobec poważnych wyzwań i wystawia ich Pan na takie próby, z których nie zawsze wychodzą całoBada Pan w ten sposób granice człowieczeństwa?

JG: Taka jest w moim pojęciu rola fantastyki. Jedna z wielu. Tym bardziej, że wyzwania współczesności, z którymi nie umiemy sobie poradzić, polegają na tym, że zagrażają samej istocie człowieczeństwa. Istnieją ludzie, którzy postulują połączenie systemów komputerowych i neuronowych. Roją o zatarciu granicy pomiędzy rzeczywistością cyfrową i osobowością. Postulują nadejście „epoki posthumanizmu” i mówią to serio.

ACdalsze plany? Raczej krótkie formy czy może kolejna wielka epicka opowieść?

JG: W tej chwili chciałbym przez jakiś czas pisać raczej krótsze formy niż wielotomowe epopeje. Najchętniej pojedyncze powieści na różne tematy. Tyle że to co się dzieje w głowie pisarza jest dosyć nieprzewidywalne, więc, tak czy owak – czas pokaże.

ACSerdecznie dziękuję za rozmowę i – jak pewnie wielu z Pana czytelników – z niecierpliwością będę czekać na rezultaty tych nieprzewidywalnych procesów twórczych, niezależnie jaki ostatecznie przybiorą kształt. 

Anita Całek

Anita Całek, Rolą fantastyki jest wystawianie na próbę granic człowieczeństwa – wywiad z Jarosławem Grzędowiczem, „Creatio Fantastica” nr 2 (57)

Reklamy