Krzysztof M. Maj – Bruce, mamy dziewiętnasty wiek!

gothambygaslight_marquee_5a5fd811efba36.48594191Recenzja animacji: Batman: Gotham by Gaslight, reż. Sam Liu, DC Entertainment 2018.

Animacja Batman: Gotham by Gaslight udowadnia znaną prawdę: tak jak filmowe uniwersum Marvela pozostaje niedoścignione dla adaptacji z konkurencyjnego królestwa noir, tak już pod względem jakości animacji uniwersum DC wygrywa w przedbiegach. Osobiście Batmana poznałem właśnie nie z komiksowych oryginałów czy – przyznajmy, kongenialnych – adaptacji filmowych Christophera Nolana (nie należę do fanów estetyki Burtonowskiej), lecz właśnie z animacji, przede wszystkim zaś kultowego serialu Batman: The Animated Series z lat dziewięćdziesiątych.

Najnowsza produkcja w reżyserii Sama Liu przenosi nas w nieoczekiwany entourage, w komiksach znany jako „Elseworld”: oto Batman krzyżuje swój los z legendarnym Kubą Rozpruwaczem w otoczeniu stanowiącym zdumiewającą mieszankę neowiktoriańskiej estetyki dziewiętnastowiecznego Londynu z kontrfaktycznym Gotham. W animacji spotykamy zatem zarówno Batmanowski ekwiwalent siostry Nightingale, jak i żelazną reprezentację poczciwego ludu Gotham: Alfreda Pennywortha, Poison Ivy (z którą wiąże się nieoczekiwany twist fabularny na samym początku filmu), prokuratora Harveya Denta, dr. Hugo Strange’a, komisarza Jamesa Gordona, Selenę Kyle i oczywiście pomagające Batmanowi sieroty z przytułku siostry Leslie. Równocześnie jednak, choć Bruce Wayne dalej szasta dolarami, a nie szterlingami, i spotyka się ze śmietanką towarzyską Gotham w The Diogenes Club, reżyser znakomicie balansuje pomiędzy amerykańskimi korzeniami Batmana a rdzennie londyńską estetyką opowieści o Rozpruwaczu – skutkiem czego otrzymujemy fenomenalny cross-over, wydobywający to, co najlepsze, z obydwu jakże klasycznych narracji. Także kreska, z jaką oddane zostały ciemne ulice neowiktoriańskiego Gotham, doskonale konweniuje z tonacją noir, w jakiej zrealizowane zostały najlepsze historie o Batmanie – i odwzorowuje estetykę najwyżej ocenianych animacji, jak chociażby Batman: W cieniu czerwonego kaptura z 2010 roku, Batman: Rok pierwszy z 2011 czy też obydwu części Mrocznego rycerza: Powrotu z, odpowiednio, 2012 i 2013 roku.

Batman Sama Liu siłą rzeczy też powraca do detektywistycznych korzeni postaci – i wychodzi mu to zdecydowanie na dobre. Z prawdziwą ulgą ogląda się Bruca Wayne’a stosującego prekursorskie – pamiętajmy, jest XIX wiek! – techniki kryminalistyczne, a nie usiłującego dotrzymać kroku półbogom z Ligi Sprawiedliwych i łapiącego zadyszkę w walkach z kolejnymi superzłoczyńcami. Opowieść o zmaganiach Batmana z Kubą Rozpruwaczem jest kameralna, okrutna i mroczna, a Bruce niejeden raz przekonuje się, że mordercy co i rusz nie tylko udaje się go przechytrzyć, ale także złamać jego wolę i to w stylu niezgorszym od Bane’a. Oczywiście główną atrakcją produkcji jest sposobność do dedukowania, któż z przebogatej galerii mieszkańców Gotham ukrywa się za wysoko postawionym kołnierzem ulstera i pod zsuniętym na oczy cylindrem – zwłaszcza, że jego misja oczyszczenia Gotham z ulicznego grzechu pasuje nie tylko do profilu psychologicznego jego najokrutniejszych złoczyńców.

Cieszy przy tym to, że animacja oddaje sprawiedliwość także współcześniejszym dyskursom i wydobywa problem sufrażystek, imigracji, drapieżnego kapitalizmu czy nieetycznych praktyk medycznych (dr Strange przeprowadza na pacjentach Arkham lobotomię), co pozwala na utworzenie kolejnego pomostu pomiędzy Batmanowską współczesnością a wiekiem pary i rewolucji przemysłowej. Gdy Dent z protekcjonalnym uśmiechem upomina Wayne’a słowami: „Bruce, mamy dziewiętnasty wiek” – wiadomo, że Gotham by Gaslight nie traktuje przeniesienia historii o Batmanie do czasów wiktoriańskich jako zwykłego zabiegu estetycznego, podmieniającego scenerię z postindustrialnej na steampunkową. To dalej jest historia głęboko nowoczesna, stwarzająca przestrzeń nie tyle do sztampowego konfliktu dobra ze złem, ile do starcia wielu zniuansowanych ideologii, z których każda, z pozoru nawet najszlachetniejsza, może prowadzić na ścieżkę niewyobrażalnego okrucieństwa i zbrodni. Zdecydowanie polecam rzecz wszystkim tym, których kusi, by zajrzeć i pod tę maskę Kuby Rozpruwacza.

Krzysztof M. Maj

Krzysztof M. Maj, Bruce, mamy dziewiętnasty wiek!, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy