Oliwia Olczyk – Chłopiec z gitarą

coco cRecenzja filmu: Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina, Stany Zjednoczone: Walt Disney Pictures, Pixar Animation Studios 2017.

Tym razem Disney mnie nie zawiódł – po rozczarowaniu związanym z Vaianą. Skarbem oceanu Pixar zabrał mnie do świata meksykańskiej fiesty. Po wielu animacjach, w których główne role przypadały kobietom czy dziewczynkom, Coco zwraca uwagę silną chłopięcą postacią pierwszoplanową, co jest jego niewątpliwym atutem.

Film rozpoczyna się przedstawieniem losów rodziny głównego bohatera – począwszy od prapradziadka Miguela, który zostawił żonę i córeczkę dla kariery muzycznej, po rodzinny interes produkcji butów i absolutny zakaz muzyki w domu. Cała historia przedstawiona jest na kolorowych wycinankach, pojawiających się również w ostatniej scenie, co tworzy piękną klamrę kompozycyjną. Dodatkowo już pierwsze dźwięki disnejowskiego intro, które zostało przestylizowane na muzykę mariachi, przekonują widza, że umieszczenie akcji w najbardziej kolorowym kraju Ameryki Północnej było bardzo dobrym wyborem.

Jak można się domyślić, Miguel od samego początku opowieści buntuje się przeciw regułom wyznaczonym przez rodzinę, nie przejawiając żadnego zainteresowania czyszczeniem butów. W jego sercu jest muzyka. Po kryjomu uczy się grać na gitarze w pokoju z ołtarzykiem wystawionym na cześć wielkiej gwiazdy – Ernesto de la Cruza. Oczywiście z pasji Miguela wynikają same kłopoty – o to nietrudno, gdy ma się tak konsekwentną babcię. Wymówką zawsze staje się dobro rodziny i tradycja – oba te elementy wybijają się na pierwszy plan w znacznej części filmu.

W mieście zamieszkiwanym przez protagonistę zorganizowany zostaje konkurs talentów, który może okazać się szansą na sprawdzenie umiejętności dla chłopca. Podczas próby przyłapuje go jednak babcia i zaczyna bez serca tłuc gitarą o ziemię – tak, że zostają z niej tylko struny i kupa śmieci. Na konkurs wstęp mają jedynie artyści z własnym sprzętem muzycznym. Niestety nikt z występujących nie chce pożyczyć swojego instrumentu. Miguel wpada więc na genialny pomysł „pożyczenia” gitary z grobu Ernesto de la Cruza. A że święcie wierzy, że to właśnie de la Cruz jest tym dziadkiem-uciekinierem, którego sylwetkę wycięto z rodzinnego zdjęcia, to czuje się usprawiedliwiony.

Inaczej sądzą postacie z zaświatów. Miguel za dotknięciem gitary przenosi się do miasta zmarłych – okazuje się, że nie są to tylko mrzonki nestorki rodu. Nieżyjący przodkowie naprawdę jednego dnia w roku przechodzą przez bramę między światami. Miguel, aby wrócić w swoim ciele do żywych, musi uzyskać błogosławieństwo swoich krewnych. Nie satysfakcjonuje go jednak ultimatum praprababci o zakazie muzykowania – postanawia więc odnaleźć prapradziadka. Zdobycie wyczekiwanego błogosławieństwa może stać się nie lada wyzwaniem – jeszcze większym okaże się zderzenie z prawdą o rodzinie…

Podczas seansu Coco widza zasypuje się szczegółami koligacji rodzinnych i aż trudno się nadziwić, jak Miguel jest w stanie zapamiętać wszystkich przodków. Nowa animacja odzwierciedla ostatnie tendencje Disneya do skoncentrowania się wokół relacji z rodziną (co widać na przykład w Krainie lodu, gdzie na pierwszy plan wysuwa się siostrzana miłość, a nie poszukiwanie drugiej połówki).

Skoro Miguel to główny bohater, gdzie w takim razie jest tytułowa Coco? Okazuje się, że to zniedołężniała prababcia chłopca. Mimo że jest ostatnim świadkiem rodzącej się w rodzinie niechęci do muzyki, traci pamięć i prawie nic nie mówi, nie może więc w żaden sposób odnieść się do zaistniałego konfliktu. Główny bohater znajdzie jednak sposób na wywołanie uśmiechu u antenantki.

Niewątpliwym plusem Coco jest wyeksponowanie niepowtarzalnego klimatu Meksyku i wierne oddanie tradycji Día de Muertos, czyli święta zmarłych. Twórcy filmu przez kilka lat podróżowali po Meksyku, aby jak najlepiej poznać miejscową kulturę, dzięki czemu jest ona widoczna w każdym kadrze: począwszy od kolorowej fiesty w mieście Miguela, po imponujące wzorzyste czaszki bohaterów z miasta zmarłych.

Uwagę zwraca również dbałość o detale przy tworzeniu postaci nieżyjących krewnych – kościotrupy mają niezwykle bogatą mimikę, wbrew czysto biologicznym ograniczeniom. Na pochwałę zasługuje też warstwa dźwiękowa – każdy ruch kościotrupa wiąże się z innym dźwiękiem uderzających o siebie kosteczek, co wypada szczególnie spektakularnie w tańcu Hektora.

Także muzyka inspirowana kulturą Meksyku świetnie oddaje zmieniający się nastrój – od porywającego do tańca, scenicznego Un Poco Loco, do wzruszającego Pamiętaj mnie. W przypadku pierwszego utworu ciekawym zabiegiem jest kompilacja języka hiszpańskiego z polskim, z zachowaniem proporcji, które nie utrudniają zrozumienia sensu piosenki, a bez wątpienia nadają jej unikatowego charakteru.

Trzeba przyznać, że również gry językowe udały się tłumaczom znakomicie. Wystarczy wspomnieć dwa przykłady: „spaliłabym się na proch ze wstydu” czy „nieźle śmigasz jak na sztywnego”, które w kontekście obywatela miasta zmarłych brzmią osobliwie. Tak samo jest z imieniem psa Miguela, który okazuje się przewodnikiem między dwoma światami – Dante!

Coco jest piękną opowieścią o konsekwencji w dążeniu do pokazania swojego prawdziwego ja. Po raz kolejny po Vaianie Disney podkreśla, jak ważne jest pozostanie sobą bez względu na przeciwności losu i brak akceptacji najbliższych. W Coco jednak główny bohater uczy się, że mimo niezrozumienia ze strony rodziny, trzeba o niej pamiętać i wzajemnie się wspierać. W jego sytuacji wystarczyło poznać prawdę i odważnie skonfrontować się z przeszłością. Nie udałoby się to bez pewnej dozy szaleństwa – gdyby Miguel nie próbował ukraść gitary de la Cruza, nie przeniósłby się do świata zmarłych. Ale przecież czasem warto być un poco loco – wtedy wszystko, co przerażające, staje się piękniejsze.

Oliwia Olczyk 

Oliwia Olczyk, Chłopiec z gitarą, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy