Barbara Szymczak-Maciejczyk – Baśń o samotności

7814553.3Recenzja filmu: Kształt wody [The Shape of Water], reż. Guillermo del Toro, Stany Zjednoczone: Fox Searchlight Pictures 2017.

Filmy nominowane do słynnych nagród Oscara czy Złotego Globu zawsze oglądam z dużą dozą krytycyzmu i podejrzliwości. W końcu wiadomo, że coś, co podoba się wszystkim, wcale nie musi być rzeczywiście tak dobre. Jednak w dobie blockbusterowych produkcji, zalewu seriali i filmów, których nie chce się obejrzeć dwa razy, Kształt wody Guillermo del Toro to prawdziwa perełka.

Eliza Esposito (Sally Hawkins) to pracowniczka rządowego laboratorium. Kobieta jest niema, gdyż w dzieciństwie przeszła poważny uraz krtani. Przyjaźni się z drugą sprzątaczką, gadatliwą Zeldą (Octavia Spencer) – osobą o wielkim sercu i ostrym języku. Życie Elizy jest monotonne i przewidywalne: pobudka, gotowanie jajek na śniadanie, kąpiel, wizyta u przyjaciela-rysownika mieszkającego za ścianą i wyjście do pracy. Wszystko się zmienia, gdy przyjaciółki dostają polecenie posprzątania sali zbryzganej krwią. Główna bohaterka nawiązuje kontakt z nieznaną istotą żyjącą w wodzie, schwytaną i więzioną przez rządowych agentów. Pomiędzy nią a człowiekiem amfibią rodzi się przyjaźń, a z czasem – coś więcej.

W filmie del Toro wracamy do czasów zimnej wojny, w czasie której Amerykanie starali się zrobić wszystko, by prześcignąć Rosjan w dążeniu do wiedzy, pardon, władzy. Bezlitosna rywalizacja nie pozostawia miejsca na najmniejsze sentymenty, co ukazują relacje naukowca Roberta Hoffstetlera (Michael Stuhlbarg) czy przerażającego Richarda Stricklanda (Michael Shannon) z ich bezpośrednimi przełożonymi. Na ekranie zobaczymy również, jak ówcześnie traktowano osoby czarnoskóre[1] i jak wykorzystywano źle rozumianą religię do pognębienia drugiego człowieka.

Jednak przede wszystkim Kształt wody to prosta, trochę sentymentalna, nieco romantyczna, lecz z pewnością na poły fantastyczna, niepozbawiona dreszczyku emocji baśń o samotności. A ta jest odczuwana przez bohaterów na wielu płaszczyznach: Eliza jest odtrącona przez ogół społeczeństwa z uwagi na niezdolność mówienia, jej przyjaciel, homoseksualny rysownik Fleming (David Hewlett), nie dość, że traci pracę (rysunek zostaje wyparty przez fotografię), to w dodatku nie może nawiązać głębszych relacji z innymi ludźmi z uwagi na swoją orientację, z kolei wielkoduszna Zelda jest osamotniona w nieszczęśliwym małżeństwie. Nawet główny antagonista, Strickland, wydaje się być nierozumiany przez żonę. Najbardziej oczywista jest samotność człowieka amfibii – niemogącego porozumiewać się z innymi (do czasu) jedynego przedstawiciela swojego gatunku.

W dość naturalny sposób rozwija się relacja Elizy i podwodnego stworzenia. Dochodzi do klasycznych zalotów, w których pałeczkę przejmuje kobieta. Sprzątaczka przynosi wodnemu stworzeniu jedzenie (za każdym razem są to jajka), puszcza mu muzykę, uczy podstawowych znaków języka migowego, kupuje sobie wymarzone czerwone buty, bo nareszcie czuje się kochana i pożądana. Kiedy udaje jej się wykraść go z laboratorium (by ocalić go od śmierci), bohaterka przeżywa swoje najpiękniejsze chwile, jednak ten romans – pozornie nie do pomyślenia – nie może trwać wiecznie, ponieważ amfibia musi wrócić do swojego naturalnego środowiska. Wówczas dzieje się coś, co nie miało prawa się wydarzyć…

Obsada aktorska jest idealnie dobrana, dzięki czemu Kształt wody to wspaniałe widowisko, pomimo – a może zwłaszcza – niewielkiej ilości rekwizytów i prostej scenografii. Każdy przedmiot, który widzimy, posiada swoje znaczenie (nierzadko symboliczne), film nie obfituje w zbędne słowa. Na szczególną uwagę zasługuje sama kreacja postaci niemej Elizy, której nie musimy słyszeć, by czuć to, co ona czuje, bo emocje są wręcz wypisane na jej twarzy, a w niektórych momentach wyśpiewują je legendy wczesnego kina. Del Toro stworzył obraz koncentrujący się wokół zasady minimum – maksimum: minimum środków, maksimum treści.

W filmie widoczne są pewne niedociągnięcia w scenariuszu (autorstwa del Toro i Vanessy Taylor) czy zbędne uproszczenia, jednak dzięki nim – oraz oszczędności w stosowaniu efektów specjalnych – widz koncentruje się na tym, na czym powinien: na smutnej, ale pięknej historii grupy (bo nie tylko pary widniejącej na plakacie) ludzi.

[1] To jest kolejny film z udziałem Octavii Spencer, który ukazuje tę kwestię. Poprzednie dwa to Służące i genialne Ukryte działania.

 

Barbara Szymczak-Maciejczyk

Barbara Szymczak-Maciejczyk, Baśń o samotności, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy