Alicja Podkalicka – Początek końca

AR_ToD_cover_PL_front-1-540x807Recenzja książki: Aaron Rosenberg, Fale ciemności  [World of Warcraft. Tides of Darkness], przekł. Dominika Repeczko, Kraków: Insignis 2017, ISBN: 978-83-65743-71-8, ss. 328.

World of Warcraft to już pewien fenomen wśród gier komputerowych. Produkcja osadzona w uniwersum Warcrafta, tym razem jednak jako MMORPG, zyskała sobie rzesze fanów bardzo szybko – i to nie tylko wśród lubujących się we wcześniejszych tytułach Blizzarda. W przypadku tego tytułu forma gry online, zawierająca elementy fabularne, system rozwoju postaci i własną ekonomię, sprawdziła się doskonale – i chociaż WoW nie jest ani jedyną, ani nawet pierwszą tego typu grą, bardzo szybko okazał się być tą najpopularniejszą. Pozostaje też na wysokich miejscach w rankingach po dziś dzień. Uniwersum Warcrafta przyciąga do siebie jednak nie tylko za sprawą społecznego aspektu rozgrywki, ale także rozbudowaną warstwą fabularną, która została przełożona również na serię książek oraz film. Wydawnictwo Insignis zaś zaproponowało polskiemu czytelnikowi przekład serii Blizzard Legends, której czwarty tom, Fale ciemności, mam przyjemność przedstawić.

Wichrogród został doszczętnie zniszczony. Armie ludzi dowodzone przez Czempionów oddały pola niekończącym się zastępom hordy, by w popłochu uciec przez Wielkie Morze do Lordearonu. Tam Anduina Lothara, wiodącego uchodźców w miejsce tymczasowo tylko bezpieczne, czeka najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze zadanie – przekonanie władców tej krainy do zjednoczenia się przeciwko nowemu zagrożeniu. Czy jest to możliwe w sytuacji, gdy słowo „ork” jest dla nich całkowicie obce, a opowieści o zastępach zielonoskórych potworów o czerwonych oczach, władających własną, wykoślawioną magią, której magowie nie chcą bądź nie potrafią się przeciwstawić, wywołują śmiech i niedowierzanie? Jednak król Terenas dobrze wie, że Lothar przynosi prawdziwe wieści. Wspólnie próbują uświadomić innym władcom, również elfim i krasnoludzkim, że przymierze jest dla nich jedyną szansą na przetrwanie. Tymczasem Horda zmierza już ich śladem na zbudowanych przez siebie statkach. Co więcej, im również uda się znaleźć sojuszników…

Aaron Rosenberg, zastąpiwszy Christie Golden na pozycji opowiadającego, podejmuje historię w punkcie dość tragicznym i trudnym z punktu widzenia narracji, bowiem tuż po zniszczeniu Wichrogrodu. Nie ma co liczyć na długie wprowadzenia i tłumaczenia, czytelnik niezaznajomiony z grą bądź choćby poprzednimi tomami serii (a i tu odrobinę chaosu wprowadza wcześniejszy Arthas. Przebudzenie Króla Lisza, mieszając nieco na osi czasu) szybko się zgubi. Zupełnie zadowolony zaś powinien być ten, który z tytułami Blizzarda jest za pan brat, jako że czas wojny i tworzącego się Przymierza został tu ukazany dość wiernie. Autor lubuje się też w opisach, w czym nie ma nic dziwnego, jako że splendor i chwała miast ludzi (ale nie tylko – odwiedzimy tu również Quel’Thalas i ziemie krasnoludów) to coś, czym klimat gry był wręcz przesycony. I to się autorowi udało bardzo dobrze, podobnie jak opisy starć – odpowiednio dynamiczne, nieprzesadnie brutalne, ale wystarczająco wyraziste, by pobudzać wyobraźnię do działania.

Trochę gorzej jest z bohaterami, bo w natłoku akcji odrobinę gubią oni charaktery. W większości przypadków nie różnią się od siebie i czytelnik będzie musiał kształtować sobie wyobrażenie o nich nie na podstawie tego, co sobą faktycznie przedstawiają, a rzadkich słów autora na ten temat. Wyjątkiem jest Turalyon, w początkach wojny młody paladyn dopiero powstającego zakonu, nieoczekiwanie dla samego siebie i innych postawiony na pozycji dowódcy. On jako jedyny przejdzie tu wyraźną ewolucję osobowości, z nieśmiałego chłopaka stając się pewnym siebie przywódcą. To trudna lekcja, odbywana w dramatycznych okolicznościach – ale jak doskonale skonstruowana! Szkoda, że inni nie dostali tyle uwagi od autora.

Sporo zastrzeżeń może budzić (choć to żadna nowość, niemniej jednak zgrzyta za każdym razem) tłumaczenie oryginalnych nazw miejsc i imion bohaterów. Stormwind zostało Wichrogrodem, Silvermoon – Srebrną Luną, a Orgrim Doomhamer – Zgładzicielem. Choć zwolenników takiego traktowania nazw własnych w serii World of Warcraft jest wielu, ja zupełnie nie mogę się do nich przekonać. „Zgładziciel” czy „Krasnyszlak” brzmią bowiem bardziej jak koszmarki językowe niż przydomki bohaterów. Oberwało się nawet starej dobrej Alexstraszy, która została Alextrazą (próba wyszukania tej wersji w Google skutkuje co prawda odnalezieniem kilku przykładów takiej formy jej imienia, niemniej to pojedyncze przypadki – swoją drogą, dlaczego w manii spolszczania zachowano „x” zamiast zmienić je na swojskie „ks”?). To trochę… straszy.

Poza tym jednak trudno znaleźć w Falach ciemności jakieś większe wady. Aaron Rosenberg, znany niemal wyłącznie z powieści z uniwersum Starcrafta i Star Treka, poradził sobie z tematem równie dobrze, jak poprzedniczka, Christie Golden, doskonale oddając klimat gry. Polecam więc; jednak tym, którzy z innymi tytułami serii bądź samą grą jeszcze się nie zapoznali, proponowałabym najpierw sięgnąć po wcześniejsze pozycje.

Alicja Podkalicka

Alicja Podkalicka, Początek końca, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy