Monika Jasek – Lekarstwo masz w sobie

1871x2712_p259rbRecenzja filmu: Więzień labiryntu: lek na śmierć (Maze Runner: The Death Cure), reż. Wes Ball, Stany Zjednoczone: Imperial – Cinepix 2018.

Więzień labiryntu: Lek na śmierć na podstawie postapokaliptycznej trylogii autorstwa Jamesa Dashnera jest zwieńczeniem historii Thomasa (w tej roli Dylan O’Brien) i jego przyjaciół. Zaczyna się szybko i efektownie – od sceny napadu na pociąg. Widz zostaje wrzucony w sam środek dynamicznej akcji, której bieg śledzi z zapartym tchem już od pierwszych minut filmu. Zaletą tej części jest zdecydowanie szybkie tempo, świetny montaż i odpowiednia proporcja między efektami stworzonymi podczas nagrywania sekwencji, a tymi dodanymi przez grafików komputerowych. Całość produkcji utrzymano w podobnym stylu – akcja jest wartka, efekty specjalne zadziwiają, widzowie nie mają chwili oddechu. Nie ma na to czasu – ale czy to dobrze?

Gdy okazuje się, że w wagonie, którym przewożeni byli uratowani nastolatkowie, nie ma Minho (Ki Hong Lee), Thomas decyduje się na samobójczą misję, by uratować najlepszego przyjaciela. Cel jego wędrówki jest owiany tajemnicą – o legendarnym Ostatnim Mieście wiadomo niewiele, lecz Newt (Thomas Brodie-Sangster) oraz Fry (Dexter Darden) wiernie towarzyszą głównemu bohaterowi, jak przystało na dobrych kumpli. Okazuje się jednak, że uratowanie Minho będzie wyjątkowo trudne, a Thomas niejednokrotnie dokona wyborów, których efekty zaważą nie tylko na losach protagonisty, lecz także jego najbliższych przyjaciół.

Więzień labiryntu: Lek na śmierć stanowi odpowiednie zamknięcie trylogii. Sceny walk w porównaniu do pozostałych części wypadają zdecydowanie najlepiej, co wpływa na jego ogólną ocenę filmu. Nie znajdziemy w nim zbyt dużo niepotrzebnych przestojów (nie ma ich prawie w ogóle). Twórcy udowadniają, że potrafią zrobić świetny film pełen efektów specjalnych – szczególnie w drugiej części obrazu, w której nie brakuje strzelanin i licznych eksplozji. Ogląda się je z zapartym tchem i trudno nie docenić wkładu realizatorów w tychże scenach. Na pierwszy plan wysuwa się także przyjaźń i młodzieńcza miłość – w drugiej połowie filmu i w zakończeniu nie brakuje również kilku wzruszających chwil. Wes Ball sprytnie kieruje fabułą, tak, by zagrać na emocjach widzów w odpowiednich momentach.

Po zakończonym seansie widz odnosi wrażenie, że historia ma dobre – pomimo wielu ważnych strat wśród postaci – zakończenie, a ostatnie minuty dają nawet nadzieję na odbudowę tak strasznie zniszczonego świata. Reżyser pokazuje, że bohaterowie mają szansę na odnalezienie szczęścia, a trauma zostanie przezwyciężona.

Przy wszystkich zaletach Leku na śmierć irytuje jednak ogrom szczęśliwych zbiegów okoliczności oraz przypadków działających na korzyść Thomasa. O ile w scenach akcji nie przeszkadza mi to tak bardzo, o tyle w innych partiach jest to nie do zaakceptowania. Reżyser wybrał łatwiejszą drogę i zaniedbał te elementy, pozwalając wierzyć, że bohaterowie z każdej – nawet naprawdę niebezpiecznej – sytuacji wychodzą bez szwanku. Wprost niewiarygodna jest także łatwość, z jaką niemalże wszystko przychodzi Thomasowi.

Brakuje również refleksji na tematy moralne – do czego właściwie prowadzi tak zażarta walka o przetrwanie, jak należałoby odbierać fakt torturowania nastolatków w poszukiwaniu leku i jak to świadczy o przedstawionym w filmie (ale też i o naszym) człowieczeństwie? Odczuwam żal spowodowany tym, że ekranizację trzeciej części Więźnia labiryntu sprowadzono do świetnych efektów specjalnych i scen walk napędzających całą fabułę, a głębia i ważne kwestie zostają ograniczone do minimum.

Wes Ball oddaje widzom obraz dostarczający bez wątpienia świetnej rozrywki dla osób w każdym wieku – tym większa zatem szkoda, że nie uczynił z niego pełnokrwistego filmu będącego połączeniem świetnej akcji, przemyślanej fabuły i ważnych refleksji.

Monika Jasek 

Monika Jasek, Lekarstwo masz w sobie, „Creatio Fantastica”, nr 2 (57).

Reklamy