Mateusz Hupert – Przyszła na Hallownest zagłada

30121017_1066157006874166_396747962_nRecenzja gry: Hollow Knight, Team Cherry: 2017.

„Regrywalność” – to słowo, które w ostatnich latach powtarzane jest coraz częściej w dyskusjach o rozrywce elektronicznej, szczególnie jeśli chodzi o gry niezależne. Nie chcemy już tylko i wyłącznie gier dobrych, a może raczej – chcemy gier dobrych, które przyciągną nas na dłużej niż zwyczajowe parę godzin, po których w nowym, wspaniałym świecie nie pozostanie już nic do odkrycia. Być może to jest przyczyną, dla której ogromną popularność zyskały wszelkiej maści roguelike’i czy roguelite’y: w końcu proceduralne generowanie zawartości gry jest sposobem na potencjalnie nieskończoną różnorodność przeżywanych przygód. A przynajmniej tak jest na papierze… Rozczarowani gracze prędzej czy później odkrywają, że takie rozwiązanie może zapewnia ogromną ilość kombinacji, ale każda z nich naznaczona będzie nieubłaganie piętnem podobieństwa do poprzednich – w końcu powstaje z tych samych elementów. Jednak jest też inna szkoła, starsza, bardziej pracochłonna, a i powoli popadająca w zapomnienie wśród zalewu losowo generowanych potworków. Wystarczy stworzyć świat tak ogromny, tak naszpikowany tajemnicami czekającymi na odkrycie, istniejącymi niejako obok głównego wątku, a jednocześnie tak intrygujący, by obcujący z naszym dziełem gracz nie chciał go odłożyć ani na chwilę – póki nie zwiedzi każdego najmniejszego zakamarka. Jeśli dodatkowo historię bardziej się zasugeruje, niż opowie wprost, dając wyobraźni pożywkę, a fanom temat do dyskusji, mamy wręcz idealny przepis na coś, co nie tylko przyciągnie na długo, ale będzie odżywało w pamięci na nowo na długo po zakończeniu gry. Tym właśnie jest Hollow Knight – platformer-metroidvania, stworzony przez zespół Team Cherry.

Szlak zaprowadził cię do Dirtmouth – w położonej na powierzchni Hallownest, wielkiego podziemnego królestwa owadów wiosce spotkasz jedynie starego żuka. Ponury starzec opowiada o tym, jak wszyscy pozostali mieszkańcy zniknęli w wyschniętej studni, pod którą zaczynają się prastare tunele. Bogactwa obiecywane przez korytarze wymarłego królestwa wydają się niezmierzone, jednak blakną one wobec niesamowitych tajemnic, które wytrwały poszukiwacz przygód może zgłębić. Nie wiedząc na początku zupełnie nic o świecie, w którym przyszło ci żyć, zwiedzisz wiele krain, mając nadzieję znaleźć odpowiedzi – zielone, porośnięte mchem ogrody skrywające leże najstarszej istoty na ziemi, kraina kolorowych grzybów, wśród których wieczną straż na krawędzi otchłani pełni plemię wojowniczych modliszek, wreszcie sama stolica Hallownest, deszczowe Miasto Łez, to tylko kilka z nich. Wdrapiesz się na sam szczyt świata, zstąpisz do jego najdalszych głębin, a nawet zwiedzisz miejsce wyrwane z czasu i przestrzeni – by w końcu dowiedzieć się, kim jesteś i jaki jest twój prawdziwy cel. Jednak czy wystarczy ci wytrwałości, aby go wypełnić?

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest osobliwy kontrast: bajkowa, kreskówkowa oprawa graficzna i sympatyczne owadzie postaci o miłych głosach to ledwie rekwizyty, których użyto do opowiedzenia mrocznej, ponurej historii o ucieczce przed nieuniknionym, pogoni za uwielbieniem, obłędzie i zdradzie. W rzeczy samej, Hollow Knight serwuje kolejne fakty na temat historii upadku Hallownest w sposób oszczędny, pozostawiając wiele domysłom, pozwalając graczowi samemu poskładać przebieg wydarzeń w oparciu o podane mu wskazówki – tym mocniej uderza, kiedy spośród tych skrawków wyłoni się przerażająca prawda o tym, co doprowadziło do upadku królestwa… Taki zabieg i ogólny klimat całości dość mocno kojarzą się z serią Dark Souls – na tym jednak podobieństwa się nie kończą.

Tu i tam mamy bowiem do czynienia z ogromnym, otwartym światem, kolejność zwiedzania którego nie jest nam odgórnie narzucona. Aby doprowadzić fabułę do zakończenia w ten czy inny sposób, musimy odwiedzić niektóre z miejsc, jednak bez zamiłowania do odkrywania da się ukończyć grę nie ujawniwszy nawet połowy mapy! Obie gry serwują nam również starcia o iście diabelskim poziomie trudności – w przeciwieństwie do wspomnianego jednak tytułu, Hollow Knight największe wyzwania pozostawia dla chętnych, którzy chcieliby uzyskać najlepsze z możliwych zakończeń… albo móc poszczycić się sejwem z wymownym „100%” na ekranie wczytywania. Potężniejsze wersje pokonanych bossów, z którymi możemy zmierzyć się w świecie snów, arena, gdzie można zmagać się z całymi falami groźnych przeciwników w nieuczciwej, nierównej walce, a nawet cała osobna kraina, po której spacer stanowi jedno z najbardziej szalonych wyzwań platformowych, jakie kiedykolwiek widziałem… Tak, gracze chcący coś sobie udowodnić bez wątpienia znajdą tu coś dla siebie!

Hollow Knight korzysta z dość typowych dla gatunku sposobów na popychanie fabuły naprzód. Świat jest otwarty, ale spora jego część pozostaje dla nas niedostępna od samego początku – do niektórych obszarów dostaniemy się dopiero wtedy, kiedy nauczymy się podwójnego skoku, pozyskamy przedmiot pozwalający pływać w kwasowych rzekach krainy albo dający możliwość ślizgania się i odbijania od ścian – a to za tymi przeszkodami ukryte są kolejne wskazówki. Wszystko to przeprowadzono jednak w bardzo elegancki sposób – nie ma się wrażenia, że to metroidvania jak wszystkie inne, choć dostrzega się czasem coś przyjemnie znajomego.

Kolejne akrobatyczne sztuczki to nie jedyny sposób, w jaki możemy rozwijać naszego owadziego rycerza. Świat gry usłany jest miejscami wyjątkowymi, ważnymi dla jego historii lub zamieszkiwanymi przez niesamowite stworzenia – a odwiedzanie ich nierzadko pozostawi nas z pamiątką w postaci talizmanu. Za każdym razem, kiedy przysiądziemy na ławeczce, aby odpocząć, mamy możliwość zmiany aktualnie noszonego zestawu talizmanów, a te zapewniają nam różne interesujące efekty. Potężniejsze zaklęcia? Szybsze odzyskiwanie Duszy, za pomocą której możemy je rzucać lub się leczyć? Szybsze ciosy żądełkiem, większy zasięg, a może twardsza skorupa? Co tam skorupa! Gdyby  tak zmienić się w ślimaka albo zacząć rozsypywać wokół toksyczne zarodniki? A może wolisz opleść raniącego cię przeciwnika ostrymi cierniami? I skoro już masz zamiar dać się zranić, co powiesz na szał bojowy, kiedy jesteś na progu śmierci? Możliwości jest zatrzęsienie – zaś niektóre ze znajdziek potrafią wchodzić ze sobą w ciekawe interakcje, których odkrywanie stanowi zabawę samą w sobie. Oczywiście, talizmany zajmują pewną ilość mocno ograniczonego miejsca – jeśli chcesz, możesz na siłę upchnąć ich więcej… Ale wtedy lepiej miej pewność, że wiesz, co robisz!

Skoro już mowa o ławeczkach, jednym z najciekawszych wspomnień z początków w tej grze była dla mnie mapa. Mapa, którą trzeba w każdej nowej lokacji nabyć od sympatycznego bąka-kartografa – a i to na nic, bo stary podróżnik nie wszędzie się zapuszcza, a jego rysunki są dosyć niedokładne. Można więc kupić w jego sklepiku pióro i przy każdym posiedzeniu na ławeczce skrzętnie notować kolejne odwiedzone lokacje – jednak i to nie znaczy, że automatycznie będziesz wiedzieć, gdzie się znajdujesz. Kompas wskaże aktualną pozycję na mapie, jednak zajmuje cenne miejsce, które można zamiast tego przeznaczyć na talizmany zwiększające sprawność w boju. To jak? Idziemy na łatwiznę czy wysilamy szare komórki?

Zająłem już całą masę miejsca, a wciąż mam wrażenie, że nie omówiłem nawet połowy powodów, dla których warto w Hollow Knighta zagrać (świetna ścieżka dźwiękowa! Kapitalnie napisani bohaterowie niezależni!) – dlatego zrobimy tak: po prostu sprawdzicie go sami, a podziękujecie mi dużo później. Dodam jeszcze tylko, że zespół Team Cherry nie spoczął na laurach po premierze gry – nie dalej niż tydzień temu zostało udostępnione już trzecie darmowe rozszerzenie, a w planach jest jeszcze co najmniej jedno. To ogromna gra i fantastyczna przygoda dla kogoś, kto lubi kopać głęboko w poszukiwaniu sekretów – i taka, która ciągle rośnie. Definitywnie najlepsza metroidvania ostatnich kilku lat. Być fanem gatunku i nie spróbować byłoby po prostu błędem.

Mateusz Hupert

Mateusz Hupert, Przyszła na Hallownest zagłada, „Creatio Fantastica”, nr 1 (58).

Reklamy