Marcin Chudoba – Popkulturowy miszmasz

Recenzja filmu: Player One [Ready Player One], reż. Steven Spielberg, Stany Zjednoczone Ameryki: Warner Bros. Pictures, Amblin Partners, Amblin Entertainment, Village Roadshow Pictures, De Line Pictures, Access Entertainment, Dune Entertainment, Farah Films& Management 2018.

Ucieczka od szarej rzeczywistości, problemów egzystencji czy w końcu zatracanie się w różnego rodzaju hobby – to popularne wśród twórców motywy przewodnie wykorzystywane w książkach, filmach, serialach oraz komiksach. Zazwyczaj narracje tego typu cechuje przesłanie, mające uzmysłowić odbiorcom, że prawdziwe życie nie toczy się na kartach opasłych powieści czy w rozległych fikcyjnych światach gier komputerowych, lecz tuż obok nas.

Pod tym względem Player One w reżyserii Stevena Spielberga nie różni się niczym od bardzo podobnych produktów popkultury. Opowieść o nastoletnim Wadzie Wattsie (Tye Sheridan) – dla którego prawdziwym domem jest niezwykle popularna wirtualna rzeczywistość zwana OASIS, pozwalająca użytkownikom na bycie tym, kim chcą oraz robienie rzeczy, o których „w realu” mogą jedynie pomarzyć – nie nosi żadnych znamion oryginalności. Główny bohater – osierocony nastolatek, wraz z garstką znajomych z sieci stara się zdobyć trzy specjalne klucze umieszczone w OASIS przez jednego z jej twórców – Jamesa „Anoraka” Hallidaya. Nagrodami za odnalezienie wszystkich przedmiotów są –ogromna fortuna oraz pełna kontrola prawna nad wspomnianą wirtualną rzeczywistością. Niestety, Wade i przyjaciele muszą liczyć się z konkurencją w postaci hord innych graczy, jak również złowrogiego konglomeratu Innovative Online Industries dowodzonego przez Nolana Sorrenta (Ben Mendelsohn). Tak prosta i przewidywalna fabuła w połączeniu z ledwo zarysowanymi i zupełnie nierozwiniętymi postaciami stanowią doskonały przepis na dzieło, któremu szkoda poświęcać nawet odrobinę cennego czasu. Jednak, na szczęście, nie one świadczą o sile omawianego filmu.

Steven Spielberg wielokrotnie udowodnił, że rozumie popkulturę i potrafi czerpać z jej dóbr. W Player One znajdziemy wiele odniesień i easter eggów nawiązujących do gier, książek, komiksów, filmów czy seriali. Niektóre, jak np. Batman, przywoływanie Petera Parkera i Bruce’a Bannera, Stalowy Gigant konstruowany przez jednego z bohaterów filmu, avatary graczy wyjęte z Warcrafta, Overwatcha i Mortal Kombat, motocykl z Akiry, a nawet cała sekwencja rozgrywająca się wewnątrz bardzo popularnego i klasycznego horroru w reżyserii Stanleya Kubricka są bardzo widoczne i łatwe do zidentyfikowania. Jednak to nie wszystko. Na dalszych planach można zobaczyć postaci oraz przedmioty z dużo starszych produkcji, takich jak choćby Battletoads czy Thundercats. Oczywistym jest, że odniesienia tego typu kryją się również w dialogach. Ten popkulturowy miszmasz sprawia, że, z punktu widzenia osób wychowujących się w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, liniowa fabuła przestaje mieć znaczenie. Chodzi o odkrywanie tego, co czai się na drugim, trzecim, a nawet czwartym planie oraz o czerpanie z tego przyjemności. Niczym w najlepszej grze przepełnionej ukrytymi easter eggami. Na korzyść tego wyśmienitego widowiska przemawia również doskonała oprawa audiowizualna. Sceny rozgrywające się w OASIS, wykonane w stu procentach przy pomocy grafiki komputerowej, zostały stworzone z taką starannością i dbałością o detale, że deklasują praktycznie wszystkie produkcje filmowe ostatnich lat.

Player One to bardzo prosta opowieść o graczach chcących odmienić swe życia, oparta na zasadzie „od zera do bohatera”. Pomimo ogromnej wtórności, film od początku do końca ogląda się z zapartym tchem i zaangażowaniem. Jest on wspaniałą ucztą dla graczy oraz osób lubujących się w szeroko rozumianej kulturze popularnej kilku minionych dekad. To właśnie im polecam seans. Pozostali najprawdopodobniej będą rozczarowani wizytą w kinie.

Marcin Chudoba

Marcin Chudoba, Popkulturowy miszmasz, „Creatio Fantastica”, nr 1 (58).

Reklamy